W rozmowach z „Wprost" unijni
parlamentarzyści podkreślają, że na swoją
emeryturę sami odkładają. Nie dodają jednak, że z ich pieniędzy pochodzi
tylko jedna trzecia składki – 1200 euro miesięcznie. Pozostałe 2400 euro
dokładają im podatnicy. Co
więcej, te 1200 euro, które rzekomo sami odkładają, nie pochodzi z ich
pensji, tylko z tzw. budżetu biura (o
ce expense allowance). Teoretycznie
powinni je później zwrócić, ale nikt nie sprawdza, czy to robią.
Europejski Trybunał Audytorów, organ badający finanse UE, wielokrotnie
zwracał uwagę, by wprowadzić mechanizm kontroli. Bez efektu.
To nie jedyny aspekt emerytur unijnych posłów, który daje do myślenia.
Program wprowadzono w 1989 r., chociaż prawie we wszystkich 15 krajach
(z wyjątkiem Francji i Hiszpanii), które wówczas należały do UE,
parlamentarzyści i tak mieli zagwarantowane krajowe emerytury.
Eurosceptycy argumentowali wówczas, że to sposób na przekupienie
polityków z krajów członkowskich, by popierali integrację (im większa
integracja, tym więcej lukratyw- nych stanowisk na szczeblu unijnym,
które mogliby obsadzić). Co więcej, fundusz emerytalny europosłów został
zarejestrowany w Luksemburgu, kraju zaliczanym przez OECD do rajów
podatkowych (część pieniędzy funduszu była także inwestowana w innych
rajach podatkowych, takich jak Wyspy Bahama czy Kajmany), chociaż unijni
politycy należą do największych krytyków unikania płacenia podatków.
Fundusz emerytalny europosłów otacza aura tajemniczości od czasu
powstania. Mimo wielokrotnych próśb dziennikarze do dzisiaj nie
otrzymali listy osób zapisanych do tego funduszu. Europosłowie za każdym
razem odrzucają taki wniosek w głosowaniu, tłumacząc to ochroną swojej
prywatności. Z takim rozumowaniem nie zgadza się unijny rzecznik praw
obywatelskich, który argumentuje, że podatnicy mają prawo wiedzieć, kto
dostaje ich pieniądze. Bez efektu. Część nazwisk (485 z 1140 zapisanych)
poznaliśmy tylko dzięki niemieckiemu dziennikarzowi śledczemu
Hansowi-Martinowi Tillackowi (ujawnił je w magazynie „Stern" z 24
lutego
2009 r.). Okazało się, że biorąc pod uwagę odsetek krajowych
europarlamentarzystów korzystających z funduszu, najlepiej wypadają
polscy (aż 81 proc.). Jest to o tyle dziwne, że muszą oni zdawać sobie
sprawę z kontrowersji, jakie wywołuje fundusz.
– Zapisałem się do dodatkowego funduszu emerytalnego, ale za
bardzo nie
wiem, na jakiej zasadzie on działa – stwierdził w rozmowie z
„Wprost"
Dariusz Rosati, członek Grupy Socjalistycznej w Parlamencie Europejskim.
Tymczasem legalność funduszu była wielokrotnie kwestionowana przez
Europejski Trybunał Audytorów (w 2003 r. ówczesny szef Parlamentu
Europejskiego Pat Cox oświadczył nawet, że szef funduszu Richard Balfe
próbował go zmusić, aby wpłynął na sędziów tak, by przestali go
krytykować). W 1997 r. holenderski parlament wydał oświadczenie, w
którym napisał, że fundusz pozwala europosłom na wzbogacenie się poprzez
„dojenie” europodatników, a jego istnienie jest „moralnie
wątpliwe”.
Zaapelowano też do holenderskich posłów o niekorzystanie z tej
możliwości (stąd niski odsetek korzystających z funduszu wśród
deputowanych z tego kraju – tylko 11 proc.).
Największy skandal wybuchł 16 kwietnia 2009 r., kiedy brytyjski
dziennik
„The Daily Mail" podał, że pieniądze zostały zainwestowane w
fundusze
powiązane z amerykańskim oszustem Bernardem Madoffem, a podatnicy będą
zmuszeni pokryć straty. Europosłowie
zdają sobie sprawę, w jak złym świetle, szczególnie w przededniu wyborów
do Parlamentu
Europejskiego, stawia ich ta sprawa. Dlatego 23 kwietnia 2009 r.
uchwalili (stosunkiem głosów 419 do 106), iż „parlament w żadnych
okolicznościach nie wyasygnuje pieniędzy na pokrycie strat z inwestycji
funduszu emerytalnego unijnych posłów". Zlikwidowano także możliwość
przechodzenia na wcześniejszą emeryturę w wieku 50 lat oraz wypłacania
jednej czwartej zgromadzonych pieniędzy w gotówce.
Niemiecki
dziennik „Süddeutsche Zeitung" w komentarzu redakcyjnym
zauważył, że w ten sposób unijni posłowie próbują oszukać wyborców,
ponieważ ich uchwała nie ma mocy prawnej.
Do tego, aby wycofać się z gwarancji dla funduszu, potrzeba byłoby zgody
wszystkich 27 członków UE wyrażonej w głosowaniu w Radzie Europejskiej.
A nic nie wskazuje, by takie głosowanie miało się odbyć. Zresztą szef
funduszu Richard Balfe ostrzegł Parlament Europejski, że jakiekolwiek
próby „wykręcenia się" od obowiązku pokrycia strat funduszu czy
ograniczenia przywilejów emerytalnych osób, które już są zapisane do
funduszu, będą niezgodne z prawem, ponieważ będą naruszały prawa nabyte.
O hipokryzji unijnych parlamentarzystów świadczy także fakt, że
zignorowali nawoływania Rebeki Harms, szefowej Europejskiej Partii
Zielonych, do powołania komisji śledczej w sprawie funduszu (z pewnością
wpływ na to miał fakt, że większość
Oglądaj Poranek z członków
Parlamentu Europejskiego jest do niego zapisana). Wszystko wskazuje więc
na to, że po wyborach do Parlamentu Europejskiego (mają się odbyć 7
czerwca) unijni posłowie wystawią podatnikom rachunek do zapłacenia,
licząc na to, że ci do następnego głosowania o nim zapomną.