Jeszcze kilka miesięcy temu w reklamie banku BZ WBK
brytyjski komik John
Cleese próbował wziąć kredyt, powołując się na ciocię z Pcimia. Dzisiaj
członka grupy Monty Pythona wygryzł amerykański aktor Danny DeVito,
który w reklamie tego samego banku nawet nie wspomina o pożyczce.
Zachwala za to lokatę i kusi nagrodą w loterii dla tych, którzy zaczną
oszczędzać. Niedawno nie można było włączyć telewizora, by nie natknąć
się na bankowców zachęcających do zaciągania pożyczek. ING postawił na
szczerość wobec klientów. Nie owijał w bawełnę i swój spot wykrzyczał
przez megafon: „Ludzie! Powinniście mieć więcej pieniędzy! Powinno was
stać na to, czego chcecie! Meble, telewizory, wędliny – wszystko to jest
dla was!". Dzisiaj ten sam bank namawia Polaków, aby oszczędzali. Skąd
taka zmiana strategii? – Po latach konsumpcyjnego szaleństwa, kiedy to
tylko reagowaliśmy na działania konkurentów, wracamy do korzeni, czyli
do oszczędzania – tłumaczy Piotr Utrata, rzecznik ING.
Przyczyny nagłej
przemiany banków są jednak inne. – Kryzys finansowy boleśnie się na
nich odbił, ponieważ w ostatnich latach pożyczyły zdecydowanie więcej,
niż pozyskały lokat – mówi Ireneusz Jabłoński, ekspert Centrum im. Adama
Smitha. Według danych Narodowego Banku Polskiego różnica ta w wypadku
całego sektora przekracza 100 mld zł. Teraz, gdy rynek kuleje, dziurę tę
trzeba załatać. A najlepiej oczywiście zrobić to za pomocą oszczędności
klientów.
Dziś jednak banki nie mogą zaproponować klientom tak
korzystnych warunków lokat jak jeszcze kilka miesięcy temu. Na początku
roku oferowały oprocentowanie rocznych lokat w wysokości 8-9 proc.
wszystkim klientom. Dzisiaj okazją jest oprocentowanie przekraczające 5
proc., i to jedynie na lokacie trzymiesięcznej. Lepsze oferty zawierają
sporo haczyków. Citi Handlowy kusi lokatą TurboProcent, maksymalnie
oprocentowaną na niewiarygodne 18 proc. Okazuje się jednak, że na tak
wysokie odsetki mogą liczyć wyłącznie osoby, które przy użyciu karty
kredytowej Citi kupią towary za co najmniej 7 tys. zł miesięcznie. Każde
500 zł wydane za pomocą karty podwyższa oprocentowanie lokaty o 1 proc.
Podobną ofertę ma Millennium. W Getin Banku na wyższe odsetki z lokaty
może liczyć tylko osoba, która założy tam bezpłatne konto internetowe.
Za prowadzenie rachunku nie zapłaci ani grosza, pod warunkiem że
korzysta z karty kredytowej banku. W BZ WBK do lokaty antykryzysowej
(5,75 proc. rocznie) można dokupić ubezpieczenie od utraty pracy. Jego
koszt to 1 proc. wartości lokaty. Ubezpieczenie ma gwarantować, że w
razie utraty pracy klient dostanie od banku odszkodowanie w wysokości 10
proc. zdeponowanej kwoty, ale nie więcej niż 2 tys. zł.
Mimo wabików
wojna oszczędnościowa między bankami na razie nie przynosi efektów.
Lokaty założone w Citi Handlowym tylko w pierwszym kwartale 2009 r.
skurczyły się o miliard złotych. Millennium z powodu walki o
oszczędności poniósł tak duże straty, że stały się one jedną z przyczyn
dziesięciokrotnego spadku zysku netto firmy w skali roku. – Zasady gry
o oszczędności są bezlitosne. Albo bank wypłaca klientom wysokie
odsetki, co odbija się na jego wyniku, albo odpuszcza sobie wojnę i
traci depozyty, na czym także nie zyskuje – mówi Ireneusz Jabłoński z
Centrum im. Adama Smitha. Czy zatem jest sens toczyć wojnę, w której nie
ma zwycięzców i przegranych? Eksperci twierdzą, że nie, ale banki nie
wywieszają białej flagi.
– Na rynku kredyty nadal
przeważają nad depozytami, a klienci
przyzwyczaili się do szukania najlepszych ofert i przeprzenoszenia
pieniędzy z banku do banku – zauważa Marcin Jabłczyński, analityk DB
Securities. Dlatego wojna depozytowa będzie
trwała. Tym bardziej że przez ostatnie lata Polacy zadłużali się ponad
stan i nawet gdyby dzisiaj chcieli oszczędzać, to nie mają z czego.
Według Domu Badawczego Maison prawie 53,7 proc. Polaków deklaruje, że
nie ma oszczędności. Oczywiście pozostałe 46,3 proc. oszczędności
posiada, tyle że wśród nich jest wielu takich, którzy po ostatnich
wydarzeniach stracili zaufanie do instytucji fi
nansowych. To ich banki powinny przekonać o swoich dobrych intencjach.