Gdy George W. Bush wydał wojnę terrorystom, a Polska, Litwa i Rumunia wyraziły gotowość udzielenia mu pomocy, wyglądałoby to znacznie lepiej, gdyby pomocy udzielono legalnie, niczego nie kryjąc. Wysłanie wojsk do Iraku i Afganistanu być może było kompletną porażką wojskową, ale nie trzeba przez to wątpić w uczciwość rządu. Jeżeli jednak jakiś polityk decyduje się pomóc sojusznikowi w działaniach tajnych i haniebnych, na przykład w ujęciu i nielegalnym przekazaniu (a być może i torturowaniu) podejrzanych o działalność terrorystyczną, powinien mieć pewność, że nikt zamieszany w tę sprawę nigdy jej nie ujawni. Ale kiedy się współpracuje ze Stanami Zjednoczonymi, jednym z najbardziej otwartych społeczeństw świata, raczej nie należy tego zakładać. Zaciekła walka między partiami w USA powoduje, że utrzymanie czegoś w tajemnicy jest jeszcze mniej prawdopodobne.
Do kryzysu wiarygodności dochodzi też w Wielkiej Brytanii. Zarzuca się brytyjskiemu rządowi, że zgodził się uwolnić terrorystę odsiadującego dożywocie, dążąc do poprawy stosunków z Libią. Abdelbaset Ali al-Megrahi, były oficer libijskiego wywiadu, skazany za zorganizowanie zamachu bombowego, w wyniku którego w 1998 r. w Lockerbie rozbił się samolot linii Pan Am, uzyskał zgodę na powrót do ojczyzny ponoć z powodów humanitarnych. Lekarze stwierdzili, że wkrótce umrze, gdyż ma raka prostaty w zaawansowanym stadium. Ale oficjalna wersja się sypie. Okazuje się, że władzom libijskim pozwolono zapłacić za badania więźnia. Ponadto Wielka Brytania i Libia od pewnego czasu prowadziły intensywne negocjacje, w większości tajne, w sprawie wymiany handlowej i dostaw ropy. Libia zagroziła Wielkiej Brytanii, że jeśli Megrahi umrze w więzieniu, porozumienie zostanie zerwane. Gdy Megrahi wrócił do Trypolisu i został powitany jak bohater narodowy, wywołało to oburzenie w USA.






















