Raporty Wprost
Łukaszenka - trudny sąsiad
Raport Wprost - Rząd na trujkę
Raport Wprost - Mur berliński
Raport Wprost - Afera z hazardem w tle
Raport Wprost - Mit bezpłatnej edukacji
Raport Wprost - Nowa grypa atakuje
-

-

Ile są warte studia w Polsce

Dwadzieścia lat wolności zaowocowało tylko jednym sukcesem naszego szkolnictwa wyższego. Odsetek studiujących wzrósł od roku 1990 z mniej więcej 13 proc. osób w wieku 19-24 lat do 48 proc. w 2008 r. Ten wzrost w żaden sposób nie przełożył się na jakość. Wszelkie obiektywne wskaźniki pozycjonują nas na żałosnym końcu światowych rankingów akademickich.
Harvard nie dlatego stał się Harvardem, że państwo podarowało mu dużo pieniędzy lub ktoś napisał mądrą ustawę o promowaniu najlepszych uczelni USA. Harvard stał się synonimem jakości w szkolnictwie wyższym, gdyż po wojnie secesyjnej (1861-1865) jako pierwszy uniwersytet dostosował się do potrzeb dynamicznie rozwijającego się społeczeństwa. Do XIX wieku również tu kształcenie zorganizowane było wedle średniowiecznych wzorców: łacina, greka, historia starożytna i uczenie się na pamięć. Ten model coraz gorzej pasował do kwitnącego kapitalizmu i coraz mniej odpowiadał praktycznie nastawionym jankesom.
REKLAMA

Harvard wkroczył w nowoczesność w roku 1869, gdy prezydentem, czyli rektorem (choć niewywodzącym się z elity naukowej) tej uczelni został 35-letni Charles Eliot. Studentom pozwolono wybierać znaczną część przedmiotów,wprowadzono nowe, praktyczne kierunki, rozwinięto program badań naukowych. Nie obyło się bez krytyki. Jeszcze w 1885 r. James McCosh, rektor Princeton University, wyśmiewał „mentalne potworki" z Harvardu, które nie są w stanie przyjąć porządnej intelektualnej strawy. To jednak Harvard stał się wzorem dla większości amerykańskich uczelni, które dziś tworzą światową czołówkę szkół wyższych.

Polskie uczelnie potrzebują równie radykalnej reformy jak Harvard w XIX-wiecznej Ameryce. Polacy są dziś zupełnie innym społeczeństwem niż 20 lat temu, ale nasze uczelnie niewiele się zmieniły i coraz bardziej odstają od rzeczywistości. By dogonić realia, muszą się zmierzyć z trzema wyzwaniami. Po pierwsze, należy umniejszyć władzę, którą profesorowie mają nad uczelniami i która pozwala zamieniać uniwersytety w ich prywatny folwark. Po drugie, należy odejść od ścisłejkontroli państwa nad tym, jak uczelnie są zorganizowane, a w jej miejsce wprowadzić rynkową weryfikację. Po trzecie, w miejsce darmowych studiów dla dzieci z bogatszych domów, a płatnych dla dzieci z biedniejszych, należy wprowadzić sprawiedliwszą powszechną odpłatność wraz z systemem kredytów studenckich i stypendiów. Bez tych zmian nasze uczelnie nadal będą w ogonie świata, a Polacy pozostaną narodem skazanym na nieskomplikowane prace w montowniach technologii wypracowanych gdzie indziej.

Wedle wszystkich dostępnych mierników jakości polskie uczelnie na tle świata wypadają fatalnie. W dorocznym rankingu 500 najlepszych szkół wyższych przygotowywanym przez Jiao Tong University z Szanghaju z Polski załapały się zaledwie dwie: Uniwersytet Jagielloński oraz Uniwersytet Warszawski. I to dopiero w trzeciej setce. Z malutkich Węgier (9,9 mln obywateli) też zakwalifikowały się dwie uczelnie. Z Czech (10,2 mln obywateli) jedna, ale już w drugiej setce. Z europejskich krajów, które znalazły się na liście, Polska jest ostatnia, jeśli chodzi o liczbę dobrych szkół w stosunku do liczby obywateli. Jedynym pocieszeniem niech będzie to, że są kraje, które w ogóle na listę nie weszły (np. Białoruś, Rumunia czy Bułgaria). Inną zobiektywizowaną miarą siły naukowej kraju jest wskaźnik cytowalności artykułów naukowych, czyli tego, jak często inni naukowcy odwołują się do spostrzeżeń naszych autorów. Jest wiele indeksów cytowalności, ale wszystkie wskazują to samo: naukowcy z Polski tworzą mało odkrywcze prace, które rzadko są cytowane w międzynarodowym obiegu odkryć i myśli. Według raportu Banku Światowego o polskich szkołach wyższych („Szkolnictwo wyższe w Polsce", 2004 r.) nasze uniwersytety prowadzą głównie badania teoretyczne, które mają mały związek z realnym światem. Pod względem patentów na milion obywateli Polska jest na szarym końcu, zarówno gdy chodzi o patenty zgłoszone do Europejskiego Biura Patentowego (3,19 – za nami już tylko Bułgaria, Turcja i Rumunia – dane za 2006 r.), jak i jego amerykańskiego odpowiednika (0,78 – dane za 2003 r.). Można by to tłumaczyć zapóźnieniami po PRL, drugą wojną światową, ubóstwem, rozbiorami i potopem szwedzkim, gdyby nie smutny fakt, że pod względem liczby patentów na milion obywateli Polska ustępuje nawet krajom takim jak Czechy, Węgry, Słowacja, Łotwa i Estonia.
 
Strona 1 z 6 

W TYGODNIKU

BLOGI ;)

Łukaszenka zrobił nas w bambuko

Grzegorz Łakomski

Ocipienie

Irena Szafrańska

Polityczne wakacje

Artur Bartkiewicz

SKOJARZENIA (5)

nauka  studia  edukacja  w polsce  edukacja polska  

POLECAMY

 
Ludzie Wprost
Easygo