Harvard nie dlatego stał się Harvardem, że państwo
podarowało mu dużo
pieniędzy lub ktoś napisał mądrą ustawę o promowaniu najlepszych uczelni
USA. Harvard stał się synonimem jakości w szkolnictwie wyższym, gdyż po
wojnie secesyjnej (1861-1865) jako pierwszy uniwersytet dostosował się
do potrzeb dynamicznie rozwijającego się społeczeństwa. Do XIX wieku
również tu kształcenie zorganizowane było wedle średniowiecznych
wzorców: łacina, greka, historia starożytna i uczenie się na pamięć. Ten
model coraz gorzej pasował do kwitnącego kapitalizmu i coraz mniej
odpowiadał praktycznie nastawionym jankesom.
Harvard
wkroczył w
nowoczesność w roku 1869, gdy prezydentem, czyli rektorem (choć
niewywodzącym się z elity naukowej) tej uczelni został 35-letni Charles
Eliot. Studentom pozwolono wybierać znaczną część
przedmiotów,wprowadzono nowe, praktyczne kierunki, rozwinięto program
badań naukowych. Nie obyło się bez krytyki. Jeszcze w 1885 r. James
McCosh, rektor Princeton University, wyśmiewał „mentalne potworki"
z
Harvardu, które nie są w stanie przyjąć porządnej intelektualnej strawy.
To jednak Harvard stał się wzorem dla większości amerykańskich uczelni,
które dziś tworzą światową czołówkę szkół wyższych.
Polskie
uczelnie
potrzebują równie radykalnej reformy jak Harvard w XIX-wiecznej Ameryce.
Polacy są dziś zupełnie innym społeczeństwem niż 20 lat temu, ale nasze
uczelnie niewiele się zmieniły i coraz bardziej odstają od
rzeczywistości. By dogonić realia, muszą się zmierzyć z trzema
wyzwaniami. Po pierwsze, należy umniejszyć władzę, którą profesorowie
mają nad uczelniami i która pozwala zamieniać uniwersytety w ich
prywatny folwark. Po drugie, należy odejść od ścisłejkontroli państwa
nad tym, jak uczelnie są zorganizowane, a w jej miejsce wprowadzić
rynkową weryfikację. Po trzecie, w miejsce darmowych studiów dla dzieci
z bogatszych domów, a płatnych dla dzieci z biedniejszych, należy
wprowadzić sprawiedliwszą powszechną odpłatność wraz z systemem kredytów
studenckich i stypendiów. Bez tych zmian nasze uczelnie nadal będą w
ogonie świata, a Polacy pozostaną narodem skazanym na nieskomplikowane
prace w montowniach technologii wypracowanych gdzie indziej.
Wedle wszystkich dostępnych mierników jakości polskie uczelnie na tle
świata wypadają fatalnie. W dorocznym rankingu 500 najlepszych szkół
wyższych przygotowywanym przez Jiao Tong University z Szanghaju z Polski
załapały się zaledwie dwie: Uniwersytet Jagielloński oraz Uniwersytet
Warszawski. I to dopiero w trzeciej setce.
Z malutkich Węgier (9,9 mln obywateli) też zakwalifikowały się dwie
uczelnie. Z Czech (10,2 mln obywateli) jedna, ale już w drugiej setce. Z
europejskich krajów, które znalazły się na liście, Polska jest ostatnia,
jeśli chodzi o liczbę dobrych szkół w stosunku do liczby obywateli.
Jedynym pocieszeniem niech będzie to, że są kraje, które w ogóle na
listę nie weszły (np. Białoruś, Rumunia czy Bułgaria). Inną
zobiektywizowaną miarą siły naukowej kraju jest wskaźnik cytowalności
artykułów naukowych, czyli tego, jak często inni naukowcy odwołują się
do spostrzeżeń naszych autorów. Jest wiele indeksów cytowalności, ale
wszystkie wskazują to samo: naukowcy z Polski tworzą mało odkrywcze
prace, które rzadko są cytowane w międzynarodowym obiegu odkryć i myśli.
Według raportu Banku Światowego o polskich szkołach wyższych
(„Szkolnictwo wyższe w Polsce", 2004 r.)
nasze uniwersytety prowadzą głównie badania teoretyczne, które mają mały
związek z realnym światem. Pod względem patentów na milion obywateli
Polska jest na szarym końcu, zarówno gdy chodzi o patenty zgłoszone do
Europejskiego Biura Patentowego (3,19 – za nami już tylko Bułgaria,
Turcja i Rumunia – dane za 2006 r.), jak i jego amerykańskiego
odpowiednika (0,78 – dane za 2003 r.). Można by to tłumaczyć
zapóźnieniami po PRL, drugą wojną światową, ubóstwem, rozbiorami i
potopem szwedzkim, gdyby nie smutny fakt, że pod względem liczby
patentów na milion obywateli Polska ustępuje nawet krajom takim jak
Czechy, Węgry, Słowacja, Łotwa i Estonia.
Fatalne wskaźniki
znajdują
odbicie w zachowaniu klientów uczelni, czyli studentów. Dzięki
europejskiemu programowi wymiany studentów Erasmus można porównać liczbę
studentów wyjeżdżających z danego kraju i tych, którzy wybierają ten
kraj na miejsce studiowania. Wynik netto jest dla Polski porażający.
Nasze uczelnie odnotowują największy „deficyt" spośród wszystkich w
Europie: w roku akademickim 2007/2008 niemal 13 tys. Polaków wyjechało w
ramach Erasmusa na studia za granicę. Odwrotny kierunekwybrało jedynie
niecałe 4,5 tys. studentów innych państw. Na to zjawisko też można
znaleźć wiele „obiektywnych" wytłumaczeń: że Polska jest biedna, ma
kiepski klimat, a Polacy, wyjeżdżając tak licznie na studia, szukają za
granicą zatrudnienia. Wtedy należałoby jednak zapytać, dlaczego duży
„deficyt” w przepływie studentów odnotowują także bogate Niemcy,
Francja
i Włochy? Albo dlaczego wielu studentów wybiera Hiszpanię z jej od wielu
lat ponadprzeciętnym bezrobociem? I dlaczego chętnie studiują w Wielkiej
Brytanii, Szwecji, Danii, czy Holandii, które nie słyną z plaż i
ciepłego morza? Tak się składa, że kiedy europejscy studenci dostają
wybór, mają skłonność do wybierania tych krajów, w których znajdują się
przeciętnie lepsze uczelnie. Po prostu.
Na szczęście polskie uczelnie nie mogą dłużej trwać przy obecnym
sposobie działania. Student, czyli klient, staje się towarem
deficytowym. Szkoły prywatne, które finansują się przede wszystkim z
opłat studentów, czeka walka o przetrwanie. Ale uczelnie państwowe, mimo
że ich przychody w o wiele większym stopniu pokrywają dotacje
podatników, też nie mogą spać spokojnie, bo mają wyższekoszty
funkcjonowania. Dzieci niżu demograficznego zbliżają się do wieku
studenckiego, co oznacza, że nadchodzą kłopoty. A wraz z nimi polityczna
przepychanka o to, jak dzielić publiczne pieniądze na uniwersytety.
Dyskusję napędzają jednak interesy poszczególnych grup uczelni. Potrzeby
studentów czy równanie do najlepszych uniwersytetów świata pojawiają się
w niej co najwyżej jako figura retoryczna. Uczelnie prywatne domagają
się więc publicznych pieniędzy w imię równości sektorów państwowego i
prywatnego. Niezłe uczelnie państwowe domagają się ich w imię promowania
najlepszych. Słabsze, zazwyczaj znajdujące się na prowincji, szermują
hasłami o równomiernym rozwoju kraju. Wszystkie mają trochę racji, ale
żaden z argumentów nie dotyka tego, co różni polskie uczelnie od
najlepszych na świecie. A są to: niespotykana władza profesorów,
określanie najdrobniejszych nawet zasad działania uczelni przez Sejm i
rząd oraz absurdalne zasady finansowania, zgodnie z którymi na darmowe
studia uczęszczają dzieci bogatych, a na płatne – dzieci biednych
Polaków.
Pod hasłami samorządności i autonomii uczelni profesorowie zmienili
nasze uniwersytety w prywatny folwark, na którym żyje się im wygodnie i
dostatnio za pieniądze studentów i podatników. Studenci w stanowisku
Parlamentu Studentów RP do proponowanej reformy szkolnictwa wyższego
twierdzą, że „powinna ona przede wszystkim służyć obaleniu archaicznego
systemu kształcenia, który istnieje bardziej dla kadry akademickiej niż
dla studentów". Tę diagnozę potwierdzają niektórzy profesorowie, jak
Leszek Pacholski, były rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, który
stwierdził („Polityka"), iż „w tej chwili system ten działa
głównie po
to, żeby korporacja profesorów i nauczycieli akademickich miała wygodne
życie, bez wielkiego stresu i bez wielkiej odpowiedzialności. Model
kariery naukowej polega na ?chowie wsobnym?, uczelnie i instytuty nie
szukają najlepszych uczonych, a programy nauczania nie są tworzone pod
kątem potrzeb studentów, lecz ze względu na istniejącą strukturę
kadrową”. Pogląd prof. Pacholskiego podzielił Bank Światowy, który w
raporcie o polskich szkołach wyższych stwierdził, że „najwyższe
stanowiska na uczelniach przekazywane są między osobami o najdłuższym
stażu akademickim lub obsadzane przez uczelniane grupy interesów, a nie
według umiejętności menedżerskich lub doświadczenia”. Dalej czytamy, że
„w Polsce połączenie tradycji akademickich z niezależną strukturą
prawno-finansową sprzyja tworzeniu zamkniętego i autonomicznego
środowiska akademickiego, które w niewielkim stopniu uwzględnia potrzeby
rynku pracy i biznesu – w tym innowacyjność”.
Główną wadą ustroju polskich uczelni jest oddanie profesorom pełni
władzy administracyjnej, finansowej i naukowej. Wszystkie istotne organy
władzy wybierają i obsadzają właśnie oni. Bez wprowadzenia nad
profesorami zewnętrznej kontroli, w tym wyboru rektora przez gremia
zewnętrzne, każdy projekt naprawy będzie nieskuteczny. Uniwersytet
amerykański nie jest ani samorządny, ani autonomiczny, bo jest
kontrolowany z zewnątrz przez radę powierniczą. Zasiadają w niej
poważane osoby, niezwiązane jednak zawodowo z uniwersytetem i zazwyczaj
niebędące naukowcami. Rada powiernicza wybiera i nadzoruje rektora
(prezydenta) uniwersytetu i ma ostateczny głos w najważniejszych
decyzjach. Rektor uczelni, z wybranym przez siebie zarządem, kieruje
administracją i finansami. Profesorowie nie są tam władni podejmować
tylu decyzji finansowych i administracyjnych, co ich polscy koledzy. Są
po prostu pracownikami zajmującymi się tym, czym naukowiec zajmować się
powinien: badaniami i dydaktyką.
Polską uczelnią rządzi zaś rektor wybierany spośród nauczycieli
akademickich z tytułem naukowym lub stopniem doktora habilitowanego.
Powstaje zamknięte środowisko, w którym swoi wybierają swoich i między
sobą kłócą się, kto będzie rządził i w jakim celu. Takie
uprzywilejowanie kadry akademickiej powoduje, że dla wykładowcy student
nie jest klientem, dzięki któremu ma pracę i od którego oceny zależy
jego przyszłość. Na Harvardzie nie zdarza się, by profesor choćby
spóźnił się na zajęcia. W Polsce odwoływanie zajęć jest codziennością.
Co gorsza, wśród polskich profesorów modne jest dziś narzekanie, że
materiał ludzki wychodzący ze szkoły średniej jest źle przygotowany do
studiów, co utrudnia pracę na uczelni. Najdobitniej pogląd tenwyłożył
Jan Hartman, profesor filozofii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który w
„Gazecie Wyborczej" stwierdził, że niemal połowa studentów
pierwszych
lat to półanalfabeci i „większość młodych posiadaczy polskiej matury, a
w tym większość studentów, kompletnie nic nie umie". Profesorowi
Hartmanowi obce są doświadczenia najlepszych uczelni, które nie
oczekują, że wszyscy opuszczą licea sformatowani jako jednorodny
półprodukt o zdolnościach odpowiadających oczekiwaniom pana profesora,
lecz oferują studia dostosowane do potrzeb swych klientów. Na Harvardzie
od 1872 r. dla każdego studenta pierwszego roku obowiązkowy jest
przedmiot zwany expository writing, którego celem jest nauczenie
poprawnego wyrażania myśli w piśmie. Student przez cztery lata
studiówcotygodniowo ma do napisania od kilkunastu do kilkudziesięciu
stron różnorodnych wypracowań, a oceniający komentują nie tylko ich
treść, lecz również styl i formę. W Polsce profesor Hartman woli
wydziwiać, że wśród studentów pierwszych lat tylko „nieco ponad 50 proc.
umie napisać poprawnie kilka zdań po polsku”, ale nie przeszkadza mu, że
na studiach też się tego nie nauczą.
Budżetowe finansowanie uczelni państwowych chroni je i ich kadrę
przed
rynkiem, czyli koniecznością zaspokojenia potrzeb studenta-konsumenta,
ale wymaga także spełnienia ogromnej liczby wytycznych regulujących komu
ile. Sejm i Ministerstwo Nauki, które tworzą gąszcz przepisów
dotyczących wszystkich uczelni, tylko teoretycznie dążą do egzekwowania
wysokiej jakości nauczania i badań. W praktyce podlegają naciskom kadry
uczelnianej i poszczególnych szkół oraz politycznej logice.
Uniemożliwiają tym samym powstanie wolnego rynku usług uniwersyteckich i
spychają studenta z jego potrzebami na koniec kolejki interesów do
załatwienia.
Gdyby jakimś cudem nad Wisłę przeniósł się cały
Harvard,
Oxford lub Cambridge, to zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem
należałoby je natychmiast zamknąć. Żadna z tych uczelni nie ma oferty
zgodnej z listą 118 kierunków kształcenia dopuszczonych przez resort,
żadna też nie uczy zgodnie ze zdefiniowanymi przez ministerstwo dla
każdego z tych kierunków standardami nauczania i minimami kadrowymi.
Można oczywiście twierdzić, że polskie ministerstwo wie lepiej, jak
kształcić studentów, niż każdyz najlepszych uniwersytetów świata
uczących po swojemu i po swojemu co roku zmieniających sposób uczenia.
Warto jednak też wziąć pod uwagę, że w Europie taka centralna lista
dopuszczalnych kierunków nauczania poza Polską funkcjonuje jedynie w
Rosji.
Studenci w manifeście Parlamentu Studentów z października
2006 r.
nie zostawili złudzeń: „W obronie swoich źródeł dochodu kadra we
współpracy z ministerstwem tworzy kolejne warianty standardów i procesów
edukacyjnych, opierając się na dążeniach do zachowania znaczenia
własnych przedmiotów. Przez to można ignorować dydaktyczne potrzeby
wynikające z rozwoju cywilizacyjnego, rzeczywiste wymogi gospodarki i
rynku pracy, oferować studentom za tysiące złotych często nieprzydatną
?wiedzę?. To sztucznie zawyża koszty studiów i przypomina edukacyjne
oszustwo całego pokolenia".
W końcu nawet samo ministerstwo w założeniach do nowelizacji ustaw o
szkolnictwie wyższym przyznało, że jest problem: „Standardy kształcenia
– wprowadzone w trosce o zachowanie jakości kształcenia – znacząco
ograniczyły autonomię uczelni w sferze tworzenia autorskich,
innowacyjnych kierunków studiów, które stwarzałyby wartość dodaną
kształcenia na poziomie wyższym. Uczelnie nie mają obecnie możliwości
szybkiego dostosowywania oferty dydaktycznej do zmieniających się
potrzeb rynku pracy. Mogą prowadzić kierunki z listy ustalonej przez
ministra, według standardów programowych określonych dla każdego z
nich".
Odpowiedzią minister szkolnictwa wyższego prof.
Barbary
Kudryckiej na ten problem jest kolejna nowelizacja prawa, której celem
jest poluzowanie jednych i usztywnienie innych wymogów, czyli utrzymanie
status quo. Dopóki nie zbudujemy wolnego rynku edukacji uniwersyteckiej,
który zachęciłby uczelnie do uczenia w sposób zgodny z potrzebami
studentów, dopóty nasze uniwersytety będą odstawać od najlepszych. Na
razie pieniądze podatników są przekazywane państwowym uczelniom na
dalsze trwanie, a nie jako zapłata za kształcenie studentów. Zarówno
państwowe, jak i prywatne uczelnie pozostają ograniczone ustawami i
rozporządzeniami ściśle regulującymi, czego uczyć, jak uczyć i kto może
uczyć. W takiej sytuacji nie jest możliwe pełne dostosowanie oferty
uczelni do potrzeb klientów, bo ważniejsze staje się spełnienie lub
obejście ministerialnych wymogów.
Pani minister i jej urzędnicy
narzekają, że mimo szczegółowych kontroli nie mogą sobie poradzić z
lipnymi uczelniami. I będą nadal gmerać w gąszczu przepisów i upierać
się przy fikcji, że naprawią szkolnictwo wyższe za pomocą kolejnej
ustawy o uniwersytetach i stopniach naukowych. Bo gdyby wyciągnęli
poprawne wnioski z własnych obserwacji, to uznaliby, że nie są
potrzebni. Ale nie było jeszcze w historii Polski ministerstwa, które
złożyłoby wniosek o samolikwidację.

