Było w USA dwóch Polaków. Jeden, Rafał Pietrzak,
pracownik fizyczny,
został skazany na 30 lat ciężkiego więzienia za molestowanie pasierbicy,
choć on sam, pasierbica i jej matka zaprzeczali, by do molestowania
doszło. Drugi, reżyser Roman Polański, przyznał się do uprawiania seksu
z 13-latką. W jej sądowych zeznaniach czytamy o pojeniu szampanem i
podawaniu środków odurzających, o seksie oralnym, dopochwowym i analnym.
Polański jest zbiegiem poszukiwanym listem gończym, co stanowi kolejne
przestępstwo. Ale to w jego sprawie interweniował polski minister spraw
zagranicznych u najwyższych urzędników USA.
Dyskusja wywołana
aresztowaniem Romana Polańskiego mówi niewiele nowego o samym Polańskim
i jego sprawie. Więcej o różnicach w amerykańskiej i europejskiej
mentalności. Już nawet na naszym polskim podwórku można zaobserwować, że
wpływowi i ustosunkowani mają znacznie lepsze relacje z wymiarem
sprawiedliwości niż przeciętni obywatele. Elity trzymają się razem. W
sprawach kryminalnych dotyczących osób ze świecznika normą są naciski na
organy władzy i zbiórki podpisów „w obronie", zanim jeszcze znane
są
podstawowe fakty. Człowiek z towarzystwa jest z zasady niewinny, a w
każdym razie prawo się go nie ima. Producent filmowy Lew Rywin,
psycholog Andrzej Samson, arcybiskup Juliusz Paetz – każdy, mimo
podejrzenia o obrzydliwe i przestępczeczyny, mógł w trakcie postępowania
przed wymiarem sprawiedliwości liczyć na wsparcie elit. Dwóch ostatnich
nigdy nie zostało skazanych prawomocnym wyrokiem sądu. A Rywinowi noga
się powinęła głównie dlatego, że podpadł politycznie, co samo w sobie
jest komentarzem do niezawisłości naszego wymiaru sprawiedliwości.
W USA
często funkcjonuje zdrowy sędziowski populizm. Jeśli jesteś wpływowy,
bogaty lub sławny, to prawo dotyczy zwłaszcza ciebie. To straszne! –
uznali zapewne ministrowie spraw zagranicznych Polski i Francji Radek
Sikorski i Bernard Kouchner, pisząc w sprawie Polańskiego wspólny list
do władz USA. Ale jeśli nawet wydaje się to troszkę niesprawiedliwe,
jest jednak potrzebne i pożyteczne. Bogatym i wpływowym w USA opłaca się
przestrzegać prawa. Michael Jackson zmarł, szykując się do wielkiej
trasy koncertowej, która miała być ostatnią szansą na odbudowanie jego
reputacji. Bo w 2005 r. ta ikona amerykańskiej kultury stanęła przed
sądem z podejrzeniem o molestowanie 13-letniego chłopca. Sprawiedliwość
dosięgnęła największej gwiazdy, tak jak dosięgnęłaby każdego
przeciętnego obywatela USA. Jacksonowi groziło 18 lat więzienia.
Upokarzający proces zakończył się uniewinnieniem, choć 12 lat wcześniej
ugoda przy podobnym oskarżeniu kosztowała Jacksona 20 mln dolarów.
Niemniej Jackson był skończony.
Mike Tyson, legenda
amerykańskiego
boksu, nie uniknął odpowiedzialności, kiedy ciemnoskóra Desiree
Washington oskarżyła go w 1991 roku o gwałt. Spędził w więzieniu trzy
lata – najlepsze lata sportowca. Kara nie ominęła dwukrotnie nominowanej
do Oscara aktorki Winony Ryder, oskarżonej o serię sklepowych kradzieży
(wyrok: 480 godzin prac społecznych i 10 tys. dolarów grzywny) ani guru
amerykańskiego lifestyle’u Marthy Stewart, skazanej na pięć miesięcy
więzienia „tylko" za utrudnianie śledztwa dotyczącego machinacji
giełdowych. Amerykańska sprawiedliwość jest zresztą tak samo bezwzględna
wobec ciemnoskórych mężczyzn, jasnoskórych kobiet, jak wobec najwyższych
urzędników państwa: białych, ustosunkowanych mężczyzn. Nawet urzędujący
prezydent światowego mocarstwa Bill Clinton był o włos od impeachmentu
tylko z tego powodu, że skłamał, zeznając, iż nie utrzymywał stosunków
seksualnych ze stażystką Monicą Lewinsky.
W USA nie opłacają się także naciski na wymiar sprawiedliwości. Dziś
panuje tam opinia, że prokuratura przypomniała sobie o sprawie
Polańskiego po filmie dokumentalnym sprzed roku „Roman Polański:
poszukiwany i pożądany", który miał dowodzić niezwykłej gorliwości
sędziego Lawrence’a Rittenbanda w dążeniu do skazania reżysera. Kilka
dni temu, po aresztowaniu go przez Szwajcarów, prokurator okręgowy z Los
Angeles Stephen L. Cooley podsumował krótko: „Polański sprawę tę
usiłował załatwić na swoich warunkach, ale zostanie ona załatwiona na
warunkach wymiaru sprawiedliwości hrabstwa Los Angeles".
Dlaczego VIP-om
w Polsce (i szerzej – w Europie) wolno więcej niż w USA? Najprostsza
odpowiedź jest taka, że w USA sędziowie i prokuratorzy są często
wybierani na wyższe stanowiska w wyborach bezpośrednich, przez
społeczeństwo. Również „oprawca" Polańskiego, prokurator Cooley,
podlega
ocenie wyborców co cztery lata. Za brak gorliwości w ściganiu
przestępców czy tym bardziej za faworyzowanie elity przeciętni obywatele
pozbawiliby go pracy. W Polsce, tak jak w większości krajów
europejskich, sędziowie i prokuratorzy są urzędnikami, których awans
zależy od uznania zwierzchników. Wymiar sprawiedliwości traktuje więc
ważnych i wpływowych zupełnie inaczej niż szarych obywateli. Czasami
służalczość wymiaru sprawiedliwości wobec ludzi ze świecznika przybiera
karykaturalną postać. Kilka lat temu sędzia Beata Waś, prezes Sądu
Okręgowego w Warszawie, wydała zarządzenie nakazujące sędziom stosowanie
niezwykłego trybu wzywania VIP-ów na rozprawy. Zamiast standardowych
druków VIP-y miały dostawać specjalne, akceptowane przez prezesów sądów
pisma. Po czymś takim trudno mieć zaufanie do jakiegokolwiek wyroku
wydanego przez sędzię Waś w sprawie „normalny obywatel kontra VIP".
W
demokracji osoba, która faworyzuje elity, nie ma moralnego prawa
orzekać. Ale ponieważ Polska to nie Ameryka, nie możemy w następnych
wyborach pozbawić sędzi Waś prawa ferowania wyroków. Wolno nam co
najwyżej podziwiaćjej dalszą karierę, która przy takim podejściu do
ludzi władzy powinna być błyskotliwa.
W dyskusji wokół sprawy
Polańskiego może większą rolę niż prawo odgrywa
obyczaj społeczny lub raczej jego upadek. Twórca kina moralnego
niepokoju Krzysztof Zanussi nie ma oporów, by w obronie kolegi po fachu
nazwać 13-letnią ofiarę gwałtu prostytutką. Zanussi z pełnym moralnym
spokojem usiłował w programie Moniki Olejnik zaciemnić fakt, że Polański
dopuścił się gwałtu. Że 13-latka, mimo że pijana i odurzona, miała
wielokrotnie powtarzać Polańskiemu „nie", kiedy on dalej robił
swoje w
jej pochwie, a gdy okazało się, że nie zażywa pigułek, to w odbycie.
Podobnie aktorka Dorota Stalińska na antenie TVN 24 darła szaty,
przekonując, że i dziś pełno jest 13-latek, które „same się pchają do
łóżka" czterdziestoletnim mężczyznom, ofiarom nastoletnich
uwodzicielek.
Nieco większą kulturą i delikatnością wykazał się Jacek Bromski, szef
Stowarzyszenia Filmowców Polskich, który w zastępstwie sądu orzekł, że
Polański „już odpokutował za grzechy swej młodości". Wypowiedzi te
zaskakująco podobne są do tonu, w jaki w czerwcu 2004 r. uderzali
obrońcy psychoterapeutyAndrzeja Samsona, gdy policja znalazła pochodzące
z jego mieszkania pedofilskie fotografie. Kolegi po fachu bronili m.in.
Jacek Santorski i Wojciech Eichelberger. Samsonowi prokuratura postawiła
w końcu cztery zarzuty związane z wykorzystywaniem bezradności małych
pacjentów do „wykonywania z nimi czynności seksualnych", a w 2007
r. sąd
uznał go winnym zarzucanych mu czynów i skazał na 8 lat więzienia (potem
sprawę cofnięto ze względów formalnych). Przykład Polańskiego pokazuje,
że sprawa Samsona nie nauczyła polskich elit zachowywania elementarnej
uczciwości i poczucia proporcji w komentowaniu problemów prawnych ludzi
z establishmentu. Wracając do słów Jacka Bromskiego – 30 lat życia na
wysokim poziomie, jakie wśród śmietanki towarzyskiej wiódł reżyser
„Dziecka Rosemary", to zaiste niezła pokuta. Ale co kraj, to
obyczaj.
Przedstawicieli naszych elit łączy zdziwienie i oburzenie wobec żądań
równości wobec prawa dla wszystkich. Dla nich to normalka, że gdy w domu
córki wybitnego reżysera i pierwszej damy polskiego kina ginie człowiek
dźgnięty nożem, policja odstępuje od rutynowych czynności, a media
zgodnym chórem… milczą. I jeszcze jedno: tak dziwnie się
składa, że nazwiska pojawiające się pod listem otwartym w obronie
abonamentu są jednocześnie nazwiskami osób wypowiadających się w obronie
Polańskiego. Ma więc być tak, że plebs potulnie płaci za utrzymanie
elity, ale nie wolno mu się domagać równego traktowania wszystkich wobec
prawa.
Żaden system wymiaru sprawiedliwości nie jest doskonały i w pełni
odporny na zakusy możnych i wpływowych. Przed laty w USA zmarły niedawno
senator Ted Kennedy wracał samochodem z zakrapianej alkoholem imprezy,
za pasażera mając młodą wolontariuszkę. Samochód prowadzony przez
Kennedy’ego spadł z mostu do rzeki. Senator zbiegł z miejsca wypadku.
Stażystka, uwięziona w aucie, prawdopodobnie żyła jeszcze przez 3-4
godziny w bąblu powietrza, zanim się udusiła. Senator nie wezwał pomocy.
Wrócił do hotelu, zadzwonił do znajomych po radę. Przed organami
ścigania stawił się następnego dnia, gdy zorientował się, że policja
odkryła samochód z ciałem.Prokurator bez dokonania sekcji zwłok przyjął,
że wolontariuszka utonęła, a sędzia orzekł najniższy możliwy wyrok, i to
w zawieszeniu. Kennedy’ego wprawdzie uratowała osobista popularność w
Massachusetts i sława rodziny, ale jego ogólnokrajowa reputacja na
zawsze połączona została z „tą kobietą pod mostem". I Kennedy, mimo
świetnego nazwiska i wielkich ambicji, nigdy nie został prezydentem USA,
choć się o ten urząd starał.
W Polsce przed czterema laty
genialna
pływaczka Otylia Jędrzejczak zdecydowała się na manewr wyprzedzania przy
ograniczonej widoczności na drodze. Przekraczając dozwoloną prędkość,
spowodowała wypadek samochodowy, w którym zginął jej 19-letni brat
Szymon. Została skazana na dziewięć miesięcy ograniczenia wolności (po
30 godzin prac społecznych w miesiącu). Wkrótce dostała tytuł
najlepszego sportowca Polski 2006 roku. Śmierć brata była wielkim
dramatem pływaczki, ale zadziwiające były pojawiające się wówczas w
prasie wypowiedzi, sugerujące niemal, że to minister infrastruktury
MarekPol jest winny tej śmierci.
Mikołaj P. miał mniej szczęścia:
z
podobną prędkością, przy złych warunkach wyprzedzał na warszawskiej
Trasie Toruńskiej. Wpadł na przystanek, zabijając pięć osób. Nie dostał
jednak 45 miesięcy ograniczenia wolności (gdyby przyjąć, że za każdego
zabitego należy się dziewięć miesięcy kary), lecz pięć lat (60 miesięcy)
pozbawienia wolności, 24 godziny na dobę.
Znany i ustosunkowany
dziennikarz motoryzacyjny Maciej Zientarski prawdopodobnie nigdy nie
odpowie za wypadek, w którym zginął jego kolega po fachu – Jarosław
Zabiega. Ma z nich wszystkich największe szczęście do korzystnych
ekspertyz lekarskich, które wykluczają postawienie go przed sądem. Choć
tabloid, w którym pracował Zabiega, publikował fotografie Zientarskiego
wskazujące, że jest on zdolny do prowadzenia normalnego życia: robi
zakupy w galerii handlowej, je lunche w restauracji czy ogląda...
samochody.
Wyślę
Romanowi polskiej kiełbasyRozmowa z Gene’em Gutowskim,
przyjacielem Romana Polańskiego i producentem jego filmów „Matnia",
„Wstręt" i „Pianista"
Wprost: Czy Roman Polański jest
przestępcą?
Gene Gutowski: To mój najbliższy przyjaciel od 45 lat. Kochamy się,
wiele razem przeżyliśmy. Mam powiedzieć, że jest przestępcą?
A może pan powiedzieć, co sądzi o jego
zatrzymywaniu na lotnisku,
kajdankach, areszcie?
Jestem tym zaszokowany. Znam Romana jako artystę, cudownego przyjaciela,
ojca rodziny, który ubóstwia swoje dzieci i żonę.
Znał go pan także w 1977 r., kiedy uprawiał
seks z 13-letnią Samanthą.
Rozumie pan, jak mogło do tego dojść?
Z zasady nie mówię nic o życiu seksualnym moich przyjaciół, dopóki nie
podrywają mojej żony. To jest jego prywatna sprawa, nie mogę tego
komentować. Proszę pamiętać, że to wszystko działo się w atmosferze
Hollywood, gdzie po mieście szwendało się 50 tysięcy nieletnich
prostytutek. To były inne czasy.
Jeżeli Polański nie czuł się winny, to
dlaczego uciekł przed
amerykańskim sądem?
Ja go rozumiem, wszystkie karty grały przeciwko niemu, nie mógł się
spodziewać obiektywnego procesu i wyroku. Z tego, co słyszałem, podobnie
uważał też ówczesny prokurator. Dlatego na miejscu Polańskiego też bym
uciekł.
Rozmawialiście kiedyś o tamtych
wydarzeniach? Żałował tego, co zrobił?
Nigdy o tym nie
rozmawialiśmy.
Polański złamał prawo. Czy nie powinien za to odpowiadać nawet po ponad
30 latach?
Życzę mu jak najlepiej, by jak najszybciej wyszedł z więzienia. Uważam
też, że sposób, w jaki został zatrzymany, był wręcz haniebny. Polański
ma w Szwajcarii dom, do którego jeździ z dziećmi od lat, i nie wiem,
dlaczego nagle teraz go zatrzymano.
Niektórzy mówią o jakiejś zmowie Szwajcarów z Amerykanami.
Nie mam pojęcia. Ale pamiętam na przykład, że Polański naraził się przed
kilku laty czasopismu „Vanity Fair". Sądził się z nim w Londynie,
zeznając drogą elektroniczną, i sprawę o kłamliwe publikacje wygrał.
Możliwe, że to jest jakaś ich zemsta.
Próbował się pan z nim kontaktować po zatrzymaniu?
Przekazałem mu przez sekretarkę moje najlepsze życzenia. W tym momencie
nic więcej nie mogę zrobić. Kontaktuje się z nim żona. Jeśli dłużej go
tam będą trzymać, to mu wyślę wałówkę polskiej kiełbasy, którą ubóstwia.
Rozmawiała:
Barbara KasprzyckaMyślałam o nim jak o
kim, kto odebrał moją niewinność
Rozmowa z Samanthą Geimer, która jako
trzynastolatka została w 1977 r.
zmuszona do uprawiania seksu z Romanem Polańskim
Wprost: Co pani dziś czuje w stosunku do Romana Polańskiego?
Samantha Geimer: Czas leczy rany. Początkowo myślałam o nim jako o tym,
który odebrał mi niewinność, odebrał mi spokój ducha na wiele lat.
Myślałam wtedy, że jest to arogancki egoista i nędzny stary typ. Dziś
jest dla mnie obcym człowiekiem.
Wspierała
pani jednak jego kandydaturę do Oscara za film „Pianista". Nie wspierałam, ale i nie byłam przeciw. Oscar jest nagrodą za
osiągnięcia w filmie i inne czyny człowieka nie powinny tu grać roli.
Naprawdę mu pani wybaczyła i wnioskowała do
sądu o umorzenie sprawy
przeciwko niemu?
Przed laty doszliśmy do porozumienia, zawarliśmy ugodę. Po upływie
kilkudziesięciu lat wybaczyłam mu. Ale powodem wniosku o umorzenie jest
to, że proces przyniósłby więcej szkody mnie niż jemu. Nie chcę inwazji
mediów. Chcę spokoju dla mojej rodziny, wspaniałego męża, trójki dzieci,
mamy i mnie samej.
Jak się układa pani życie na Hawajach?
Jestem szczęśliwa, że uciekłam z Kalifornii. Mam tu dom, rodzinę i
niemęczącą pracę – jestem księgową. Unikam mediów. Ale niestety, inwazja
już się zaczęła.
Rozmawiał:
Ludwik M. BednarzSan
Francisco