Gazprom podpisał niezwykle korzystne dla Rosji porozumienie z Polską na
dostawy gazu. Waldemar Pawlak przekonuje, że umowa, która ma wejść w
życie 1 stycznia 2010 r., to jednak sukces Polski, a przy tym że
jesteśmy pod względem energetycznym najbezpieczniejszym państwem Europy.
Tymczasem wygląda na to, że związaliśmy się trwale z jednym dostawcą (w
myśl uzgodnień za gaz od Gazpromu będziemy płacić do 2037 r., czyli o 15
lat dłużej niż regulowały to dotychczasowe umowy). Dotychczas
sprowadzaliśmy ok. 7 mld m 3 gazu rocznie, teraz będziemy kupować 11 mld
m 3 , a Rosjanie będą nam płacili mniej za tranzyt tego surowca do
Niemiec.
REKLAMA
Dziennik „Kommiersant", który opublikował szczegóły uzgodnień
Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa SA z Gazpromem, utajnione
przez wicepremiera Pawlaka nawet dla członków sejmowej Komisji
Gospodarki, napisał o wzroście uzależnienia państw wschodniej Europy od
Rosji, a Michaił Korczemkin, dyrektor renomowanej firmy konsultingowej
East European Gas Analysis, wróży wręcz bankructwo PGNiG, jeśli spółka
będzie musiała kupować gaz u jednego dostawcy tak długo i po zawyżonych
cenach, jeśli się weźmie pod uwagę stawki innych oferentów. Nasi
zachodni sąsiedzi, od których także kupujemy gaz, postawili na inną
strategię: „zamiast się uzależniać, wejdź w spółkę i uzależniaj". „To
wspaniały dzień w stosunkach niemiecko-rosyjskich” – zachwycała się
Angela Merkel po podpisaniu w Berlinie przez ówczesnego prezydenta
Władimira Putina i kanclerza Gerharda Schrödera umowy o budowie
gazociągu Nord Stream. Dziś Merkelzajmuje biurko Schrödera, a jej
poprzednik jest etatowym lobbystą Gazpromu. Rosja u progu zimy znów daje
Europie do zrozumienia, że mogą nastąpić zakłócenia w dostawach gazu.
Oczywiście, nie z jej winy. Władimir Putin poinformował telefonicznie
Fredrika Reinfeldta, premiera Szwecji, która
przewodniczy UE, że Ukraina nie wywiązuje się ze swych płatniczych
obowiązków, co może spowodować „problemy dla europejskich odbiorców". W
rzeczywistości nie chodzi o długi Kijowa. Ukraina jest nie tylko
klientem Gazpromu, ale także głównym krajem tranzytowym w eksporcie gazu
na Zachód. Europa pokrywa jedną czwartą swych potrzeb z rosyjskich złóż,
a 80 proc. tych dostaw trafia do niej właśnie przez Ukrainę. Rosja nigdy
się nie pogodziła z utratą wpływów na tym terenie. Bruksela twierdzi, że
nie ma powodu do paniki, ale Michaił Korczemkin z East European Gas
Analysis stawia sprawę jasno: – Rosja sieje niepokój, by przekonać
Europę do budowy gazociągów Nord Stream i South Stream z pominięciem
Ukrainy.
Zagazowani przez Rosję
Gazprom podpisał niezwykle korzystne dla Rosji
porozumienie z Polską na
dostawy gazu. Waldemar Pawlak przekonuje, że umowa, która ma wejść w
życie 1 stycznia 2010 r., to jednak sukces Polski, a przy tym że
jesteśmy pod względem energetycznym najbezpieczniejszym państwem Europy.
Tymczasem wygląda na to, że związaliśmy się trwale z jednym dostawcą (w
myśl uzgodnień za gaz od Gazpromu będziemy płacić do 2037 r., czyli o 15
lat dłużej niż regulowały to dotychczasowe umowy). Dotychczas
sprowadzaliśmy ok. 7 mld m 3 gazu rocznie, teraz będziemy kupować 11 mld
m 3 , a Rosjanie będą nam płacili mniej za tranzyt tego surowca do
Niemiec. Dziennik „Kommiersant", który
opublikował szczegóły uzgodnień
Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa SA z Gazpromem, utajnione
przez wicepremiera Pawlaka nawet dla członków sejmowej Komisji
Gospodarki, napisał o wzroście uzależnienia państw wschodniej Europy od
Rosji, a Michaił Korczemkin, dyrektor renomowanej firmy konsultingowej
East European Gas Analysis, wróży wręcz bankructwo PGNiG, jeśli spółka
będzie musiała kupować gaz u jednego dostawcy tak długo i po zawyżonych
cenach, jeśli się weźmie pod uwagę stawki innych oferentów.
Nasi
zachodni sąsiedzi, od których także kupujemy gaz, postawili na inną
strategię: „zamiast się uzależniać, wejdź w spółkę i uzależniaj".
„To
wspaniały dzień w stosunkach niemiecko-rosyjskich” – zachwycała
się
Angela Merkel po podpisaniu w Berlinie przez ówczesnego prezydenta
Władimira Putina i kanclerza Gerharda Schrödera umowy o budowie
gazociągu Nord Stream. Dziś Merkelzajmuje biurko Schrödera, a jej
poprzednik jest etatowym lobbystą Gazpromu.
Rosja u progu zimy
znów daje
Europie do zrozumienia, że mogą nastąpić zakłócenia w dostawach gazu.
Oczywiście, nie z jej winy. Władimir Putin poinformował telefonicznie
Fredrika Reinfeldta, premiera Szwecji, która
przewodniczy UE, że Ukraina nie wywiązuje się ze swych płatniczych
obowiązków, co może spowodować „problemy dla europejskich
odbiorców". W
rzeczywistości nie chodzi o długi Kijowa. Ukraina jest nie tylko
klientem Gazpromu, ale także głównym krajem tranzytowym w eksporcie gazu
na Zachód. Europa pokrywa jedną czwartą swych potrzeb z rosyjskich złóż,
a 80 proc. tych dostaw trafia do niej właśnie przez Ukrainę. Rosja nigdy
się nie pogodziła z utratą wpływów na tym terenie. Bruksela twierdzi, że
nie ma powodu do paniki, ale Michaił Korczemkin z East European Gas
Analysis stawia sprawę jasno: – Rosja sieje niepokój, by przekonać
Europę do budowy gazociągów Nord Stream i South Stream z pominięciem
Ukrainy.
„Putin nastawia Unię na nową wojnę gazową"
– woła w tytule
wiedeński dziennik „Die Presse”, ale to tylko pół prawdy, bo
światowa
wojna gazowa toczy się już od dawna na wielu frontach. Dotychczas
wygrywają w niej kremlowscy stratedzy, którzy krok po kroku realizują
swe cele. Już w przyszłym roku ma się rozpocząć instalacja bałtyckiej
rury na dnie Zatoki Fińskiej. Niemiecko-rosyjska pępowina gazowa
długości 1,2 tys. km połączy Babajewo z Greifswaldem z pominięciem
państw bałtyckich i Polski. Choć jej koszt szacowano początkowo na 4 mld
euro, dziś nie ma wątpliwości, że wyniesie dwa razy więcej. Pieniądze
jednak nie grają roli. W rachubach Moskwy gazowa geopolityka ma być
narzędziem poszerzania jej wpływów, a na to pieniędzy zabraknąć nie może.
Sukcesy Moskwy uwidaczniają zmiany stanowisk krajów basenu Morza
Bałtyckiego, które dotychczas sprzeciwiały się położeniu bałtyckiej
rury. Pierwsza z antyrosyjskiego bloku wyłamała się Dania. Nęcąca dla
Kopenhagi była obietnica dostaw 3 mld m 3 gazu rocznie przez Nord Stream
dla koncernu DONG Energy. Pod koniec października Duńska Agencja
Energetyczna uznała już, że gazociąg nie zagrozi bałtyckiemu
ekosystemowi i rząd premiera Larsa L?kke Rassmussena włączył zielone
światło dla poprowadzenia 140-kilometrowego odcinka gazociągu przez wody
terytorialne wokół Bornholmu oraz duńską strefę ekonomiczną. Moskwie
udało się też skruszyć opór Finlandii. W zamian za zgodę na gazociąg
rząd Putina obiecał obniżkę cła na import drewna. Pod naciskiem
helsińskiej Agencji Ochrony Środowiska Rosjanie skorygowali trasę
rurociągu, który ma biec wzdłuż północnych, a nie – jak zakładano
–
południowych wybrzeży wyspy Suursaari, co ma uchronić położony tam park
narodowy. Rząd Matiego Vanhannena ogłosił aprobatę dla Nord Stream.
Tak
samo zrobili Szwedzi, jeszcze niedawno zdecydowanie przeciwni
projektowi. Dla podkopania stanowiska Sztokholmu Rosjaskłócała jej
lokalnych polityków z premierem Reinfeldtem. W 2008 r. kompania Nord
Stream wspomogła 40 tys. dolarów budowę Muzeum Historycznego na
Gotlandii, w pobliżu której ma przebiegać gazociąg. Za brak stanowczej
reakcji na to posunięcie cięgi od rządu zebrała gubernator wyspy
Marianne Samuelsson. Ostatecznie gabinet Reinfeldta mimo sprzeciwu
opozycji oddał pole. Minister ochrony środowiska Andreas Carlgren
oznajmił krótko, że jego kraj nie chce być „monopolistą sprzeciwu".
Ofensywa Rosji nie kończy się na Gazociągu Północnym. Równolegle Kreml
usiłuje storpedować popierany przez UE i USA projekt gazociągu Nabucco z
Iranu i Azerbejdżanu przez Turcję na Bałkany, a stamtąd na zachód
Europy, z pominięciem Rosji. Odpowiedzią Moskwy jest konkurencyjny
rosyjsko-włoski South Stream, który obok Nord Stream będzie drugim
ramieniem energetycznych kleszczy zaciskanych na Starym Kontynencie.
Podjęte w lipcu 2009 r. intensywne zabiegi rosyjskich polityków i
lobbystów o zgodę na Gazociąg Północny zbiegły się z podpisaniem w
Ankarze przez Austrię, Bułgarię, Węgry, Rumunię i Turcję porozumienia w
sprawie Nabucco. Już kilka dni później premier Putin pospieszył do
Ankary i wymógł na Turcji przyzwolenie na położenie w jej wodach
terytorialnych rury South Stream, którą popłynie rosyjski gaz przez
Morze Czarne na zachód Europy. Przychylność premiera Recepa Erdo?ana,
który ustawicznie słyszy z Berlina i Paryża, że jego kraj nie nadaje się
na członka Unii Europejskiej, Moskwa zdobyła obietnicą „pogłębienia
współpracy". Rosja dopłaci do tureckiego ropociągu Samsun – Ceyhan
i
zobowiązała się pomóc w budowie elektrowni atomowych, które są
nadrzędnym celem kolejnych rządów w Ankarze.
Rosjanie się spieszą.
Podczas gdy realizacja projektu Nabucco oddala się w czasie i nie są
pewni nawet potencjalni dostawcy gazu, już w 2010 r. mają ruszyć prace
ziemne przy South Stream. Przy okazji rocznicy wybuchu II wojny
światowej Putin spotkał się w Sopocie z bułgarskim premierem Bojkiem
Borisowem i ostrzegł go bezpardonowo, że jeśli jego rząd szybko nie
włączy się do projektu South Stream, Rosja „znajdzie inną drogę".
Kilka
dni później bułgarski minister energetyki wydał komunikat, „że oba kraje
trzymają się wcześniejszych ustaleń, dzięki którym Bułgaria stanie się
osią obrotową na energetycznej mapie dostaw dla Europy”.
Na
rosnące
uzależnienie Europy od rosyjskich dostaw z niepokojem patrzy Waszyngton.
A w Brukseli mówi się wieloma językami i spójnej koncepcji polityki
bezpieczeństwa energetycznego jak nie było, tak nie ma.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|