– Proszę mnie już więcej nie prosić, bo i tak
się nie wypowiem.
Dlaczego? Bo nie zamierzam się zużywać na sejmowych korytarzach –
usłyszał niedawno od Sławomira Nowaka dziennikarz jednej ze stacji
informacyjnych. Była to odpowiedź na prośbę o rozmowę przed kamerą. Ta
scenka to nie tylko kolejny dowód na to, że majestat posła Nowaka nie
licuje z nikczemnością Izby Niższej. To także znak czegoś gorszego: Sejm
jest tak zdegenerowany, że nawet wstyd się w nim pokazywać. Jedyne, co
można w nim zrobić, to tylko się zużyć. Sławomir Nowak nie jest tu
zresztą wyjątkiem: przeświadczenie o sejmowym dziadostwie stało się
powszechne.
Inni posłowie nie są aż tak zdeterminowani, by
odmawiać
telewizjom, ale z tyłu głowy mają tę samą myśl: z wycierania się po
parlamentarnych korytarzach nic dobrego nie będzie. Wystarczy spojrzeć
na wydłużającą się listę parlamentarzystów, którzy chcą uciekać do
samorządu. Ireneusz Raś (Kraków) i Mirosław Sekuła (Zabrze) z PO,
Joachim Brudziński (Szczecin) i Zbigniew Girzyński (Toruń) z PiS, Marek
Wikiński (Radom) i Bartosz Arłukowicz (Szczecin) z SLD czy Eugeniusz
Kłopotek (Bydgoszcz) z PSL – wszyscy poważnie myślą o starcie w
przyszłorocznych wyborach prezydenckich w swoich miastach.
W połowie
poprzedniej kadencji taki kierunek obrał mało znany poseł PiS Roman
Czepe, który zamienił poselski mandat na skromną funkcję burmistrza Łap,
niedużego miasta na Podlasiu. – Strasznie mu się wtedy dziwiłem –
opowiada jego partyjny kolega Zbigniew Kozak. – Tym bardziej że sam
dopiero co dostałem się do Sejmu. Myślałem: „Boże, spełniło się moje
marzenie, to mój życiowy sukces". Dziś rozumiem jego decyzję. Zajmuje
się ważnymi sprawami, mieszkańcy go szanują. A my? Pracy posłów nikt nie
zauważa, a wszyscy traktują nas jak pasożytów – mówi Kozak.
W najlepszej
sytuacji są ci, którym udało się czmychnąć do Parlamentu Europejskiego.
Nie dość, że nie są już kojarzeni z sejmowym dziadostwem, to jeszcze
zaczęli dobrze zarabiać. Pensja poselska wynosi dziś ok. 8 tys. zł (w
ciągu dziesięciu lat jej siła nabywcza zmniejszyła się prawie o 40 proc.
– wspólną winę za to ponoszą rządy PO, PiS i SLD, które bały się dać
parlamentarzystom podwyżkę), a europoselska – 32 tys. zł (plus wysokie
diety i dodatki). W porównaniu z bankowcem czy menedżerem giełdowej
spółki
Reputacja Sejmu jest tak zła, że niektórzy posłowie wstydzą się w nim
nawet pokazywać, a wielu chce uciec do samorządów
poseł zarabia śmiesznie mało. Jak tak dalej pójdzie, to najzdolniejsi
politycy będą wybierać wygodną pracę w europarlamencie, mimo że w
porównaniu z realną władzą Sejmu jego uprawnienia są bez znaczenia. W
tym samym czasie krajowy parlament zamieni się w izbę nieudaczników,
którzy nie potrafią znaleźć sobie pracy na wolnym rynku.
Zarobki
to
tylko jeden z powodów degeneracji Sejmu. Chyba jeszcze ważniejszy jest
stosunek do tej instytucji samych polityków, szczególnie najwyższego
szczebla. Znamienna była argumentacja, jaką posłużył się Donald Tusk,
odwołując swoich ministrów i odsyłając ich na Wiejską. „Rząd reformuje
państwo i musi mieć spokój. Oni mają do stoczenia wojnę, więc niech idą
do Sejmu" – argumentował premier. Tym samym zadekretował podział na
dobry i pożyteczny rząd oraz warcholski i rozbijacki parlament, który
zamiast pracować, tylko przeszkadza w dziele naprawy kraju. Reputacja
Sejmu jest już tak marna, że media bezrefleksyjnie łyknęły także i inny,
kompletnie fałszywy wywód dotyczący afery hazardowej. Przedstawiając
radykalne założenia ustawy o grach i zakładach wzajemnych, premier
stwierdził, że dokument powinien w całości powstać w rządzie, a nie w
parlamencie. Wedle słów Tuska taki sposób prac ma ograniczyć możliwość
nieformalnych nacisków lobbystów. Tyle że to czysty absurd, bo w
porównaniu z Sejmem, którego prace są stuprocentowo jawne i przejrzyste,
pisanie ustaw w szczelnie strzeżonych ministerialnych gabinetach wygląda
wyjątkowo tajemniczo. Nie oznacza to oczywiście, że rząd ma nieczyste
intencje. To raczej kolejny dowód na to, że na tle skompromitowanego
Sejmu wiarygodnie wygląda nawet najbardziej oczywista bujda.
Żeby
być
sprawiedliwym, trzeba dodać, że w nie mniejszej pogardzie instytucję z
Wiejskiej ma lider opozycji Jarosław Kaczyński, który w parlamencie
pojawia się od wielkiego dzwonu. Zdarza mu się nawet ostentacyjnie
lekceważyć debaty, których sam się wcześniej domagał. Tak było podczas
lutowej dyskusji o kryzysie. Późniejsze tłumaczenia, że prezesa PiS nie
było, bo źle znosi sejmową klimatyzację, tylko pogłębiły wrażenie, że
Sejm to miejsce mało poważne.
Najgorsze jest jednak to, że
lekceważący
stosunek do Sejmu widać także w postawie kolejnych marszałków, nie
wyłączając Bronisława Komorowskiego. – Pan marszałek jest historykiem,
zna doświadczenia dwudziestolecia międzywojennego i wie, że posłowie są
najłatwiejszym obiektem ataków. W jego zachowaniu widzę kopię tego, co
robili niektórzy politycy sanacji. Walcząc z sejmokracją, doprowadzili
do kryzysu parlamentaryzmu, a nawet jego całkowitej dekonstrukcji. Mam
wrażenie, że ktoś doradził panu marszałkowi podobne dezawuowanie
dzisiejszego Sejmu – uważa europoseł PiS Paweł Kowal. Jego zdaniem,
walcząc z rozpasaniem posłów, często przerysowanym, Komorowski zręcznie
buduje własny wizerunek jedynego sprawiedliwego. Jak to wygląda w
praktyce?
Bardzo dotkliwym dla parlamentarzystów przykładem są zagraniczne
delegacje, które marszałek radykalnie ograniczył, tłumacząc się cięciem
kosztów. Była szefowa Kancelarii Sejmu Wanda Fidelus- Ninkiewicz w
swoim wystąpieniu przed komisją spraw poselskich stwierdziła, że te
oszczędności w praktyce sprowadzają się do tego, że posłowie „muszą
żebrać" o pojedyncze wyjazdy. I to nie u samego marszałka, ale u
dyrektora jego gabinetu Jaromira Sokołowskiego. Oznacza to, że
demokratycznie wybrani parlamentarzyści muszą dziadować i skamleć u
urzędnika średniego szczebla o możliwość wykonywania swoich ustawowych
obowiązków. Zresztą często bezskutecznie. Z ustaleń „Wprost”
wynika, że
w sprawie wybiórczych decyzji Sokołowskiego skargę do marszałka napisała nawet
posłanka
PO Jadwiga Zakrzewska, szefowa delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego
NATO. – Zapytałam o kryteria tych decyzji, bo dla mnie są one
niezrozumiałe. Już dwa miesiące czekam na odpowiedź – twierdzi posłanka.
– Nie wiem, czy pani poseł dostała od nas jakieś pismo. Wiem za to, że
marszałek niedawno rozmawiał z nią osobiście – odpowiada rzecznik
Komorowskiego Jerzy Smoliński.
Czarę goryczy przepełnia awantura
o dom poselski, którą opisała
„Rzeczpospolita". Część parlamentarzystów twierdzi, że Komorowski
zlecił
administracji hotelu sporządzanie raportów z informacjami o tym, kto
odwiedza posłów w ich pokojach. Padły nawet oskarżenia o inwigilację, a
część posłów PiS – z Arkadiuszem Mularczykiem, Tomaszem Górskim i
Zbigniewem Kozakiem na czele – w ramach protestu postanowiła się
wyprowadzić.
Według informacji „Wprost" ten ostatni złożył w
tej sprawie
nawet doniesieniedo ABW. „Dowiedziałem się, iż posłanki i posłowie są
szczegółowo inwigilowani na terenie hotelu poselskiego. (…) Jest to
sytuacja niedopuszczalna i wymaga natychmiastowego wyjaśnienia” –
czytamy w dokumencie. – Jeden z pracowników kancelarii powiedział mi, że
obsłudze hotelu zlecono nawet szukanie butelek po wódce w koszach na
śmieci. Brakuje jeszcze tylko tego, by marszałek sprawdzał, czy przed
pójściem spać myjemy zęby – mówi Kozak. Pogłoskom o szukaniu w śmieciach
butelek jednoznacznie zaprzecza Kancelaria Sejmu, ale posłowie
nieoficjalnie przyznają, że taka plotka faktycznie krąży. Mimo że sprawa
wygląda, jakby wymyślili to komicy Monty Pythona, to „trunkowa”
część
mieszkańców domu profilaktycznie zaczęła wyrzucać śmieci poza Sejmem.
Według wersji marszałka Komorowskiego o żadnej inwigilacji nie ma mowy.
Chodzi jedynie o ustanowienie klarownych zasad, na jakich goście
parlamentarzystów mogą nocować w hotelu. – Siedem tysięcy osób nocowało
w polskim Sejmie za darmo.
Rekordzista zorganizował nocowanie601
osobodób. Nie może być tak, że hotel poselski jest najtańszą formą
wynajęcia pokoju na godziny – tłumaczył Komorowski na posiedzeniu
komisji spraw poselskich. Prezydium Sejmu na wniosek marszałka przyjęło
więc uchwałę, w myśl której posłowie mogą przenocować w swoim pokoju
tylko małżonków i dzieci. Inni goście mogą odpłatnie wynająć oddzielny
pokój. O ile dyrektor hotelu wyrazi na to zgodę. Problemem jest jednak
to, że nowe przepisy dyskryminują parlamentarzystów żyjących w wolnych
związkach, o których nie ma mowy w uchwale. De facto oznacza to, że
jeśli posła odwiedzi narzeczona, to po pierwsze, będzie musiała za swój
nocleg zapłacić, a po drugie, dostanie osobny pokój. – To absurd. Pan
marszałek zachowuje się jak wychowawca w internacie, a nas traktuje jak
uczniaków – twierdzi poseł Lewicy Bartosz Arłukowicz. O ile w hotelu
posłowie czują się jak uczniaki, o tyle w sejmowych autach wyglądają jak
sardynki. Samochodowa flota parlamentu jest tak mała, że zdarza się, iż
na lotnisko wyjeżdżają po posłów nie żadne limuzyny,
tylko kombivany Reanult Kangoo z kratką, którymi na co dzień wozi się
pieczywo. – Są tam tylko trzy miejsca, więc posłowie siedzą jeden na
drugim. Co gorsza, zdarza się też, że tymi śmiesznymi samochodami wożeni
są nasi goście z parlamentów w innych krajach – opowiada jeden z
parlamentarzystów. Żeby być w pełni uczciwym, trzeba zaznaczyć, że widok
posła siedzącego na pace pół dostawczego samochodu nie obciąża
Komorowskiego, lecz Wandę Fidelus-Ninkiewicz, która jako szefowa
Kancelarii Sejmu przez kilka lat odpowiadała za stan samochodowej floty
z Wiejskiej.
„Im gorzej, tym lepiej" – zgodnie z
tą logiką wyżsi
urzędnicy państwa traktują dziś parlamentarzystów. Im bardziej się ich
skompromituje i robi z nich bandę ciemniaków i darmozjadów, tym łatwiej
dobrze wypaść na ich tle. Pytanie tylko, w kogo ta logika uderzy w
następnej kadencji.
Michał Krzymowski