Mój pierwszy artykuł, który opublikowano ponad 30 lat
temu, nosił tytuł
„Zyski z zagłady". Podane niedawno do wiadomości publicznej
informacje o
milionach dolarów zarobionych przez Ala Gore’a na jego histerii z powodu
„globalnego ocieplenia" pozwalają sądzić, że niektóre rzeczy przez
te
trzy dziesięciolecia się nie zmieniły.
Wprawdzie Federalna Agencja
Ubezpieczeń Depozytów (FDIC) gwarantuje zwrot pieniędzy złożonych w
bankach, ale ze sporządzonego niedawno audytu wynika, że na własnym
koncie ma za mało środków, żeby móc to robić. Na pewno Waszyngton
dodrukuje pieniądze, jeśli zajdzie taka potrzeba. Oznacza to jednak, że
rzeczywiste zobowiązania rządu znacznie przekroczą nawet rekordowy
deficyt federalny, gdyż agencje takie jak FDIC i Federalna Agencja
Mieszkaniowa (FHA) będą zapewne potrzebować więcej pieniędzy na swą
działalność.
Z badań przeprowadzonych niedawno
przez Federalną Komisję
ds. Praw Obywatelskich wynika, że po wielkim boomie i jeszcze większym
krachu na rynku nieruchomości wszyscy – czarni, biali, Latynosi, Azjaci
mieszkający w USA i Indianie amerykańscy – zredukowali zadłużenie z
tytułu „dziadowskich" kredytów hipotecznych (subprime). Wygląda na
to,
że tylko politycy niczego się nauczyli podczas katastrofy gospodarczej i
kontynuują nierozważną politykę, która wywołała krach.
Wśród wielu
ułomności wieku starszego jest złudzenie wszechwiedzy. Oprócz mądrości
zmarłego we wrześniu tego roku Irvinga Kristola – a mądrość w kręgach
intelektualnych spotyka się znacznie rzadziej, niż można by sądzić –
pamiętam przede wszystkim to, że nigdy nie widziałem go rozgniewanego
ani w kontaktach osobistych, ani w mediach. A żył w czasach, kiedy wiele
rzeczy mogło złościć. Ci z nas, którzy są w podeszłym wieku, pewnie już
nie zobaczą kogoś podobnego, a nawet młodsi będą mieli sporo szczęścia,
jeśli im się to uda.
Nie ma stwierdzenia, które byłoby bardziej
zbędne od zdania, że rząd
powinien „coś zrobić" w jakiejś sprawie. Politycy zamierzają
„coś
zrobić" niezależnie od tego, czy coś rzeczywiście trzeba zrobić, i od
tego, czy ich działania sytuację poprawiają, czy pogarszają. Wszystkie
ich inicjatywy służą tylko temu, aby być w centrum uwagi. Nie ma sensu
roztrząsanie wszystkich głupich błędów popełnionych w życiu, choćby z
tego powodu, że może to pochłaniać bardzo wiele czasu. Jednym z
nielicznych plusów sytuacji, w której Kongres jest w przeważającej
większości opanowany przez jedną partię, jest to, że przez brak
konieczności ustępstw i kompromisów przywódcy tej partii ukazują, jacy
są naprawdę. Ujawniają więc bezgraniczną arogancję i lekceważenie prawa
zwykłych obywateli, aby żyć tak, jak na to będą mieli ochotę, a jeszcze
większą pogardę dla prawa do wiedzy o tym, jakie ustawy zamierza
przeprowadzić rząd. Pytanie, czy Amerykanie będą o tym pamiętać podczas
wyborów w 2010 r.
Nawet jeśli Stany Zjednoczone przetrwają bez
trwałego
uszczerbku prezydenturę Obamy albo – Boże, miej nas w swej opiece
– jego
dwie kadencje, naiwność, która była najważniejszym powodem tego, że go
wybrano, pozwoli innemu szczwanemu demagogowi dojść do władzy i ponownie
stworzyć zagrożenie dla amerykańskiego stylu życia. A co gorsza, także
dla naszego fizycznego bezpieczeństwa.