W Wydziale Żydowskim Szabaku (Szin Bet, izraelskiej
służby
bezpieczeństwa), który od lat rozpracowuje skrajną prawicę i środowiska
mesjanistyczne, światła palą się ostatnio do późna w nocy.
Październikowe zamieszki wokół Wzgórza Świątynnego przypomniały
wszystkim, że jest to jedno z najbardziej zapalnych miejsc na świecie.
Tym razem bilans arabsko-żydowskich starć był skromny: stu rannych,
osiemdziesięciu aresztowanych, spalone stragany i sklepy. To
rzeczywiście niewiele w porównaniu z wybuchem sprzed dziesięciu
lat.
Scenariusz jest zawsze taki sam: z okazji
zbliżającego się święta
mniej lub bardziej wirtualna organizacja religijna wzywa Żydów do modłów
na Wzgórzu Świątynnym. Apel ten zostaje natychmiast nagłośniony przez
Palestyńczyków, pozostałych Arabów i cały świat muzułmański. To, że
wzgórze jest przez 24 godziny na dobę chronione przez tysiące
izraelskich policjantów i tajnych agentów wspomaganych przez najnowszą
technologię, nie ma większego znaczenia. Bez znaczenia jest również to,
że religijni Żydzi nie są na ogół wpuszczani na teren przylegający do
meczetów. – Al-Aksa w niebezpieczeństwie – krzyczą duchowni
muzułmańscy
przy akompaniamencie arabskich mediów, które nie pominą żadnej okazji,
by wziąć udział w propagandowym festiwalu antyizraelskiej nienawiści.
Wszelkie rekordy absurdu pobili publicyści związani z Izraelską Partią
Islamską(istnieje i działa legalnie), którzy ostrzegali przed
zbombardowaniem meczetów przez żydowskich pilotów kamikadze z zagranicy,
wynajętych przez rząd izraelski.
Gdy nadchodzi „dzień
próby", na Wzgórzu
Świątynnym zbiera się kilkaset tysięcy wiernych gotowych oddać życie za
wiarę. Dla tłumów doprowadzonych do religijnej ekstazy przez muezinów i
derwiszy każdy Żyd w promieniu dziesięciu kilometrów jest potencjalnym
wrogiem. Wybuch jest więc nieunikniony. Również ostatnio werble
wzywające do marszu donikąd zaczęły grać pierwsze po stronie żydowskiej.
Podczas wiecu w Audytorium Króla Dawida grupa rabinów zapowiedziała
zorganizowanie z okazji święta Sukkot pielgrzymki na Wzgórze Świątynne.
Ustalonego dnia przy bramie Mugrabi prowadzącej do meczetów ustawiło się
czterech „pielgrzymów". Zostali zatrzymani
przez agentów Szabaku, ale nic nie mogło już zapobiec siłowej
konfrontacji. Burzliwe demonstracje i zamieszki rozprzestrzeniły się na
całe Stare Miasto i Wschodnią Jerozolimę. Trwały przez siedem dni.
Na Wzgórzu Świątynnym narodził się naród żydowski. W miejscu, w którym
wielki kapłan położył płytę marmurową pod fundamenty Świątyni Salomona i
gdzie praojciec Abraham chciał złożyć Bogu w ofierze swojego syna
Izaaka, modlitwa jest najważniejszym, najbardziej intymnym i mistycznym
przeżyciem dla religijnego Żyda. Ale większość rabinów uważa, że wolno
będzie wejść na górę dopiero po nadejściu Mesjasza. Mimo że Jerozolima
jest stolicą Państwa Izrael, rząd przyznał Wzgórzu Świątynnemu niepisaną
autonomię, pozostawiając Najwyższej Radzie Muzułmańskiej prerogatywy o
charakterze religijnym i administracyjnym. Góra Moria, jak nazywają ją
Żydzi oczytani w Starym Testamencie, jest zbyt mała, aby pomieścić
wszystkich bogów spacerujących po Jerozolimie, dlatego nikt nie jest w
stanie przewidzieć, jaki będzie jej status za pięćdziesiąt czy sto lat.
Telawiwski dziennik „Haaretz" zamieścił rozmowę z Asafem
Fridem,
osadnikiem żydowskim, który mimo zakazu rabinów próbuje od lat wejść
„tam, gdzie wszystko się zaczęło". – Nadszedł Jom Kippur,
sądny dzień. O
czwartej nad ranem obudziłem żonę i pięcioro dzieci. Po wspólnej
modlitwie w synagodze i rytualnej kąpieli w mykwie przebraliśmy się w
najlepsze ubrania i pieszo ruszyliśmy w drogę. Do Jerozolimy było
piętnaście kilometrów. Było gorąco, a z Negewu wiał pustynny wiatr –
mówi Asaf. Już kilkakrotnie przebył tę drogę, ale nigdy nie dotarł do
celu. Był pewny, że teraz będzie inaczej.
Kilka tygodni wcześniej
wprowadzono zarządzenie umożliwiające wstęp na Wzgórze Świątynne w
godzinach, w których nie modlili się muzułmanie. – Dotarliśmy do
Jerozolimy o dziesiątej. Okazało się, że również tym razem służba
bezpieczeństwa przeprowadziła selekcję: turyści i świeccy Żydzi na górę,
ludzie w jarmułkach na dół. Tego dnia w Starym Mieście doszło do awantur
i władze nie chciały zaogniać sytuacji. Po dwugodzinnym oczekiwaniu
powiedziano nam, żebyśmy spróbowali szczęścia innego dnia – dodaje Asaf.
Nie może się uspokoić: – To jedyne miejsce na świecie, do którego nie
wpuszcza się religijnych Żydów. Któregoś dnia ktoś sponiewierany i
poniżony tak jak ja wejdzie na górę i podpali meczety. W
kilkudziesięcioletniej historii zjednoczonej Jerozolimy takich prób było
kilka. Pierwszym był Michael Rohan, młody Australijczyk, nie-Żyd, który
w 1969 roku podpalił meczet Al-Aksa. Spłonęło południoweskrzydło
świątyni i część wspaniałej kopuły. Wszystko zostało odbudowane dzięki
hojnej pomocy króla Arabii Saudyjskiej, który ze swojej prywatnej
szkatuły wyasygnował na ten cel 10 mln dol. Zamachowiec, jak się
okazało, był chory psychicznie i został deportowany do Australii.
Następny w kolejce był Allen Goodman, emigrant z USA, który miał zwyczaj
w nieparzyste dni rozmawiać z Panem Bogiem. Latem 1982 roku wszedł na
Wzgórze Świątynne z karabinem maszynowym i dokonał masakry modlących się
muzułmanów. Zupełnie innym typem był Jehuda Ecyjon, dziennikarz i
publicysta związany z religijno-prawicowym ruchem Gusz Emunim (Blok
Wiernych), który zamierzał ostrzelać meczety rakietami LAW. W ostatniej
chwili został aresztowany przez służbę bezpieczeństwa. W późniejszych
latach odnotowano kilka podobnych prób, które podjęli członkowie
żydowskiego podziemia, ale nigdy nie weszły one w fazę operacyjną.
Czy muzułmanie mają uzasadnione powody do niepokoju? I tak, i nie. Tak,
ponieważ jak świadczą przytoczone przykłady, byli już tacy, którzy
chcieli przyspieszyć nadejście Mesjasza. Nie, ponieważ zachowanie
spokoju i status quo na Wzgórzu Świątynnym jest podyktowane najbardziej
żywotnymi interesami żydowskiego Izraela. Przywódcy instytucji
muzułmańskich dobrze o tym wiedzą i dyskretnie współpracują w tej
kwestii z izraelskimi władzami. Kiedy wzywają ponad miliard wiernych do
obrony Al-Aksy, to w gruncie rzeczy nie w imię obrony świętych miejsc,
lecz by przekształcić konflikt polityczny z Izraelem w wojnę religijną.
Wolty takiej już w 2000 roku dokonał ówczesny lider palestyński Jasir
Arafat, który w reakcji na wejście Ariela Szarona na Wzgórze Świątynne
wywołał krwawą intifadę, rzekomo w obronie meczetu Al-Aksa.
Thomas
Edward Lawrence, bardziej znany jako Lawrence z Arabii, napisał 70 lat
temu pasjonującą powieść pod tytułem „Siedem filarów mądrości".
Mimo że
książka ma charakter bardziej epicki niż historyczny, należy do lektury
obowiązkowej izraelskich badaczy zajmujących się nowożytną historią
Lewantu i anatomią palestyńskiego terroru. Jest rok 1918, kończy się I
wojna światowa. Wojska angielskie zajmują całą Palestynę. Generał
Allenby, naczelny dowódca zwycięskiej armii, schodzi z konia i z odkrytą
głową wchodzi do Jerozolimy. – Co zrobić z tą górą? – pyta
generałów,
wskazując na meczety. – Nic – odpowiada Fejsal, sojusznik i
zaufany
generała, syn haszymidzkiego emira Hussejna z Arabii Saudyjskiej. – Z tą
górą nie trzeba nic robić.