Czego potrzeba, żeby powstało miejsce pracy? Oczywiście pieniędzy, aby zapłacić pracownikowi, i dodatkowych pieniędzy na zakup wykorzystywanych przez niego materiałów. Rząd jednak nie wytwarza pieniędzy. A jeśli nie tworzy się pieniędzy, jak można tworzyć miejsca pracy? Jedynie odbierając pieniądze innym – przez opodatkowanie, sprzedaż obligacji albo narzucanie obowiązkowych świadczeń. Tyle że przenoszenie pieniędzy nie jest ich wytwarzaniem – bez różnicy, jak się to robi. Kiedy rząd wykorzystuje przeniesione pieniądze, aby zwiększać zatrudnienie, w gruncie rzeczy przenosi miejsca pracy z sektora prywatnego do publicznego, nie zwiększając ogólnej liczby miejsc pracy w systemie gospodarczym. Gdyby tylko do tego się wszystko sprowadzało, byłoby to zwykłe oszustwo – miejsc pracy ani by nie przybyło, ani nie ubyło. Niestety, wiele decyzji polityków prowadzi do faktycznej redukcji liczby miejsc pracy.
REKLAMA
Gdy politycy narzucają pracodawcom świadczenia na rzecz pracowników, odnoszą korzyści polityczne, bo wydaje się, że rozdają coś za darmo. Kiedy jednak koszty pracy wzrastają, prawdopodobnie mniej ludzi znajdzie zatrudnienie. W okresie ożywienia gospodarczego pracodawcy mogą reagować na wzrost zapotrzebowania na ich produkty, zwiększając zatrudnienie albo skłaniając lub zmuszając już zatrudnionych do pracy po godzinach. Za godzinę nadliczbową trzeba pracownikowi zapłacić półtorej stawki godzinowej, można by więc sądzić, że zawsze taniej będzie zwiększyć zatrudnienie. Tak było jednak, zanim politycy zaczęli narzucać dodatkowe świadczenia na rzecz pracowników.
Kiedy pracownicy zatrudnieni już w firmie pracują w wymiarze większym od etatu, nie trzeba im wypłacać dodatkowych świadczeń, na które muszą się znaleźć pieniądze, gdy zatrudnia się nowych ludzi. Wielu pracodawców dostrzega więc, że koszty pracy są niższe, gdy pracownicy zostają po godzinach. Nic dziwnego, że według statystyk wzrasta liczba przepracowanych godzin nadliczbowych. Koszt narzucanych przez rząd świadczeń można także zredukować, zatrudniając pracowników na czas określony, gdyż oni nie podlegają przepisom dotyczącym tych świadczeń. Liczba zatrudnionych na tych zasadach wzrasta nieustannie od czterech miesięcy, mimo że są miliony bezrobotnych, których można by zatrudnić na stałe. Przeszkodą są świadczenia narzucone przez polityków.
Ekonomiści od dawna podkreślają, że nie ma lunchu za darmo, ale politycy zdobywają głosy, gdy się wydaje, że w takiej czy innej formie rozdają darmowe posiłki. W Waszyngtonie nie ma jednak czarodziejskich różdżek, które pozwolą usunąć koszty – czy to pracy, czy opieki medycznej. Po prostu płacimy w inny sposób i znacznie więcej, niż powinniśmy. Nie wszystkie z tych kosztów można przerzucić na „zamożnych", ponieważ ludzi bogatych jest za mało. Często największe koszty muszą ponosić ci, którym daleko do zamożności. Klasycznym przykładem są przepisy dotyczące minimalnych wynagrodzeń. Na pozór można sądzić, że te przepisy za darmo zapewniają coś pracownikom o niskich dochodach – a przecież w polityce ważne są właśnie pozory. Gdy pozory zapewniają głosy, rzeczywiste problemy można zostawić innym. Pracownicy o niskich kwalifikacjach lub małym doświadczeniu zazwyczaj zarabiają niewiele. Wprowadzenie przepisów o minimalnych wynagrodzeniach nie spowoduje, że będą bardziej wartościowi dla pracodawcy. Gdy podniesie się minimalne wynagrodzenia, staną się po prostu zbędni. Było pewne, że jeśli wzrosną wynagrodzenia minimalne w środku recesji, wzrośnie też bezrobocie wśród młodzieży. I właśnie tak się stało.
Obecna administracja nie jest wyjątkiem. W latach 30. rząd Roosevelta stworzył wiele miejsc pracy w sektorze publicznym, a mimo to bezrobocie było dwucyfrowe przez dwie pierwsze kadencje prezydenta. Nieustanne eksperymentowanie z nowymi świetlanymi pomysłami to kolejna wspólna cecha „zmiany" Obamy i Nowego Ładu Roosevelta. Nieprzewidywalne eksperymenty wywołują jednak poczucie niepewności, przez co pracodawcy boją się zwiększać zatrudnienie. Tworzenie nowych miejsc pracy za cenę niszczenia innych daleko nie zaprowadzi. Najwyżej przyniesie skutki polityczne. Ale w końcu dla polityków ważne są wyłącznie one.
Mydlenie oczu
Czego potrzeba, żeby powstało miejsce pracy?
Oczywiście pieniędzy, aby zapłacić pracownikowi, i dodatkowych pieniędzy na
zakup wykorzystywanych przez niego materiałów. Rząd jednak nie wytwarza
pieniędzy. A jeśli nie tworzy się pieniędzy, jak można tworzyć miejsca pracy?
Jedynie odbierając pieniądze innym – przez opodatkowanie, sprzedaż
obligacji albo narzucanie obowiązkowych świadczeń. Tyle że przenoszenie
pieniędzy nie jest ich wytwarzaniem – bez różnicy, jak się to robi. Kiedy
rząd wykorzystuje przeniesione pieniądze, aby zwiększać zatrudnienie, w gruncie
rzeczy przenosi miejsca pracy z sektora prywatnego do publicznego, nie
zwiększając ogólnej liczby miejsc pracy w systemie gospodarczym. Gdyby tylko do
tego się wszystko sprowadzało, byłoby to zwykłe oszustwo – miejsc pracy
ani by nie przybyło, ani nie ubyło. Niestety, wiele decyzji polityków prowadzi
do faktycznej redukcji liczby miejsc pracy.
Gdy
politycy narzucają pracodawcom świadczenia na rzecz pracowników, odnoszą
korzyści polityczne, bo wydaje się, że rozdają coś za darmo. Kiedy jednak koszty
pracy wzrastają, prawdopodobnie mniej ludzi znajdzie zatrudnienie. W okresie
ożywienia gospodarczego pracodawcy mogą reagować na wzrost zapotrzebowania na
ich produkty, zwiększając zatrudnienie albo skłaniając lub zmuszając już
zatrudnionych do pracy po godzinach. Za godzinę nadliczbową trzeba pracownikowi
zapłacić półtorej stawki godzinowej, można by więc sądzić, że zawsze taniej
będzie zwiększyć zatrudnienie. Tak było jednak, zanim politycy zaczęli narzucać
dodatkowe świadczenia na rzecz pracowników.
Kiedy pracownicy zatrudnieni
już w firmie pracują w wymiarze większym od etatu, nie trzeba im wypłacać
dodatkowych świadczeń, na które muszą się znaleźć pieniądze, gdy zatrudnia się
nowych ludzi. Wielu pracodawców dostrzega więc, że koszty pracy są niższe, gdy
pracownicy zostają po godzinach. Nic dziwnego, że według statystyk wzrasta
liczba przepracowanych godzin nadliczbowych. Koszt narzucanych przez rząd
świadczeń można także zredukować, zatrudniając pracowników na czas określony,
gdyż oni nie podlegają przepisom dotyczącym tych świadczeń. Liczba zatrudnionych
na tych zasadach wzrasta nieustannie od czterech miesięcy, mimo że są miliony
bezrobotnych, których można by zatrudnić na stałe. Przeszkodą są świadczenia
narzucone przez polityków.
Ekonomiści od dawna podkreślają, że nie ma
lunchu za darmo, ale politycy zdobywają głosy, gdy się wydaje, że w takiej czy
innej formie rozdają darmowe posiłki. W Waszyngtonie nie ma jednak
czarodziejskich różdżek, które pozwolą usunąć koszty – czy to pracy, czy
opieki medycznej. Po prostu płacimy w inny sposób i znacznie więcej, niż
powinniśmy. Nie wszystkie z tych kosztów można przerzucić na
„zamożnych", ponieważ ludzi bogatych jest za mało. Często największe
koszty muszą ponosić ci, którym daleko do zamożności. Klasycznym przykładem są
przepisy dotyczące minimalnych wynagrodzeń. Na pozór można sądzić, że te
przepisy za darmo zapewniają coś pracownikom o niskich dochodach – a
przecież w polityce ważne są właśnie pozory. Gdy pozory zapewniają głosy,
rzeczywiste problemy można zostawić innym. Pracownicy o niskich kwalifikacjach
lub małym doświadczeniu zazwyczaj zarabiają niewiele. Wprowadzenie przepisów o
minimalnych wynagrodzeniach nie spowoduje, że będą bardziej wartościowi dla
pracodawcy. Gdy podniesie się minimalne wynagrodzenia, staną się po prostu
zbędni. Było pewne, że jeśli wzrosną wynagrodzenia minimalne w środku recesji,
wzrośnie też bezrobocie wśród młodzieży. I właśnie tak się stało.
Obecna
administracja nie jest wyjątkiem. W latach 30. rząd Roosevelta stworzył wiele
miejsc pracy w sektorze publicznym, a mimo to bezrobocie było dwucyfrowe przez
dwie pierwsze kadencje prezydenta. Nieustanne eksperymentowanie z nowymi
świetlanymi pomysłami to kolejna wspólna cecha „zmiany" Obamy i
Nowego Ładu Roosevelta. Nieprzewidywalne eksperymenty wywołują jednak poczucie
niepewności, przez co pracodawcy boją się zwiększać zatrudnienie. Tworzenie
nowych miejsc pracy za cenę niszczenia innych daleko nie zaprowadzi. Najwyżej
przyniesie skutki polityczne. Ale w końcu dla polityków ważne są wyłącznie
one.