Upadek albo dalszy wzrost potęgi jest w naszych
rękach. Nie zawsze jest to kwestia wyboru. Upadek Wielkiej Brytanii po II wojnie
światowej był do przewidzenia, tak jak schyłek Europy, która w minionych wiekach
stanowiła dominującą siłę. Cywilizacyjne samobójstwo – dwie wojny światowe
– a w konsekwencji fizyczne i psychiczne wyczerpanie spowodowały, że
dalsza dominacja Europy stała się niemożliwa, a jej upadek nieunikniony.
Następstwem niezamierzonego załamania się Europy był równie niezamierzony
wzrost potęgi Ameryki. My, których Lincoln nazwał kiedyś „narodem prawie
wybranym" przez Boga, nie ratowaliśmy dwukrotnie Europy po to, by wstać z
wojennych popiołów jako współrządca świata. Ameryka jest najrzadszym zjawiskiem
geopolitycznym: przypadkowym hegemonem. Biorąc pod uwagę naszą historię
izolacjonizmu i brak instynktownej ambicji imperialnej, jesteśmy hegemonem
ociągającym się. A teraz, po prawie dekadzie wyczerpującego wysiłku
spowodowanego odpowiedzią na ataki z 11 września 2001 r., ociągamy się przed
przyjęciem roli hegemona bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Ta konstatacja
prowadzi do następnej konkluzji: mając przed sobą wybór: kontynuować dominację
czy też stopniowo, rozmyślnie, chętnie i z uczuciem ulgi pozbyć się jej,
znajdujemy się na drodze do tej drugiej decyzji. Wzrost wpływów liberałów w
Stanach Zjednoczonych, kontrolujących władzę wykonawczą i obie izby Kongresu,
dominujących w mediach i kulturze elit, wepchnął nas na kurs ku upadkowi. I to
zarówno w sferze polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej.
Obecna polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych jest ćwiczeniem
w zwijaniu się potęgi. Zaczyna się od burzenia moralnych fundamentów
amerykańskiej dominacji. W Strasburgu zapytano prezydenta Obamę o amerykańską
wyjątkowość. „Wierzę w wyjątkowość Ameryki tak, jak przypuszczam,
Brytyjczycy wierzą w wyjątkowość Wielkiej Brytanii, a Grecy – w
wyjątkowość Grecji" – odpowiedział. Interesujące: ponieważ każdy jest
wyjątkowy, więc nikt wyjątkowy nie jest. To prowadzi do następnej kwestii: jak
rządzi się ten nowy świat? Jak ma funkcjonować system rządów międzynarodowych?
Henry Kissinger powiedział kiedyś, że jedyną drogą do zapewnienia pokoju jest
hegemonia lub równowaga sił. No cóż, hegemonia została wykluczona. Jak
stwierdził Obama w przemówieniu do Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych:
„Żaden naród nie może lub nie powinien próbować dominacji nad innym".
A jeśli hegemonii już nie ma, to samo dotyczy równowagi sił: „Żadna
równowaga sił między narodami się nie utrzyma”.
Prezydent
następnie skrytykował ideę wywyższania się pewnych grup narodów ponad inne
– co, jak przypuszczam, odnosi się do Rady Bezpieczeństwa NZ, grupy G20 i
sojuszników z Zachodu. Obama odżegnał się od „sojuszów narodów, których
korzenie wywodzą się z podziałów dawno minionej zimnej wojny" jako
„pozbawionych sensu w dzisiejszym świecie wzajemnych powiązań". Co to
mówi na przykład o NATO? O naszych sojuszach z Japonią i Koreą Południową, a
nawet z Unią Europejską?
Stwierdzenie Obamy jest nonsensem. Więcej
– szkodliwym nonsensem. To nonsens mający pewien cel. Odzwierciedla bowiem
fundamentalny pogląd, że jedyną uprawnioną siłą sprawczą w systemie
międzynarodowym jest ta, która emanuje ze „wspólnoty narodów" jako
całości. Gesty prezydenta nie pozostały niedostrzeżone za granicą. Komitet
Noblowski wyciągnął wnioski z radykalnej reorientacji polityki zagranicznej USA
przez Obamę. W uzasadnieniu przyznania Pokojowej Nagrody Nobla chwali go za
„stworzenie nowego klimatu" w stosunkach międzynarodowych, w których
„dyplomacja wielostronna odzyskała centralne miejsce, z uwypukleniem
funkcji, którą mogą pełnić Narody Zjednoczone i inne instytucje”. To
oczywiste, że pomysł, by „społeczność międzynarodowa” działała przez
ONZ (fikcja i farsa zarazem!) w celu wymuszania norm i utrzymywania stabilności
świata, jest absurdalny. Takie odżegnywanie się od przywództwa nie jest
całkowicie nowe. Liberalny internacjonalizm, jaki praktykowały centrolewicowe
administracje Clintona w latach 90., na początku ery jednobiegunowości świata,
był nieco ambiwalentny w kwestii hegemonii Ameryki, choć dopuszczał jej rolę
jako „narodu niezastąpionego” (Madeleine Albright).
Dzisiejszy liberalny internacjonalizm jest inny. Nie centrolewicowy,
lecz lewicowo-liberalny. Dla nowego liberalizmu niewystarczające jest
stwierdzenie, że władza korumpuje. To Ameryka jest skorumpowana – w tym
sensie, że jest obarczona głęboką skazą i historia to potwierdza. A ponieważ
pozostajemy narodem tak bardzo niedoskonałym, nie mamy prawa dyktować
wyznawanych przez nas wartości innym. Na ulicach Teheranu demonstranci są
zabijani, nie domagając się niczego prócz wolności, a tymczasem nasz prezydent
nie zajmuje stanowiska, lecz publicznie mówi o naszych rzekomych przewinach
wobec Iranu.
Fundamentalne zasady nowego liberalizmu nie są tylko
teorią. Mają konsekwencje strategiczne. W praktyce ich przejawem są różne
sposoby strategicznego odwrotu Ameryki. Nie ma już „globalnej wojny z
terroryzmem". I nie tylko sam termin został zarzucony. Dziś sekretarz stanu
odpowiedzialny za bezpieczeństwo wewnętrzne odnosi się do terroryzmu jako do
„nieszczęść spowodowanych przez człowieka". Oznacza to, że sam
pogląd, iż nasz naród i cywilizacja zaangażowały się w globalną, na śmierć i
życie walkę z dżihadyzmem, został również usunięty. Operacyjne konsekwencje
dobrowolnego zwijania się naszej potęgi są już oczywiste. Mamy jednostronne
odwołanie naszych porozumień o obronie przeciwrakietowej zawartych z Polską i
Republiką Czeską. Wycofanie się z tych umów jest odczuwane w całej Europie
Wschodniej, po Ukrainę i Gruzję, jako sygnał, że USA ustępują strategicznie
Rosji w jej dawnej strefie wpływów. Mamy niezdecydowanie w sprawie Afganistanu
– szeroko wyrażana ambiwalencja dotycząca naszej misji oraz poważne
rozpatrywanie minimalistycznych wariantów strategii, o których nasi dowódcy
polowi powiedzieli prezydentowi, że nie mają szans na sukces. Chodzi o poważne
rozważanie strategicznego odwrotu z Afganistanu, z możliwymi katastrofalnymi
skutkami dla Pakistanu.
W Iraku obserwujemy determinację, by
zakończyć wojnę w sztywnym terminie, przy prawie zupełnym braku zainteresowania
zebraniem owoców bardzo kosztownego i krwawego sukcesu. Konkretnie – braku
zainteresowania dla wykorzystania porozumienia strategicznego, które zakłada
przekształcenie nowego Iraku w strategicznego partnera USA i kotwicę dla
utrzymania wpływów Stanów Zjednoczonych w najbardziej niestabilnym regionie
świata.
Nowy liberalizm będzie protestować, że mimo swej retoryki
dąży do osiągnięcia rzeczywistych strategicznych korzyści dla Stanów
Zjednoczonych, zgodnie z założeniem, że powodem braku efektów we współpracy, na
przykład z Rosją, Iranem, Koreą Północną lub nawet z sojusznikami w Europie w
różnych ważnych sprawach, jest amerykańska arogancja, działania jednostronne i
skłonność do odrzucania współpracy. Co zatem przyniosło dziewięć miesięcy owego
samoponiżania? Mimo wszystkich naszych ukłonów, ustępstw, przepraszania i
wyrzekania się nie potrafiliśmy nawet przekonać Komitetu Olimpijskiego do
organizacji igrzysk w Chicago. Jednostronne ustępstwa i oferty bezwarunkowego
angażowania się nie przekonały ani Iranu, ani Rosji, ani też Korei Północnej do
przyjęcia naszych warunków. Nie przekonaliśmy też krajów arabskich, nawet
bezsilnej Autonomii Palestyńskiej, by zaoferowały choć symboliczne gesty w
odpowiedzi na silne i niczym nieuzasadnione naciski USA na Izrael. Nawet nasi
europejscy sojusznicy nie odpowiedzieli: nie zmobilizowali prawie niczego w
odpowiedzi na nasze prośby o większą pomoc w Afganistanie.
Samo
oczekiwanie, że ustępstwa mogłyby przynieść korzyści, jest błędne. Prezydent
zaproponował radykalne cięcia w arsenale broni nuklearnych i przewodniczył
niedawno posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ, która przyjęła rezolucję o
powszechnym rozbrojeniu jądrowym, opartą na teorii, że dopóki potęgi nuklearne
nie zredukują swych arsenałów, dopóty nie będą miały moralnego prawa, by żądać
rezygnacji z broni jądrowej od innych krajów. Lecz jakiekolwiek byłyby zalety
jednostronnego rozbrojenia USA lub nawet dwustronnego rozbrojenia USA i Rosji,
zakładanie, że doprowadzi to do podobnych gestów ze strony Iranu i Korei
Północnej, jest po prostu dziecinne.
Celowy wybór strategicznych
odwrotów dla podtrzymania dobrego samopoczucia opiera się na naiwnej nadziei, że
w zamian uzyskamy dobrą wolę od państw rozbójniczych. Nie zaskakuje więc, że
taka teoria – jako polityka – nie przyniosła żadnych korzyści
strategicznych. Ale to nie odstrasza zwolenników nowego liberalizmu, ponieważ
ostatecznym celem ich polityki zagranicznej jest spowodowanie, by Ameryka stała
się mniej hegemonistyczna, mniej arogancka i mniej dominująca.
Polityka zagraniczna nowego liberalizmu zakłada upadek Ameryki –
doprowadzenie do tego, by Stany Zjednoczone stały się po prostu jednym z wielu
narodów. Realizacji tego celu sprzyja polityka wewnętrzna. Ta polityka, co
oczywiste, nie zakłada ograniczenia naszej potęgi za granicą. Lecz brak takich
intencji nie oznacza, że faktycznie tak się nie stanie. Upadek będzie
niezamierzonym, ale potężnym efektem ubocznym ambicji nowego liberalizmu, by
przesunąć Amerykę z pozycji dynamicznego indywidualizmu ku być może bardziej
sprawiedliwemu, lecz statycznemu modelowi europejskiej socjaldemokracji.
O modelu tym można powiedzieć, że jest przyzwoity i zapewnia względną
równość. Pociąga on za sobą pewne koszty: mniejszą mobilność socjalną, wyższe
bezrobocie, mniej innowacji i twórczej destrukcji, słabszy wzrost gospodarczy.
Odbija się to na zdolności do projekcji siły. Wzrost daje dominacji niezbędną
muskulaturę – zdolność do utrzymywania wielkiej potęgi militarnej, która
przenosi siłę państwa do wszystkich zakątków ziemi. Europejczycy, choć bogaci i
rozwinięci, prawie wcale nie mają tej zdolności. Dawno temu dokonali wyboru,
poświęcając swoje zasoby budowie szerokiego państwa dobrobytu. Ich wydatki na
obronę i zdolności militarne są minimalne. Na morzach i oceanach Europejczycy
polegają na marynarce wojennej USA, a na lotnictwie USA, gdy potrzebują
transportu. To amerykańscy marines lądują na brzegu, nie tylko by walczyć, lecz
także by ratować ofiary tsunami. Stany Zjednoczone mogą robić wszystko to, bo
wydają na obronę nieskończenie więcej – więcej niż następne dziewięć
państw razem wziętych.
To przesuwanie środków nie jest hipotetyczne. Już
się zaczęło. Gdy wyrzuca się miliardy dolarów na stymulowanie gospodarki i inne
cele w niekończącym się łańcuchu krajowych programów naprawczych, budżet obronny
jest praktycznie zamrożony. Obrona przeciwrakietowa, w której Stany Zjednoczone
miały wielką technologiczną przewagę, i która miała zapewnić Ameryce utrzymanie
prymatu w stuleciu zdominowanym przez rakiety balistyczne, jest właśnie
obcinana. Liczba rakiet przechwytujących na Alasce do obrony przed atakiem
północnokoreańskim została zmniejszona, obcięto nakłady na program latających
laserów. W tym samym czasie środki budżetowe na szkolnictwo federalne wzrosły o
100 proc. tylko w ciągu roku.
Przewaga dóbr społecznych nad
potrzebami bezpieczeństwa nie objawia się tylko w alokacjach budżetowych i
priorytetach. Zabraniając wierceń na szelfie morskim i w Arktyce, Stany
Zjednoczone pozbawiają się dostępu do wielkich złóż ropy naftowej, które
uwolniłyby je od zależności od petrodolarowych rywali – od Iranu po
Wenezuelę i Rosję. Możemy się spierać, co ważniejsze: ochrona środowiska czy
bezpieczeństwo. To niejedyny kompromis. Prymat USA w kosmosie – symbol
amerykańskiej wielkości, rozumiany i otwarcie lansowany przez Johna
Kennedy’ego – jest stopniowo zarzucany. W ramach krytycznej oceny
wszystkiego, co wiąże się z Bushem, pomysł powrotu na Księżyc w następnej
dekadzie jest odrzucany. Po wrześniu 2010 r. promy kosmiczne przestaną latać, a
ich zastąpienie nowymi jest dyskutowane i opóźniane. To pozbawi Stany
Zjednoczone zdolności do powrotu nawet na orbitę okołoziemską, nie mówiąc już o
Księżycu. Na wiele lat będziemy całkowicie uzależnieni od Rosjan, a może nawet
od Chińczyków.
Symboliczne, lecz także konkretne znaczenie ma
status dolara. Wizja socjaldemokratyczna dopuszcza konieczność ogromnych
wydatków na cele socjalne, w pierwszej kolejności na rozbudowaną ochronę
zdrowia. Plany obecnie rozważane będą kosztować około biliona dolarów. A jeśli
dodać różne sztuczki budżetowe, oznacza to dodatkowe setki miliardów dolarów
dokładanych do monstrualnego deficytu budżetowego, który Komisja Budżetowa
Kongresu planuje w następnej dekadzie na poziomie 7 bln dolarów. Wpływ tych
planów na wartość dolara już jest odczuwalny, a może doprowadzić do
katastrofalnego załamania się i/lub hiperinflacji. Kontrola nad światową walutą
rezerwową jest narodowym dobrem nie do zastąpienia. Lecz przy każdym kolejnym
szacowaniu eksplozji długu narodowego USA podnosi się coraz więcej głosów
domagających się zastąpienia dolara jako waluty światowej. Domagają się tego nie
tylko nasi przeciwnicy – jak Rosja i Chiny, Iran i Wenezuela – co
nie jest zaskoczeniem, lecz nawet prezes Banku Światowego.
Nie ma
darmowego obiadu. Socjaldemokracja i towarzyszące jej dobra mogą być wysoko
pożądane, ale mają swą cenę, która obciąży dolara, pierwszeństwo w kosmosie,
obronę przeciwrakietową, bezpieczeństwo energetyczne, a także nasze zdolności
obronne i przyszłą projekcję naszej potęgi. Jeśli głównym celem polityki
zagranicznej jest sama definicja prymatu na arenie międzynarodowej, to agenda
wewnętrzna, której cele zabierają środki niezbędne do utrzymania roli przywódcy,
jest jej dokładnym uzupełnieniem. I w tym sęk. Dla Europejczyków
socjaldemokracja to dywidenda pokoju, bo my zapewniamy pokój. Mogą sobie
pozwolić na socjaldemokrację bez utrzymywania zdolności do obrony, ponieważ
zawsze mogą polegać na Stanach Zjednoczonych. Dlaczego nie my? Europa może
ucztować, pić i zabawiać się, bo broni jej Ameryka. Dla Ameryki sytuacja jest
inna. Jeśli my wybierzemy beztroskie życie, kto stanie w naszej obronie?
Kiedy 20 lat temu rozpoczęła się era maksymalnej dominacji Ameryki
– gdy ku powszechnemu zaskoczeniu po zimnej wojnie wyłonił się świat
jednobiegunowy miast wielobiegunowego – wahaliśmy się przed przyjęciem tej
roli. I wahali się nie tylko liberałowie, lecz także konserwatyści, jak Jane
Kirkpatrick. Wycofanie się z dominacji zostało odrzucone przez większość
amerykańskiego konserwatyzmu, lecz znalazło pewien rezonans w głównym nurcie
liberalizmu. Mimo to w praktyce liberałowie odważnie interweniowali na Bałkanach
(bez sankcji Rady Bezpieczeństwa ONZ) i otwarcie przyjęli rodzaj tymczasowego
statusu Stanów Zjednoczonych jako „niezastąpionego narodu". Dziś już
nie. Rosnąca w siłę formacja nowego liberalizmu idzie dużo dalej, aktywnie dążąc
do zmniejszenia roli Ameryki na arenie międzynarodowej – inter pares,
nawet nie primus – i do wprowadzenia socjalnego programu wewnętrznego.
Dlaczego nie możemy wybrać łatwizny i cieszyć się z pochlebstw świata,
gdy seryjnie odżegnujemy się, wycofujemy i ustępujemy? Ponieważ globalizacja
stworzyła iluzję, iż natura ludzka uległa zmianie, lecz ona się nie zmieniła.
Arena międzynarodowa nadal pozostaje stanem natury w rozumieniu Hobbesa, w
którym kraje instynktownie dążą do potęgi. Jeśli my z własnej woli oddamy
większość naszej potęgi, inni nie pójdą naszym śladem. Wypełnią powstałą
próżnię.
Nielekkie są ciężary hegemona. Po daninie krwi i
uszczupleniu bogactw w wyniku wojen po 11 września 2001 r. Ameryka jest gotowa
zrzucić z siebie ciężar przewodnictwa i łagodnie zsunąć się w abdykację i
upadek. Upadek jest kwestią wyboru. Więcej – jest pokusą. Jak się jej
przeciwstawić? Po pierwsze, zaakceptować naszą rolę jako hegemona. I odrzucić
tych, którzy podważają łagodność naszej dominacji. Jest ku temu powód, gdyż
jesteśmy jedynym hegemonem we współczesnej historii, który natychmiast nie
skatalizował przeciwko sobie wielkiego sojuszu – jak to się stało na
przykład przeciwko napoleońskiej Francji i nazistowskim Niemcom. Jest także inny
powód: wiele krajów na obrzeżach Pacyfiku i na Bliskim Wschodzie, a także w
Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej, sprzyja naszej obecności jako państwa
równoważącego siły i gwaranta ich wolności. Przyczyna jest prosta: jesteśmy
najłagodniejszym hegemonem, jakiego świat kiedykolwiek oglądał.
Opór przeciwko upadkowi zaczyna się od moralnej wiary w siebie i od
woli. Utrzymanie dominacji nie jest jednak tylko sprawą woli, lecz zależy od
grubości portfela. Nie jesteśmy bezwarunkowo zdani na gospodarczy upadek. Mamy
najbardziej dynamiczną, innowacyjną, przodującą technologicznie gospodarkę na
świecie. Cieszymy się najwyższą wydajnością. Oczywiście, istnieją duże
zagrożenia dla amerykańskiej gospodarki. Ale nie są nieuniknione i nieubłagane.
Weźmy zagrożenie dla dolara (jako światowej waluty rezerwowej), które wynika z
deficytów handlowych USA. Zagrożenie ze strony Chin jest w dużej mierze
przesadzone. Faktycznie dwie trzecie naszego deficytu handlowego pochodzi z
importu ropy. To nie jest dane na zawsze. Mamy wybór.
W naszej mocy
jest cofnięcie absurdalnego 30-letniego zakazu budowy nowych elektrowni
atomowych. W naszej mocy jest wykorzystanie ogromnych krajowych rezerw ropy
naftowej po odrzuceniu zakazu wierceń na szelfie i w Arktyce. Nic nie jest z
góry określone. Możemy odwrócić ześlizgiwanie się ku upadkowi, możemy odrzucić
zależność, jeśli tylko chcemy.
Innym wiszącym nad naszą gospodarką
i nad dolarem zagrożeniem są nasze deficyty fiskalne. One też nie są poza
kontrolą. Nie ma powodu, by strukturalnie kontynuować masowe deficyty
wprowadzone jako czasowe środki antykryzysowe podczas paniki finansowej 2008 r.
Kryzys będzie straszną rzeczą, jeśli zostanie wykorzystany przez nowy liberalizm
jako mandat dla masowej ekspansji państwa i powiększania długu narodowego
– grożąc dolarowi, całej gospodarce i w konsekwencji naszemu statusowi
superpotęgi za granicą. Są rzeczy, które trzeba zrobić. Sprzeciwiać się
odwrotowi jako strategii i zasadzie. Zapewnić środki dla kontynuacji dominującej
roli USA w świecie przez utrzymywanie naszego gospodarstwa w porządku. I
wreszcie, możemy pójść za radą Demostenesa, który zapytany, co trzeba zrobić z
upadkiem Aten, odpowiedział: „Nie róbcie tego, co robicie teraz".
Charles Krauthammer – konserwatywny amerykański publicysta,
piszący na łamach „The Washington Post", „Time Magazine",
redaktor „The National Interest”, współpracownik telewizji Fox News.
W 1987 r. otrzymał Nagrodę Pulitzera.