Sporo polityków wielokrotnie na serio przekonywało
mnie, że na szczytach władzy hakowanie, kontrhakowanie czy hakowanie prewencyjne
zajmują co najmniej trzy czwarte czasu poświęcanego na rządzenie. I że tajne
służby także są na tym polu bardzo aktywne. Co by tłumaczyło, dlaczego tak mało
władza zajmuje się rządzeniem i dlaczego tak mizerne są efekty tego rządzenia.
Bezpiecznie w polityce może się czuć tylko ten, kto ma odpowiednie kontrhaki na
haki zgromadzone na niego. I nie ma zmiłuj. Kto tego nie dopilnuje, prędzej czy
później przegra. Przekonywano mnie (i to bynajmniej nie politycy skłonni do
głoszenia spiskowej teorii dziejów), że na wszelkie polityczne dymisje powinno
się patrzeć z punktu widzenia rachunku haków. Zbychu pod kreską – odpada.
Grzechu nad kreską – zostaje itp. Co by oznaczało, że nad polityką w III
RP unosi się widmo gen. Czesława Kiszczaka, arcymistrza hakowania. Pracowała dla
niego wielotysięczna Służba Hakowa (formalnie zwana Służbą Bezpieczeństwa), a
efekty jej działań przechowuje on w sobie tylko znanym miejscu. Od czasu do
czasu Kiszczak przypomina, że te haki wciąż ma, i tak się dziwnie składa, że
natychmiast po tym głos zabierają apologeci okrągłego stołu i obrońcy gen.
Jaruzelskiego jako ojca polskiej demokracji.
Współcześni politycy (poza
aktualnie rządzącymi, którzy mogą liczyć na Agencję Bezpieczeństwa Hakowego)
radzą sobie z hakami chałupniczo. Dlatego tak ich podnieca każda plotka, a
jeszcze bardziej zweryfikowana historia, szczególnie obyczajowa, o konkurentach,
a tym bardziej o politycznych przyjaciołach. Gdy rozmawia się z politykami,
także z tymi z najwyższego szczebla, rzuca się na uszy, że najbardziej
interesują ich historie, które można wykorzystać do hakowania. Na przykład ta o
bardzo ważnym do niedawna rozgrywającym na polskiej scenie, który zanim się
rozwiódł, namalował kredą linię we wspólnym domu, a żona nie mogła jej pod
żadnym pozorem przekraczać, bo groziło to nieobliczalnymi konsekwencjami. Albo
ta o polityku bardzo ważnym obecnie, którego wysocy rangą oficerowie tajnych
służb zaprosili na balangę do swojego „służbowego" lokalu, gdzie
– jak w balladzie „Pani Twardowska" Adama Mickiewicza –
były „tańce, hulanki, swawole", a potem wszystko to zarejestrowali
kamerą. W kontekście hakowej aktywności polityków atakowane ostatnio tabloidy,
które ponoć przekraczają wszelkie granice włażenia z butami w prywatne życie,
wydają się umiarkowane, a wręcz powściągliwe. Nigdy nie zamierzały na przykład
opublikować owych taśm ze służbowego lokalu tajnych służb, podobnie jak zdjęć
pokazujących „dokonania” w samochodzie pary polityków (ona i on) z
nieco przechodzonej już partii. Nie mówiąc już o tym, że te oskarżane o kloaczne
skłonności tabloidy nigdy nie chciały zniszczyć życia rodzinnego bardzo ważnego
polityka, choć mają udokumentowany kilkumiesięczny epizod jego
„emigracji” z rodziny. Ale tego samego nie można powiedzieć o
przyjacielu-wrogu tego polityka, który coraz bardziej dociskany do bandy jest
bliski ujawnienia tego epizodu. Czyli politycy są w stosunku do siebie
niepomiernie bardziej bezwzględni niż tabloidy wobec nich. Bo one, choć moralnym
czyścioszkom (w tym dziennikarskim) nie mieści się to w głowach, całkiem serio
traktują takie wartości jak racja stanu czy dobro rodziny.
Z tego
wszystkiego płynie refleksja, że w polityce najbardziej liczy się hakowa
sprawność, a jeśli ktoś jej nie ma, jest po prostu outsiderem. Owszem, idealiści
są w cenie, ale tylko w roli przyzwoitki. A nawet oni są przez kolegów bardzo
mocno podpuszczani. Jak ten z partii rządzącej, inspirowany po wielokroć, by nie
tłumił w sobie prawdziwych uczuć do urodziwej koleżanki. Wtedy będzie wprawdzie
umoczony, ale nabierze niezbędnej w polityce bezwzględności, co dopiero uczyni
go ważnym rozgrywającym, zamiast bycia rozgrywanym.
PS Wszelkie
podobieństwo do rzeczywistych osób i wydarzeń jest całkowicie przypadkowe i w
pełni zamierzone.