Miloš Zeman jeszcze jako prezes czeskiej rady ministrów z dumą
deklarował, że jego wodą mineralną jest becherovka, produkowany nad
Wełtawą czterdziestoprocentowy likier. Przed godz. 12 wypijał dwa, trzy
kieliszki tego trunku. Czasami uwidoczniało się to w jego sposobie
sprawowania władzy, przez co otrzymał przezwisko „Jelcyn Europy
Środkowej". Do 2009 r. Zeman nie miał telefonu komórkowego ani
komputera. Niecałe osiem lat temu opuścił fotel premiera, żonę i małą
córkę, by „obejmować drzewa” w średniowiecznej twierdzy na Wyżynie
Czesko-Morawskiej, najodleglejszym zakątku Republiki Czeskiej. W 2003
r. postanowił wystartować w wyborach prezydenckich, ale zaraz potem,
urażony porażką, wycofał się do swej warowni. Teraz Zeman, niemal
zapomniana legenda czeskiej postkomunistycznej areny politycznej,
jeszcze raz hucznie powraca.
REKLAMA
Zeman założył ugrupowanie o nazwie Partia
Praw Obywatelskich (czeski skrót: SPO), które po miesiącu od powstania
jest szóstą siłą w sondażach wyborczych. Do SPO zdążył już przejść
pierwszy poseł zasiadający w obecnym parlamencie i nikt nie wątpi w to,
że formacja ekspremiera Czech przekroczy pięcioprocentowy próg wyborczy.
Zeman na początku lat 90. z niemal wygasłej czeskiej socjaldemokracji
zdołał uczynić główną partię opozycyjną, wygrał z nią wybory, a w latach
1998-2002 jako szef rządu podźwignął kraj z kryzysu ekonomicznego. Potem
wybrał swego następcę i odszedł na polityczną emeryturę. Jak się okazało
– tylko pozorną i chwilową. W 2003 r. Zeman z powodu zdrady w szeregach
swej partii przegrał z Václavem Klausem batalię o fotel prezydenta. Dziś
jeszcze wielu wpływowych ludzi jest gotowych wydać miliony koron, by
obecnego szefa Republiki Czeskiej w 2013 r. zastąpił właśnie Zeman.
Powrót do wielkiej polityki – start na czele nowej partii w wyborach
parlamentarnych wiosną 2010 r. – to zaledwie pierwszy, całkiem realny
cel byłego premiera Czech w drodze na Praski Hrad. Dla wielu młodszych
Czechów to dosyć niepokojąca wizja, której realizacji – według części
czeskich politologów – nie można wykluczyć. 56-letni Miloš Zeman to
tylko jeden z kluczowych graczy, których środkowoeuropejska scena
polityczna nie potrafi się od 20 lat pozbyć.
Jedną z najbardziej dziwacznych skamielin politycznych jest były
dwukrotny premier Słowacji Vladimír Mečiar, który już w 1990 r. w
pierwszym demokratycznym rządzie ówczesnej Słowackiej Republiki
Federacyjnej był ministrem spraw wewnętrznych. W historii zapisał się
jednak przede wszystkim jako ojciec niezależności Słowaków, którą przy
rozpadzie Czechosłowacji uzgodnił z Václavem Klausem. Dziś Mečiar jest
tylko cieniem swej dawnej sławy. Jako przywódca Ruchu na rzecz
Demokratycznej Słowacji zdecydowanie wygrywał wszystkie wybory – po raz
ostatni udało mu się to w 2002 r. W 1998 r., by odsunąć Mečiara od
władzy, musiały się przeciw niemu sprzymierzyć niemal wszystkie
pozostałe partie słowackiego parlamentu. W 2002 r. do realizacji tego
samego celu wystarczyła już tylko koalicja czterech
prawicowo-liberalnych formacji.
Beton historyczny
Miloš Zeman jeszcze jako prezes czeskiej rady
ministrów z dumą
deklarował, że jego wodą mineralną jest becherovka, produkowany nad
Wełtawą czterdziestoprocentowy likier. Przed godz. 12 wypijał dwa, trzy
kieliszki tego trunku. Czasami uwidoczniało się to w jego sposobie
sprawowania władzy, przez co otrzymał przezwisko „Jelcyn Europy
Środkowej". Do 2009 r. Zeman nie miał telefonu komórkowego ani
komputera. Niecałe osiem lat temu opuścił fotel premiera, żonę i małą
córkę, by „obejmować drzewa” w średniowiecznej twierdzy na Wyżynie
Czesko-Morawskiej, najodleglejszym zakątku Republiki Czeskiej. W 2003
r. postanowił wystartować w wyborach prezydenckich, ale zaraz potem,
urażony porażką, wycofał się do swej warowni. Teraz Zeman, niemal
zapomniana legenda czeskiej postkomunistycznej areny politycznej,
jeszcze raz hucznie powraca.
Zeman założył
ugrupowanie o nazwie Partia
Praw Obywatelskich (czeski skrót: SPO), które po miesiącu od powstania
jest szóstą siłą w sondażach wyborczych. Do SPO zdążył już przejść
pierwszy poseł zasiadający w obecnym parlamencie i nikt nie wątpi w to,
że formacja ekspremiera Czech przekroczy pięcioprocentowy próg wyborczy.
Zeman na początku lat 90. z niemal wygasłej czeskiej socjaldemokracji
zdołał uczynić główną partię opozycyjną, wygrał z nią wybory, a w latach
1998-2002 jako szef rządu podźwignął kraj z kryzysu ekonomicznego. Potem
wybrał swego następcę i odszedł na polityczną emeryturę. Jak się okazało
– tylko pozorną i chwilową.
W 2003 r. Zeman z powodu zdrady
w szeregach
swej partii przegrał z Václavem Klausem batalię o fotel prezydenta. Dziś
jeszcze wielu wpływowych ludzi jest gotowych wydać miliony koron, by
obecnego szefa Republiki Czeskiej w 2013 r. zastąpił właśnie Zeman.
Powrót do wielkiej polityki – start na czele nowej partii w wyborach
parlamentarnych wiosną 2010 r. – to zaledwie pierwszy, całkiem realny
cel byłego premiera Czech w drodze na Praski Hrad. Dla wielu młodszych
Czechów to dosyć niepokojąca wizja, której realizacji – według części
czeskich politologów – nie można wykluczyć. 56-letni Miloš Zeman to
tylko jeden z kluczowych graczy, których środkowoeuropejska scena
polityczna nie potrafi się od 20 lat pozbyć.
Jedną z najbardziej dziwacznych skamielin politycznych jest były
dwukrotny premier Słowacji Vladimír Mečiar, który już w 1990 r. w
pierwszym demokratycznym rządzie ówczesnej Słowackiej Republiki
Federacyjnej był ministrem spraw wewnętrznych. W historii zapisał się
jednak przede wszystkim jako ojciec niezależności Słowaków, którą przy
rozpadzie Czechosłowacji uzgodnił z Václavem Klausem. Dziś Mečiar jest
tylko cieniem swej dawnej sławy. Jako przywódca Ruchu na rzecz
Demokratycznej Słowacji zdecydowanie wygrywał wszystkie wybory – po raz
ostatni udało mu się to w 2002 r. W 1998 r., by odsunąć Mečiara od
władzy, musiały się przeciw niemu sprzymierzyć niemal wszystkie
pozostałe partie słowackiego parlamentu. W 2002 r. do realizacji tego
samego celu wystarczyła już tylko koalicja czterech
prawicowo-liberalnych formacji.
O ile Miloš Zeman zasłynął jako
amator
becherovki, tanich marynarek i piwa z kiełbasą, o tyle Mečiar dał się
poznać jako twórca najbardziej gangsterskiego ustrojuEuropy Środkowej.
Kiedy po 1995 r. zbuntował się przeciw niemu prezydent Michal Kováč
(wcześniej podopieczny Mečiara), ówczesny premier zlecił uprowadzenie
prezydenckiego syna. Ponieważ nie wybrano następcy Kováča, Mečiar jako
prezes rady ministrów stał się p.o. prezydenta i ogłosił amnestię dla
wszystkich osób zamieszanych w porwanie. Z funkcją premiera i
obywatelami żegnał się podczas bezpośredniej transmisji telewizyjnej, w
trakcie której zaśpiewał pieśń zaczynającą się od słów „Nie skrzywdziłem
was...". Nie skrzywdził także siebie i swoich ludzi. Za jego rządów
majątki warte miliardy dolarów zostały sprzedane za granicę, rozdane
wśród członków partii i ich znajomych. Według szacunków tylko przebudowa
willi ekspremiera kosztowała 1-2 mln euro, a dzięki wielomilionowej
fortunie polityk zabezpieczył finansową przyszłość swych dzieci.
Dziennikarze szybko wyliczyli, że sama pensja szefa Ruchu na rzecz
Demokratycznej Słowacji nie pozwoliłaby mu na taką rozrzutność, jednak
sądownie żadnych nieprawidłowości w tym zakresie nigdy nie udowodniono.
Stany Zjednoczone i Unia Europejska nie czekały na śledztwo słowackiej
policji i za paradyktatorskie metody umieściły Mečiara na czele swych
list polityków uznanych za persona non grata.
Do władzy, choć
tylko
częściowej, Mečiar powrócił niecałe cztery lata temu, gdy w skład swego
gabinetu włączył go jego uczeń i nowy premier Robert Fico. Słowacja była
w tym czasie członkiem NATO oraz UE i nic złego z powodu nielubianego w
demokratycznym świecie polityka jej już nie groziło. Mečiar nie objął
wprawdzie żadnej ministerialnej teki, ale jako jeden z trzech członków
koalicyjnej rady od kilku lat znów współdecyduje o najważniejszych dla
Słowaków sprawach. Szeregi jego partii i wyborców sukcesywnie się
przerzedzają, ale były szef słowackiego rządu od 19 lat niezmiennie
pozostaje przewodniczącym ugrupowania, które najprawdopodobniej także po
najbliższych wyborach wejdzie do parlamentu i nowego gabinetu.
Przykład Węgier pokazuje, że aby się stać politycznym weteranem,
wcale
nie trzeba mieć 70 ani nawet 60 lat. Szef partii Fidesz i były premier
Viktor Orbán w ciągu ostatnich dwóch dekad dokonał wiele, a nie skończył
jeszcze 50 lat. Latem 1989 r. stał się symbolem nowej politycznej
generacji, gdy podczas pogrzebu Imre Nagya, ikony węgierskiej rewolucji
1956 r., w swym przemówieniu domagał się nie tylko wolnych wyborów, ale
także wycofania znad Dunaju radzieckich wojsk. Rok później Fidesz zdobył
21 mandatów poselskich, a Orbána wybrano na szefa frakcji
parlamentarnej. Miał wtedy zaledwie 27 lat i był uważany za największego
liberała. Osiem lat później, w wieku 35 lat, został premierem Węgier
(większość jego ministrów nie była od niego starsza). W tym czasie
wypłynął już jednak ze swym ugrupowaniem na konserwatywne wody.
W
wyborach w roku 2002 i 2006 Orbán poniósł porażkę i z obiecującego
młodego polityka nowego pokolenia stał się jednym z największych
nacjonalistycznych populistów Europy Środkowej. Poza składaniem
nierealnych obietnic ekonomicznych ekspremier w imię zwycięstwa
wyborczego nie cofa się nawet przed propagowaniem idei Wielkich Węgier.
Twierdzi, że „Węgry to jedno duże państwo, które sąsiaduje samo z
sobą",
co można odczytywać jako zgłaszanie roszczeń do zamieszkanych przez
mniejszość węgierską obszarów krajów ościennych. Od chwili upadku
komunizmu Orbán przebył drogę od liberalnego, tolerancyjnego polityka o
niewykrystalizowanych poglądach narodowych do nacjonalistycznego
populisty, którego z europejską prawicą łączy dziś zaledwie kilka
nieistotnych elementów. A to być może nie koniec ewolucji byłego
premiera Węgier, przed nim bowiem jeszcze prawdopodobnie 20 kolejnych
lat w wielkiej polityce.
Aby nie pozostawać wyłącznie poza
granicami
Polski, można też wspomnieć o Lechu Wałęsie, Aleksandrze Kwaśniewskim, a
może nawet braciach Kaczyńskich i ich dawnych kompanach w dalszym ciągu
obecnych nie tylko w dyskusji publicznej. Wszyscy oni, podobnie jak
Václav Havel, Árpád Göncz czy Václav Klaus, odegrali swą rolę w
pierwszym dwudziestoleciu wolności Europy Środkowej, rolę (w odróżnieniu
od Vladimíra Mečiara czy Andrzeja Leppera) w większości pozytywną. Czy
jednak potrafią stawić czoło dzisiejszym wyzwaniom? Być może także do
nich należałoby więc skierować wezwanie sformułowane pod koniec lat 90.
w Czechach: „Panom już dziękujemy".
Josef Třešňák z Pragi Tłumaczenie: Piotr Leśniewski
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|