Konkrety padają jedynie trzy: „tymczasowa reguła wydatkowa", przejęcie kontroli nad środkami pozabudżetowej sfery finansów publicznych oraz obniżenie wysokości rent inwalidzkich. I de facto tylko do tych rozwiązań odnosić się może deklaracja szefa rządu, że szybko powstaną projekty, a same ustawy zostaną uchwalone do końca roku. Z drugiej strony, trzeba przyznać, że same cele sformułowane są wzniośle. Krótkookresowo plan ma prowadzić do – jak dyplomatycznie ujęto to w dokumencie – „uniknięcia zagrożeń rozwojowych, jakie mogłyby wynikać z narastania długu publicznego i deficytu sektora finansowego poza możliwości uniesienia go przez gospodarkę i państwo”. Długookresowo natomiast celem jest taki rozwój naszej gospodarki, by stała się superkonkurencyjna.
REKLAMA
Oba te cele należy oceniać w identycznych kategoriach. Zadania rozwojowe i długookresowe to czysta poezja planistyczna, która – jeśli Bóg da, a Unia zapłaci – zamieni się być może w przyśpieszenie wzrostu gospodarczego do 3-4 proc. PKB rocznie. Natomiast realizacja celu krótkookresowego jest możliwa i przynieść powinna pewien efekt. Należy jednak zwrócić w tym miejscu uwagę na to, że rząd użył sformułowania „uniknięcie zagrożeń", zamiast prostego komunikatu – odroczenie przekroczenia ustawowych granic długu publicznego i sprowadzenia deficytu finansów publicznych do 3 proc. I zrobił to świadomie. Bo zdaje sobie sprawę z tego, że szansa na to, aby Unia zgodziła się na zmianę definicji długu i deficytu jest marginalna. Bruksela może przymykać oko na to, co dzieje się z finansami publicznymi w Grecji, Hiszpanii czy krajach nadbałtyckich, ale nie może otworzyć luki prawnej, umożliwiającej wzrost zadłużenia. W krótkim czasie budżet może zagarnąć spore pieniądze, wykorzystując środki pozabudżetowe jednostek sfery finansów publicznych, prywatyzując oraz wprowadzając „tymczasową regułę wydatkową". Ta tajemnicza reguła to nic innego jak formuła zakazująca zwiększania realnych wydatków poszczególnych resortów o więcej niż 1 punkt procentowy ponad inflację. Zakładając średni wzrost PKB na poziomie 3-4 proc., oznacza to, że obniżałaby się relacja tych wydatków do PKB. Problem w tym, że reguła może się odnosić wyłącznie Kdo wydatków niemających sztywnego charakteru. Może zatem przynieść najwyżej 2 mld zł oszczędności, co przy 60-miliardowej dziurze wielkim zyskiem nie jest. Znacznie większe korzyści może przynieść konsolidacja finansów publicznych, czyli prawo dysponowania przez budżet środkami parabudżetów. Ma to obniżyć wielkość długu publicznego o mniej więcej 14,5 mld zł. Z kolei z prywatyzacji rząd chce pozyskać 25-27 mld zł, a zmniejszając odpisy na Fundusz Reprywatyzacji (z 5 proc. do 1,5 proc.) oraz na Fundusz Restrukturyzacji Przedsiębiorców (z 15 proc. do 3 proc.) – kolejne 9,2 mld zł.
Tratwa zamiast wodolotu
Konkrety padają jedynie trzy: „tymczasowa reguła
wydatkowa", przejęcie kontroli nad środkami pozabudżetowej sfery finansów
publicznych oraz obniżenie wysokości rent inwalidzkich. I de facto tylko do tych
rozwiązań odnosić się może deklaracja szefa rządu, że szybko powstaną projekty,
a same ustawy zostaną uchwalone do końca roku. Z drugiej strony, trzeba
przyznać, że same cele sformułowane są wzniośle. Krótkookresowo plan ma
prowadzić do – jak dyplomatycznie ujęto to w dokumencie –
„uniknięcia zagrożeń rozwojowych, jakie mogłyby wynikać z narastania długu
publicznego i deficytu sektora finansowego poza możliwości uniesienia go przez
gospodarkę i państwo”. Długookresowo natomiast celem jest taki rozwój
naszej gospodarki, by stała się superkonkurencyjna. Oba te
cele należy oceniać w identycznych kategoriach. Zadania rozwojowe i
długookresowe to czysta poezja planistyczna, która – jeśli Bóg da, a Unia
zapłaci – zamieni się być może w przyśpieszenie wzrostu gospodarczego do
3-4 proc. PKB rocznie. Natomiast realizacja celu krótkookresowego jest możliwa i
przynieść powinna pewien efekt.
Należy jednak zwrócić w tym miejscu
uwagę na to, że rząd użył sformułowania „uniknięcie zagrożeń",
zamiast prostego komunikatu – odroczenie przekroczenia ustawowych granic
długu publicznego i sprowadzenia deficytu finansów publicznych do 3 proc. I
zrobił to świadomie. Bo zdaje sobie sprawę z tego, że szansa na to, aby Unia
zgodziła się na zmianę definicji długu i deficytu jest marginalna. Bruksela może
przymykać oko na to, co dzieje się z finansami publicznymi w Grecji, Hiszpanii
czy krajach nadbałtyckich, ale nie może otworzyć luki prawnej, umożliwiającej
wzrost zadłużenia.
W krótkim czasie budżet może zagarnąć spore
pieniądze, wykorzystując środki pozabudżetowe jednostek sfery finansów
publicznych, prywatyzując oraz wprowadzając „tymczasową regułę
wydatkową". Ta tajemnicza reguła to nic innego jak formuła zakazująca
zwiększania realnych wydatków poszczególnych resortów o więcej niż 1 punkt
procentowy ponad inflację. Zakładając średni wzrost PKB na poziomie 3-4 proc.,
oznacza to, że obniżałaby się relacja tych wydatków do PKB. Problem w tym, że
reguła może się odnosić wyłącznie Kdo wydatków niemających sztywnego charakteru.
Może zatem przynieść najwyżej 2 mld zł oszczędności, co przy 60-miliardowej
dziurze wielkim zyskiem nie jest.
Znacznie większe korzyści może
przynieść konsolidacja finansów publicznych, czyli prawo dysponowania przez
budżet środkami parabudżetów. Ma to obniżyć wielkość długu publicznego o mniej
więcej 14,5 mld zł. Z kolei z prywatyzacji rząd chce pozyskać 25-27 mld zł, a
zmniejszając odpisy na Fundusz Reprywatyzacji (z 5 proc. do 1,5 proc.) oraz na
Fundusz Restrukturyzacji Przedsiębiorców (z 15 proc. do 3 proc.) – kolejne
9,2 mld zł.
Niestety, na tym możliwości pozyskania dla budżetu
dodatkowych pieniędzy się kończą. Wprawdzie w dokumencie dopisany jest jeszcze
paragraf o „poszerzeniu bazy podatkowej", ale rząd byłby po prostu
– mówiąc dyplomatycznie – nierozsądny, gdyby pokładał w nim
poważniejsze nadzieje. Obejmuje on bowiem wprowadzenie obowiązku posiadania kas
fiskalnych przez lekarzy i prawników, co – choć słuszne – w
pierwszych latach funkcjonowania będzie kosztem (koszt zakupu kas ma być
zwracany podatnikom), a nie zyskiem dla budżetu. Zresztą można poważnie
powątpiewać w to, aby owe kasy istotnie zmniejszyły szarą strefę.
Niewiele też pozostało w planie z zapowiadanych reform emerytalnych.
Przewiduje się objęcie nowymi regulacjami żołnierzy i funkcjonariuszy
rozpoczynających służbę po 2011 r. (ostatni ubezpieczony w obecnym systemie
przeszedłby na emeryturę w 2040 r.). Z kolei kwestia wyrównywania wieku
emerytalnego kobiet i mężczyzn oraz jego stopniowego podnoszenia przedstawiona
jest jako „propozycja". O emeryturach górniczych i rolniczych w
planie nie ma ani słowa, a przecież jeszcze kilka tygodni temu tyle mówiono o
likwidacji KRUS, rozliczaniu rolników na takich samych zasadach jak podmiotów
gospodarczych itd. Tymczasem w planie napisano jasno: „należy podkreślić,
że przedstawione propozycje w żadnej mierze nie zmierzają do likwidacji
KRUS”. Spodziewać się natomiast powinniśmy obniżenia rent – ZUS ma
pozyskać dzięki temu 8 mln zł jeszcze w tym roku oraz do 1,6 mld zł w roku 2020.
Cechą charakterystyczną planu Tuska jest to, że nie ogranicza się on
do perspektywy roku 2012. Wybiega w dalszą przyszłość, proponując wprowadzenie
„budżetowej reguły docelowej" zapisanej w specjalnej ustawie o
stabilności finansów publicznych. Ma ona wiązać wzrost wydatków budżetowych z
tempem wzrostu PKB, „odsztywnić” strukturę wydatków publicznych oraz
zwiększyć samodyscyplinę fiskalną dysponentów budżetowych. Efektywnie stosowany
ma być także budżet zadaniowy, a także stopniowo wprowadzany przegląd wydatków.
Niestety, pomysły te zawierają pewne nieścisłości. Bo przecież
większość wydatków sztywnych wiąże się z wydatkami socjalnym, a tych – jak
tłustym drukiem napisano – ruszyć nie wolno. Ustawa o finansach już
istnieje, żaden minister finansów (jeśli nie musi) nie powiększa wydatków ponad
tempo PKB, a każdy projektodawca dowolnej ustawy obowiązany jest wskazać źródła
jej finansowania. Z kolei o wprowadzeniu budżetu zadaniowego mówi się od dobrych
dziesięciu lat (i mówić będzie jeszcze długo, bo de facto nikt na świecie
takiego rozwiązania jeszcze nie wprowadził).
Im głębiej zaczytujemy
się w plan, tym mniej pada w nim konkretów. Znalezienie ich w rozdziałach:
„Rozwój kapitału intelektualnego, edukacji, nauki i innowacyjności"
oraz „Usprawnianie funkcjonowania administracji” wymaga już nie
lupy, lecz mikroskopu. A jeśli konkret się znajdzie (jak np. w wypadku
deklaracji zwiększenia nakładów na badania i rozwój z obecnych 0,59 proc. do 0,9
proc. PKB), to okazuje się, że mają za niego zapłacić inni. W tym wypadku przede
wszystkim firmy (14 punktów promilowych) oraz Bruksela (11 punktów promilowych),
podczas gdy nakłady budżetu wzrosnąć mają tylko o 7 punktów promilowych (z 0,35
proc. do 0,42 proc. PKB). Przypuszczenie, że za takie pieniądze da się zbudować
„gospodarkę opartą na wiedzy” i doprowadzić do „wzrostu
potencjału kreatywności”, pokazuje, że poczucie optymizmu autorom
„Planu rozwoju i konsolidacji finansów 2010-2011” nie było obce. I
dobrze, że ów optymizm mają, bo to oznacza że zdają sobie sprawę z tego, iż ich
plan nie przypomina napędzanego silnikami rakietowymi wodolotu. To raczej tratwa
ratunkowa, która może uratować finanse publiczne przed zatonięciem. Ale dobra i
tratwa. Oczywiście – i dlatego optymizm jest potrzebny – tylko jeśli
pogoda gospodarcza się poprawi i nie nadciągnie nowy sztorm.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|