Kolejny polski paradoks: rodzima sztuka jest tania,
ale na świecie stała się synonimem jakości. Marszandzi, szczególnie ci, którzy
handlują z zagranicznymi kolekcjonerami i Polonią, twierdzą, że odnotowują wręcz
stały wzrost zainteresowania tradycyjną sztuką polską – dawną lub tą z lat
50. i 60. XX wieku. Ale preferencje specjalistów nie zawsze pokrywają się z
gustami publiczności, więc nie wszyscy artyści, o których głośno, sprzedają
prace za granicą. Ale oprócz tych tzw. topowych nazwisk na mapie artystycznej
rysuje się zupełnie nowe pokolenie twórców.
Setki
mniejszych zagranicznych galerii wystawiają z powodzeniem dzieła artystów mniej
znanych. Takich jak Kaja Solecka czy Martta Węg, których prace kupowane są
głównie za granicą, są już setki. Zagraniczni kolekcjonerzy coraz częściej też
spoglądają na naszą współczesną sztukę figuratywną. Gdański malarz Krzysztof
Izdebski-Cruz znakomicie sprzedaje się w USA, Austrii i we Włoszech, bo prace
tak świetnych artystów figuratywnych nawiązujących do klasyki osiągają ceny
40-100 tys. zł.
Mamy także wpływ na to, co jest pokazywane za
granicą – kilku kuratorów światowych instytucji sztuki pochodzi z Polski,
np. Adam Szymczyk (w szwajcarskiej Kunsthalle w Bazylei). Jesteśmy więc obecni
na obu polach – kuratorskim i kolekcjonerskim.
Możemy jednak
tylko pomarzyć o takim sukcesie jak Niemców z dawnej NRD. Od lat prym w sztuce
współczesnej wiodą szkoły lipska i drezdeńska, których artyści chętnie
korzystają z dorobku symbolizmu i socrealizmu. Czołówka to Arno Rink, Neo Rauch,
Bernhard Heisig czy Werner Tübke. Prestiżowy niemiecki „Kompas
Sztuki", co roku przygotowujący zestawienia najlepszych artystów na
podstawie opinii specjalistów, na pierwszych miejscach wymienia właśnie twórców
ze szkoły lipskiej, co przekłada się na horrendalne ceny ich prac.
Ostatni rok był przełomowy dla światowego rynku sztuki. Amerykański
ucierpiał najmocniej, ale kryzys rykoszetem trafił też w Europę. Podczas gdy
rosyjscy nuworysze za rodzimą sztukę jeszcze pięć lat temu płacili milion i
więcej dolarów, obecne ceny, szczególnie współczesnej sztuki rosyjskiej,
poleciały mocno w dół. Wyhamowały też dopiero początkujące w kolekcjonowaniu
Dubaj i inne emiraty. Z powodu recesji nawet bogaci Chińczycy stracili
zainteresowanie europejską egzotyką.
Bessa trwa, ale galerie i domy
aukcyjne o ugruntowanej pozycji, dawno wypracowanych kontaktach i zapasowym
kapitale mają się nieźle. Zarabiają nie na rekordach, ale na lansowaniu młodej i
dobrej warsztatowo sztuki lub na artystach, którzy latami pracowali na sukces.
Dzięki tym perturbacjom rynek sztuki staje się zdrowszy, trwa unormowanie cen. Z
tego powodu nie ma co liczyć w najbliższej przyszłości na spektakularne rekordy
aukcyjne.
Płatne specjalistyczne serwisy internetowe jak ArtPrice
oraz ArtNet są na rynku sztuki liderami i wiarygodnym źródłem informacji na
temat artysty, jego dzieł i oficjalnych cen z rynku aukcyjnego. Wyniki licytacji
rejestrują tu wszystkie liczące się domy aukcyjne. Sprawdziliśmy, ile
kolekcjonerzy płacili i ile teraz są skłonni wydać, by mieć prace topowych
polskich twórców: Wilhelma Sasnala, Pawła Althamera, Zbigniewa Libery, Mirosława
Bałki, Piotra Uklańskiego, Tadeusza Kantora, Romana Opałki czy Wojciecha
Fangora.
Przez prawie rok słynna nowojorska Marlborough Gallery nie
sprzedała ani jednej pracy. Znani amerykańscy artyści musieli opuścić
przestrzenne pracownie, a najsłynniejsi, którzy przyzwyczajeni byli zwykle do
malowania wielkich formatów, musieli je drastycznie zmniejszyć, by móc równie
ostro zejść z cen. Poważny spadek zainteresowania drogą sztuką zanotowały
wszystkie domy aukcyjne.
Współcześni polscy twórcy pojawiali się na
aukcjach rzadko, ich prace nie sprzedawały się wcale lub za umiarkowane ceny.
Artyści o ugruntowanej pozycji nie mogą jednak narzekać. Ich prace bywały na
międzynarodowych aukcjach częściej, a kolekcjonerzy i tak słono za nie płacili.
Zwykle powyżej oczekiwań sprzedających.
Za obraz olejny Wilhelma
Sasnala „Kompozycje" ktoś osiem lat temu zapłacił w Galerii Fundacji
Exit w Warszawie 242 dolary. Ale już w 2006 r. jego obraz „Samoloty i
bomby" został sprzedany w nowojorskim domu Phillips de Pury & Company
za 170 tys. dolarów. W 2007 padł kolejny rekord: również w Nowym Jorku, tym
razem w domu aukcyjnym Christie’s obraz „Samoloty” z 1999 r.
kupiono za 330 tys. dolarów. Dla Sasnala dobry był też rok 2008, kiedy sprzedało
się kilka jego obrazów w cenach od 80 tys. do 180 tys. dolarów. Najgorszy był
rok 2009 – większość wystawionych prac na nowojorskich aukcjach wcale nie
poszła. W Europie, Niemczech czy Anglii sprzedały się jego trzy prace po mniej
więcej 40 tys. dolarów.
Nie lepiej za oceanem radził sobie Piotr
Uklański. Wystawiono w zeszłym roku jedynie trzy jego prace, a i tak wszystkie
zostały sprzedane poniżej oczekiwań, nawet „Immacolata", którą
kupiono za 220 tys. dolarów (sprzedający spodziewał się dostać za nią nawet 300
tys. dolarów). Nijak się to ma do rekordu wszech czasów, kiedy instalacja
fotograficzna Uklańskiego „Naziści" poszła w 2006 r. na londyńskiej
aukcji w Phillips de Pury & Company za 568 tys. funtów.
Bez
względu na obecny spadek cen bezsprzecznie każdy, kto kupił prace tych artystów
na początku ich kariery, zarobił na nich więcej, niż gdyby zainwestował w
nieruchomości. Ale trudno będzie te rekordy powtórzyć. Prace typu
„Piramida zwierząt" Katarzyny Kozyry czy instalacje-rzeźby Mirosława
Bałki są po prostu niesprzedawalne. Bo choć ten ostatni w oczach krytyków i
kuratorów uważany jest za najwybitniejszego rzeźbiarza współczesnego, to na
aukcjach w ostatnich ośmiu latach pojawiło się zaledwie osiem jego prac, z czego
kilka się nie sprzedało. Rekordem cenowym tego artysty jest instalacja, którą w
2006 r. kupiono za niecałe 32 tys. dolarów. Nijak się to ma do cen, jakie
osiągają na aukcjach rzeźby Magdaleny Abakanowicz czy Igora Mitoraja.
Znacznie gorzej, tragicznie wręcz, wygląda sytuacja innego artysty,
Zbigniewa Libery, który kiedyś zbudował z klocków lego obóz koncentracyjny. Jego
praca pojawiła się na aukcji w zeszłym roku tylko raz – była to akwarela,
która osiągnęła cenę zaledwie 329 dolarów.
Kolekcjonerzy równie
obojętnie spoglądają na sztukę Pawła Althamera, którego praca pojawiła się także
tylko raz: na aukcji w Christie’s w 2006 r. Choć spodziewano się za nią
dostać zaledwie 4 tys. funtów, i tak nikt jej nie kupił. Wymienieni artyści żyją
jednak głównie z wystawiania prac w dużych instytucjach, centrach sztuki jak
Tate Modern w Londynie. Są także zapraszani, jak Mirosław Bałka, na odczyty do
znanych uczelni, np. do Cambridge.
Z kolei artyści, którzy byli
zauważeni już w latach 60., tacy jak Wojciech Fangor czy Roman Opałka, mają na
tyle ugruntowaną pozycję, że ceny za ich dzieła raczej nie spadną, lecz wzrosną.
Ich prace pojawiają się od dawna na światowych aukcjach. Zeszłoroczny rekord
Fangora to 60 tys. dolarów za obraz „B 15" z 1964 roku. Za tzw.
liczone obrazy Opałki klienci są skłonni płacić od 40 tys. do 200 tys. dolarów.
Prace Tadeusza Kantora, naszego najlepszego – według wielu
krytyków sztuki – towaru eksportowego, pojawiały się na zeszłorocznych
zagranicznych aukcjach osiem razy. Dwie się nie sprzedały, a najwyższą cenę
osiągnął obraz „Peinture" (27 tys. dolarów) z 1958 r. wystawiony w
nowojorskim Sotheby’s. I choć Kantor był bez wątpienia jednym z
największych artystów XX wieku, to do tej pory świat kojarzył jego twórczość z
teatrem Cricot 2. Właśnie skończył się pokazywany do 1 lutego w The Jewish
Museum w Nowym Jorku przegląd twórczości Kantora. Wystawa trwała od listopada,
ale na razie nie przełożyło się to na jakiś spektakularny sukces. Szczęśliwi
posiadacze jego prac mogą jednak spokojnie czekać. Za ich życia ceny dzieł tego
artysty na pewno nie spadną.
Myli się ten, kto sądzi, że artysta,
którego prace sprzedawane są na aukcjach za bajońskie sumy, od razu staje się
milionerem. Ani Sasnal, ani Fangor nie dostają całej kwoty do ręki. Niektóre
domy aukcyjne i galerie pobierają nawet 70 proc. ceny sprzedanej pracy.
Co więcej, klienci bacznie i coraz bardziej podejrzliwie patrzą na
nagłe spektakularne rekordy aukcyjne. Wiedzą, że by wywindować cenę dzieł danego
artysty, wystarczy dużo pieniędzy oraz dwóch zaufanych wspólników. Jeden
wystawia dzieło na aukcję. Jeśli estymacja jest w przedziale 20-30 tys. złotych,
a chcemy, by obraz sprzedano za milion, wystarczy, by nasi wspólnicy ostro ze
sobą rywalizowali. Po licytacji, odprowadzeniu prowizji zaufanym i domowi
aukcyjnemu forsa, którą zapłaciliśmy, trafia z powrotem do naszej kieszeni wraz
z „kupionym" dziełem. Dla rasowych marszandów czy kolekcjonerów jak
Charles Saatchi takie „rasowanie" twórców to norma. Żeby móc panować
jakoś nad tym rynkiem, trzeba manipulować i kreować rzeczywistość –
twierdzą.
Coraz większą popularnością cieszą się aukcje sztuki, na
których można kupić prace nieanonimowych już twórców za tysiąc czy 5 tys. zł.
Ryzyko niewielkie, a do tego modne stało się posiadanie czegoś oryginalnego i
niekosztującego miliony. Trzeba czytać dużo specjalistycznych pism, zwracać
uwagę na to, czy ktoś wpadł na jakiś koncept lub jest lansowany albo kogoś
uznano za oryginał etc. Nie dotyczy to sztuki krytycznej, z której słyniemy za
granicą. Bycie artystą nie jest łatwym chlebem i nigdy nim nie było. Może więc
dziwić, że tylu młodych ludzi, z których większość jest pozbawiona talentu czy
iskry bożej, pcha się na uczelnie artystyczne, by stać się sławnym, choć nie ma
światu nic do powiedzenia.
Trudno
przezwyciężyć „czynnik geograficzny"
Rozmowa z Agnieszką Morawińską, dyrektor Narodowej
Galerii Sztuki „Zachęta"
Świat usłyszał o młodych polskich artystach. Czy można mówić o ofensywie
polskiej sztuki?
Mówi się o niej już od dłuższego czasu.
Potwierdzają to sukcesy artystów, takich jak: Mirosław Bałka, Wilhelm Sasnal,
Katarzyna Kozyra czy Artur Żmijewski, o których już od pewnego czasu sporo mówi
się na świecie. Jest też cała grupa młodych artystów, z którymi można wiązać
poważne nadzieje. Wszyscy ci,
których co dwa lata typujemy do wystawy
„Spojrzenia", są świetnie zapowiadającymi się twórcami.
Do niedawna pojawiały się opinie, że artyści
z naszego regionu traktowani są po macoszemu.
Oczywiście, wciąż
trudno jest przezwyciężyć to, co nazywa się czasem „czynnikiem
geograficznym" – nie chodzi tu tylko o niższe wynagrodzenia, na które
mogą liczyć polscy twórcy, ale także trudności, jakie napotykają instytucje w
pozyskiwaniu dzieł czy kontaktach z instytucjami zagranicznymi.
Czy zarobki polskich artystów zbliżają się do poziomu
światowego?
Trudno mówić o jednym światowym poziomie. Artyści
wszędzie działają w różnych obiegach: komercyjnym i akademickim. Są tacy,
których się lepiej sprzedaje, i tacy, o których się lepiej pisze. Niektórzy
artyści ogromnie cenieni w Polsce, jak Nowosielski, nigdy nie zaistnieli poza
naszym krajem i pewnie już nie zaistnieją. Inni, jak Kantor, istnieją
uniwersalnie, ale nie w komercyjnym obiegu. W młodszym pokoleniu te obiegi
zaczynają się do siebie zbliżać. W lepiej ugruntowanym systemie zachodnim
wystawa artysty w prestiżowej galerii powoduje wzrost ceny jego prac.
Reprezentuję narodową galerię, prestiżową państwową instytucję. Trudno ją
porównać z galeriami komercyjnymi i ich sposobami gratyfikacji artystów.
Niedawno pojawiła się jednak kwestia finansowego honorowania artystów
pokazujących tu prace. Zastanawiamy się nad sformułowaniem zasad, według których
mielibyśmy płacić artystom. Dotychczas było tak, że jeśli artysta wykonywał
projekt całego wydarzenia, był wynagradzany właśnie za ten projekt. Jednak coraz
więcej artystów uważa, że za samo pokazanie dzieł powinno się płacić. Często
galeria ponosi koszt produkcji prac tworzonych specjalnie na wystawę, ponosimy
również coraz bardziej dotkliwe koszty produkcji katalogów, które służą szerszej
niż sama wystawa promocji artystów. Galerie komercyjne mają w pewnym sensie
prostszą sytuację, kierują się własnym zyskiem i opłacalnością. My finansowych
zysków nie mamy, dlatego nasz sposób wartościowania jest bardziej skomplikowany,
ale niewątpliwie wymaga korekt.
Rozmawiał | Dawid Karpiuk