Z raportu przygotowanego w Brukseli („Dochody i
warunki życia ludności Polski" – raport EU-SILC 2007 i 2008) wynika,
że średni dochód do dyspozycji na osobę w polskich gospodarstwach emeryckich
wynosi 10 989 zł rocznie – to o 4 proc. więcej niż średnia krajowa i tylko
o 3,5-4 proc. mniej niż w gospodarstwach przedsiębiorców pracujących na własny
rachunek. Co więcej, polscy emeryci mają ustawowo zapewniony wzrost świadczeń. 1
marca ich emerytury będą po raz kolejny waloryzowane. Tym razem powiększone
zostaną nie tylko o wskaźnik inflacji, lecz również o – jak zapisano w
ustawie – „co najmniej 20 proc. realnego wzrostu przeciętnego
wynagrodzenia w poprzednim roku kalendarzowym". A to oznacza, że ktoś, kto
ma dzisiaj 2000 zł emerytury, w marcu otrzyma o prawie 100 zł więcej. Skok o
niemal 5 proc. to dużo, szczególnie biorąc pod uwagę sytuację na polskim rynku
pracy w ostatnich kilkunastu miesiącach.
Oczywiście wszystko prezentuje się pięknie i kolorowo tylko do momentu, w
którym o zdanie zapytani zostaną sami zainteresowani, czyli emeryci. Poza
podstawowym: „Panie, wszystko to kłamstwo, ja mam na życie 200 zł",
padają dwa kluczowe argumenty mające przeczyć ich rzekomemu finansowemu
powodzeniu. Pierwszy dotyczy struktury konsumpcji, w wypadku ludzi starszych
obejmującej drogie dobra, takie jak lekarstwa. Drugi to porównanie emerytury z
wcześniejszą pensją, które prowadzi do konkluzji, że dochody znacznie się
skurczyły. Oba należy uznać, choć z pewnymi zastrzeżeniami.
Rzeczywiście,
emeryci są wymarzonymi klientami aptek, i to na całym świecie, ale nie
zapominajmy, że są także doinwestowani lepiej niż inne grupy społeczne. Mają już
mieszkania, meble, sprzęt AGD, nierzadko samochody itd. Jedyne, czego nie mają,
to kredyty. Tymczasem w pozostałych grupach bilans jest odwrotny –
wspomniane dobra ludzie młodsi dopiero nabywają, i to najczęściej nie za
pieniądze własne, ale pożyczone od banków. Najbardziej drażliwa w tym wszystkim
jest kwestia mieszkaniowa – sporo gospodarstw emeryckich ma tzw. nadmetraż
(np. dwie osoby mieszkają w czterech pokojach), co być może rozwiąże moda na
tzw. czwarty filar (oferowana przez deweloperów zamiana większego mieszkania na
mniejsze w zamian za dodatkową wypłatę na emeryturze).
Także biorąc pod
uwagę relację emerytury do przeciętnej pensji, polscy emeryci nie mają się czego
wstydzić. Powiedzmy więcej – mogą się uznać za wyjątkowych szczęściarzy. Z
danych Eurostatu wynika, że po zakończeniu życia zawodowego otrzymują średnio 56
proc. swojego przeciętnego wynagrodzenia (czyli z każdego zarobionego tysiąca
złotych na emeryturze dostają 560 zł). W Europie lepiej wiedzie się tylko
Francuzom, Austriakom, Szwedom, Węgrom i obywatelom Luksemburga. Ale już np. w
Niemczech emerytura wynosi tylko 44 proc. średniego wynagrodzenia, a w Wielkiej
Brytanii 41 proc. Jeszcze gorzej jest na Cyprze, Łotwie i w Bułgarii, gdzie
współczynnik ten wynosi mniej więcej 30 proc.
Problem w tym, że
poprawianie sytuacji emerytów przez podnoszenie wskaźnika waloryzacji nie jest
sposobem dobrym. Z prostego powodu – emerytury w końcu dogonią realne
pensje. Skoro matematyka ma wrócić na matury, to może w jej ramach uczniowie
zamiast zadań o „dwóch pociągach" albo „napełniającym się
basenie" powinni rozwiązać takie: „Oblicz, kiedy średnia emerytura
dogoni średnią płacę, zakładając średnie roczne tempo wzrostu tej pierwszej o
4,5 proc., a drugiej o 3 proc.”.
Co zatem kierowało politykami,
kiedy podejmowali decyzje o przyspieszeniu wzrostu emerytur? Odpowiedz można
znaleźć w statystykach. Emerytów i rencistów mamy w Polsce 9,5 mln – to
jedna czwarta ludności i jedna trzecia wszystkich uprawnionych do głosowania. I
zdobyciu poparcia tej jednej trzeciej podporządkowane jest postępowanie
wszystkich partii. Dotąd od tej reguły był tylko jeden wyjątek –
likwidacja przez Platformę Obywatelską większości uprawnień do wcześniejszego
przechodzenia na emeryturę. Ale i odwaga PO miała swoje granice. Nie zdecydowano
się ruszyć przywilejów górniczych i służb mundurowych. Nie odważono się także na
konflikt z politycznym aliantem, co sprawia, ze dziwoląg, jakim jest KRUS
(zakład ubezpieczeń, w którym składki pokrywają tylko 5 proc. wypłat emerytur),
pozostanie w niezmienionej postaci.
Jest jeden moment, kiedy politycy
przypominają sobie o emerytach i automatycznie uznają ich za wrogów publicznych
nr 1. To moment układania budżetu i stała konstatacja, że znowu się on nie
domknie. Wina za rosnący dług publiczny – tylko częściowo słusznie –
obarcza się wtedy dotacje do świadczeń społecznych. Jednocześnie natychmiast
prognozuje się, w którym roku zbankrutuje ZUS. Zamiast jednak
„wyprostowania" systemu i jego ujednolicenia próbuje się wtedy
różnych dziwnych sztuczek przejęcia kontroli nad pieniędzmi znajdującymi się w
otwartych funduszach emerytalnych.
W tym miejscu powiedzieć trzeba
jedno – niezależnie od sposobu, w jaki gromadzi się środki finansowe na
świadczenia (system generacyjny, kapitalizacji składki czy jakiekolwiek ich
hybrydy), emerytury zawsze wypracowywane są przez pracujących. I zawsze, jeśli
społeczeństwo się starzeje, musi to prowadzić do problemów z utrzymaniem
wysokości świadczeń. Rozwiązania są trzy: zmniejszanie emerytur, zwiększanie
danin publicznych albo zmiana struktury wydatków budżetowych. To, ile pieniędzy
publicznych przeznacza się na emerytury, budowę dróg, szkolnictwo, wojsko itd.,
jest de facto kwestią umowy społecznej, a nie tego, ile na te cele
zaoszczędziliśmy. I szkoda, że nikt nie próbuje dyskusji o przyszłych
emeryturach podjąć od tej strony. Nie stawia się pytania: ile Polska może
wydawać na świadczenia?, z góry przesądzając, że będzie to mniejszy odsetek PKB
niż dzisiaj.
Wszystkie zgłaszane z uporem przez ekonomistów propozycje,
m.in. stopniowego zrównywania i podwyższania wieku emerytalnego, likwidacji
istniejących przywilejów oraz reformy KRUS, musimy traktować jako sensowne i
konieczne. Można mieć także nadzieję, że wcześniej czy później postulaty te
zostaną zrealizowane. Nie rozstrzygają jednak jednoznacznie tego, jaki kształt
powinien mieć przyszły, zunifikowany system. I wcale nie jestem pewien, czy nie
ma racji w propozycji zgłoszonej przez Waldemara Pawlaka. Pod warunkiem że
odczyta się ją „odwrotnie" (to, jak przedstawił ją prezes PSL, tj.
„obniżenie poziomu składek wpłacanych do OFE do poziomu składek
KRUS-owskich i w ten sposób zrównanie emerytur wiejskich i miejskich",
wystawia nie najlepsze świadectwo jego wiedzy ekonomicznej).
„Odwrotnie”, czyli zakładając, że obniżenie do poziomu KRUS-owskiego
dotyczyłoby składek do ZUS – wtedy mielibyśmy sytuację, która coś by
jednak rozwiązywała. Na zasadzie umowy społecznej, dzięki niskim obowiązkowym
składkom do ubezpieczyciela państwowego oraz rozsądnie skalkulowanej dotacji
budżetowej zabezpieczamy wszystkim obywatelom pewne minimalne świadczenia
(kiedyś nazywały się one „rentą starczą”).
Obniżenie składek
do ubezpieczyciela państwowego stwarzałoby możliwość powiększenia kwot, które
obywatele oszczędzają w filarze II (OFE) i III (IKE). I nie widzę racjonalnych
powodów, dla których obydwu tych form oszczędzania nie można by zrównać prawnie,
likwidując opodatkowanie pieniędzy wpłacanych na indywidualne konta
emerytalne.
Tak rozumiana propozycja Pawlaka oznacza totalną deetatyzację
systemu emerytalnego i faktyczne uzależnienie wysokości przyszłych emerytur od
zapobiegliwości pracujących. Radykalnie zmniejszyłaby także wysokość dotacji
społecznej, reperując budżet i likwidując iluzję, że to „państwo daje nam
emerytury".


