Kamienne Miasto – tak nazywa się stara dzielnica
w porcie Zanzibar,
stolicy wyspy. Pośród wąskich uliczek co chwila rozbrzmiewają muzyczne
wibracje. Taarab przeplata się z reggae, a hinduskie brzmienia z hip-
-hopem. Właśnie tu, za murami Starego Fortu, co roku w połowie lutego
odbywa się festiwal muzyki arabsko-afrykańskiej Sauti za Busara.
Muzyka
nowoczesna oparta na brzmieniu mięsistych rifów z elektronicznej
bałałajki w wykonaniu jednej z gwiazd tegorocznej imprezy Dawdy
Jobarteha z Gambii czy tradycyjna wyrażana pięknym wokalem artystki z
RPA Thandiswy wprawiła w tym roku publiczność w stan bliski ekstazy.
Ekstazy, która za sprawą wyjątkowej mieszanki kultur występujących
artystów i gości festiwalu, ich bezpretensjonalnej ludyczności,
ekspresji i unoszących się nad ich głowami kłębów marihuanowych chmur
wyzwala w uczestnikach tego wydarzenia wyjątkowe poczucie wolności i
beztroski, skłaniające do całkowitego zapomnienia o sprawach życia
doczesnego. Nie liczy się nic poza przeżywaniem tu i teraz. Poczuć Sauti
za Busara i umrzeć! Nam udało się go poczuć i przeżyć.
Poza
muzyką,
która jest przygotowana absolutnie profesjonalnie, poza teatrem świateł
i przemykającym cieniem Bao Bao (wyznawcy wudu na Zanzibarze wierzą, że
Bao Bao przychodzi nocą do ich domów w przeddzień dnia św. Walentego i
„kradnie" seksualną godność ich żon i mężów, dlatego wielu z nich
spędza
tę noc, śpiąc na plażach) Zanzibar podczas Sauti za Busara to raj dla
smakoszy. Pieczone na wolnym ogniu ośmiornice, świeżo grillowane homary
czy szaszłyki mishkaki są w stanie zadowolić najbardziej kapryśne
podniebienia. Rankiem, wracając z Kamiennego Miasta, które jest główną
areną festiwalu, zamiast zsiadłego mleka pijemy mleko z kokosów
zerwanych przy nas przez okolicznych mieszkańców (ok. 1 zł za sztukę).
Kojące! Duch Boba Marleya nadal jest z nami, a Bao Bao szczęśliwie nas
oszczędził. Około dziewiątej docieramy na plażę, woda ma 28-30°C. I tak
oto Zanzibar sprawia, że przestajesz myśleć, że świat składa się ze zdań
wielokrotnie złożonych, a poniedziałek jest początkiem nowego tygodnia
pracy. Jeśli taka forma wypoczynku jest dla was jednak zbyt
„męcząca”,
zawsze możecie powrócić na tanzański ląd i w kolejnym tygodniu zdobyć
najwyższy szczyt Afryki – Kilimandżaro. My zdobyliśmy go przed wizytą na
Zanzibarze.
Bez poruszających dźwięków nie byłoby dzisiejszego
Zanzibaru, a być może
również jednej z największych gwiazd zachodniej muzyki. Właśnie w owej
atmosferze żywiołowości, nieskrępowanych emocji i radosnej zabawy
dorastał niejaki Farrokh Bulsara, którego świat zapamiętał jako
Freddiego Mercury’ego. Legendarny wokalista grupy Queen urodził się w
1946 r. w Kamiennym Mieście i chociaż jego rodzinna kilkakrotnie się
przeprowadzała, z całą pewnością przez pewien czas mieszkał w budynku,
gdzie dziśmieści się restauracja Camlur. Freddie Mercury dziś miałby
problemy z poruszaniem się po rodzinnym mieście. W 2004 r. Zanzibar
zakazał związków homoseksualnych, a słynący z gejowskich upodobań
Mercury byłby z pewnością oskarżany przez muzułmanów o promowanie
zachowań niezgodnych z ich przekonaniami.
W murach Kamiennego
Miasta
zapisana jest burzliwa historia Zanzibaru. Władali nim arabscy kupcy,
Portugalczycy i potężni sułtani Omanu. Ponieważ wyspa leży na
skrzyżowaniu najważniejszych szlaków handlowych, kwitł na niej handel
bogactwami Wschodu, poczynając od przypraw, a kończąc na niewolnikach. W
miejscu dzisiejszej katedry anglikańskiej mieścił się ogromny targ, na
którym rocznie sprzedawano od 10 do 50 tys. ludzi. Proceder ten ukrócono
zaledwie 140 lat temu. Dziś handluje się głównie przyprawami, przede
wszystkim na rynku Darajani. Na archipelagu znajdują się ogromne
plantacje imbiru, czarnego pieprzu, wanilii, gałki muszkatołowej,
kardamonu i goździków. Organizowane są tam wycieczki. Turyści mogą
przetestować swoje goździki – wrzucają je do wody i sprawdzają, czy toną
i stają na sztorc, jak należy (oznaka dobrej jakości).