Na tę chwilę wielkiego tryumfu 47-letni Orbán, były premier Węgier,
czekał przez osiem lat w opozycji. Swych socjalistycznych przeciwników,
którzy już dwukrotnie minimalną przewagą głosów odbierali mu wygraną,
Orbán tym razem nie tylko pokona, ale wręcz zmiecie z powierzchni. Jego
partia Fidesz, budowana całą dekadę na zasadzie wodzostwa i oddania
przewodniczącemu, nie tylko samodzielnie uzyska bezwzględną większość
parlamentarną, lecz – jeśli sprawdzą się wyniki sondaży – także
większość konstytucyjną.
REKLAMA
Dzięki temu Orbán jako pierwszy demokratycznie
wybrany w Europie Środkowej przywódca będzie mógł robić wszystko, na co
mu tylko przyjdzie ochota. Latem kontrolowany przez niego parlament
wybierze całkowicie uległego prezydenta, Fidesz uzyska możliwość
dowolnego sterowania publicznymi mediami, urzędem ombudsmana i z czasem
innymi urzędami oraz instytucjami państwowymi. Twórcy węgierskiej
konstytucji, w którą wpisano oczywiście pewne mechanizmy zabezpieczające
przed absolutną koncentracją władzy, tego nie przewidzieli. Orbán nie
pozostawia nikomu wątpliwości co do tego, że pod jego rządami Węgry
zostaną przewrócone do góry nogami. 15 marca, w rocznicę rewolucji
węgierskiej 1848 r. – najważniejsze dla Madziarów święto narodowe,
oświadczył, że kraj po wyborach 11 kwietnia (druga tura w okręgach
większościowych dwa tygodnie później będzie niewątpliwie już tylko
formalnością) czeka tak samo radykalna przemiana. – Nasza rewolucja
będzie 11 kwietnia. Przyniesie szybką, obliczalną, konstytucyjną,
bezpieczną zmianę bez ofiar w ludziach – grzmiał Orbán. – Już czas! –
uzupełnił swą wypowiedź okrzykiem, jakim 150 lat temu Węgrzy
rozpoczynali bunt i wojnę ze znienawidzonymi Habsburgami, do
których ekspremier Węgier porównał rządzących dziś socjalistów. Sam
program Fideszu jest bardziej niż mglisty. Orbán w minionych latach
mówił m.in. o tym, że zmieni obecny system kanclerski na prezydencki,
dzięki czemu słaba do tej pory głowa państwa uzyska kompetencje
odpowiadające tym, jakie ma na przykład prezydent Francji. Wspominał też
o przeniesieniu na Węgry korporatywistycznych zasad włoskiego faszyzmu,
zgodnie z którymi drugą izbę parlamentu utworzyliby przedstawiciele
związków zawodowych, kościołów, organizacji społecznych i zawodowych –
wszystko to pod hasłem „zjednoczenia narodowego" i likwidacji
politycznej wojny. Żadna z tych koncepcji nie musi się jednak
urzeczywistnić. Według wielu węgierskich ekspertów przytoczonych
pomysłów nie należy w większości brać na poważnie. Orbán może ich po
prostu do niczego nie potrzebować – jego partia dzięki obowiązującemu na
Węgrzech częściowo większościowemu systemowi wyborczemu ma spore szanse,
by zdobyć w parlamencie aż 70 proc. mandatów. Tak silny Fidesz nie
będzie potrzebował na przykład silnego prezydenta.
Prawie jak w 1848 r.
Na tę chwilę wielkiego tryumfu 47-letni Orbán, były
premier Węgier,
czekał przez osiem lat w opozycji. Swych socjalistycznych przeciwników,
którzy już dwukrotnie minimalną przewagą głosów odbierali mu wygraną,
Orbán tym razem nie tylko pokona, ale wręcz zmiecie z powierzchni. Jego
partia Fidesz, budowana całą dekadę na zasadzie wodzostwa i oddania
przewodniczącemu, nie tylko samodzielnie uzyska bezwzględną większość
parlamentarną, lecz – jeśli sprawdzą się wyniki sondaży – także
większość konstytucyjną. Dzięki temu Orbán jako pierwszy
demokratycznie
wybrany w Europie Środkowej przywódca będzie mógł robić wszystko, na co
mu tylko przyjdzie ochota. Latem kontrolowany przez niego parlament
wybierze całkowicie uległego prezydenta, Fidesz uzyska możliwość
dowolnego sterowania publicznymi mediami, urzędem ombudsmana i z czasem
innymi urzędami oraz instytucjami państwowymi. Twórcy węgierskiej
konstytucji, w którą wpisano oczywiście pewne mechanizmy zabezpieczające
przed absolutną koncentracją władzy, tego nie przewidzieli.
Orbán
nie
pozostawia nikomu wątpliwości co do tego, że pod jego rządami Węgry
zostaną przewrócone do góry nogami. 15 marca, w rocznicę rewolucji
węgierskiej 1848 r. – najważniejsze dla Madziarów święto narodowe,
oświadczył, że kraj po wyborach 11 kwietnia (druga tura w okręgach
większościowych dwa tygodnie później będzie niewątpliwie już tylko
formalnością) czeka tak samo radykalna przemiana. – Nasza rewolucja
będzie 11 kwietnia. Przyniesie szybką, obliczalną, konstytucyjną,
bezpieczną zmianę bez ofiar w ludziach – grzmiał Orbán. – Już
czas! –
uzupełnił swą wypowiedź okrzykiem, jakim 150 lat temu Węgrzy
rozpoczynali bunt i wojnę ze znienawidzonymi Habsburgami, do
których ekspremier Węgier porównał rządzących dziś socjalistów.
Sam
program Fideszu jest bardziej niż mglisty. Orbán w minionych latach
mówił m.in. o tym, że zmieni obecny system kanclerski na prezydencki,
dzięki czemu słaba do tej pory głowa państwa uzyska kompetencje
odpowiadające tym, jakie ma na przykład prezydent Francji. Wspominał też
o przeniesieniu na Węgry korporatywistycznych zasad włoskiego faszyzmu,
zgodnie z którymi drugą izbę parlamentu utworzyliby przedstawiciele
związków zawodowych, kościołów, organizacji społecznych i zawodowych –
wszystko to pod hasłem „zjednoczenia narodowego" i likwidacji
politycznej wojny. Żadna z tych koncepcji nie musi się jednak
urzeczywistnić. Według wielu węgierskich ekspertów przytoczonych
pomysłów nie należy w większości brać na poważnie. Orbán może ich po
prostu do niczego nie potrzebować – jego partia dzięki obowiązującemu na
Węgrzech częściowo większościowemu systemowi wyborczemu ma spore szanse,
by zdobyć w parlamencie aż 70 proc. mandatów. Tak silny Fidesz nie
będzie potrzebował na przykład silnego prezydenta.
W swym programie wyborczym partia Orbána chyba po raz pierwszy od
1990
r. nie rzuca na prawo i lewo populistycznych obietnic. Polityk napisał w
nim nawet: „Nie możemy się uganiać za fatamorganą, musimy bazować na
aktualnej trudnej sytuacji". Według węgierskich politologów ekspremier i
jego partia mogą sobie na to pozwolić. – Jest w komfortowej sytuacji.
Może uniknąć klasycznej licytacji na obietnice, bo jego ugrupowanie nie
ma prawdziwego przeciwnika, przewaga Fideszu nad socjalistami jest
kolosalna – stwierdził kilka dni temu w węgierskim Inforádiu politolog
Ágoston Sámuel Mráz.
W rzeczywistości wygląda to tak, że rządy
węgierskich socjalistów się nie kończą – one już dawno upadły. Jeśli
rządzącej obecnie partii uda się zdobyć więcej niż jedną dziesiątą
mandatów, będzie to sukces na tle katastrofalnego bilansu ostatnich
czterech lat. Już kilka miesięcy po poprzednich wyborach wybuchł
skandal, gdy do opinii publicznej przedostały się słowa ówczesnego
socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsányiego: „Kłamaliśmy rano,
kłamaliśmy wieczorem... Było oczywiste, że to, co mówimy, nie jest
prawdą. Możliwości państwa całkowicie się wyczerpały, a my przez
ostatnie lata nie zrobiliśmynic". Gyursányi wygłosił tę mowę na
konferencji partyjnej, podczas której starał się nakłonić swych kolegów
partyjnych, by zatwierdzili niepopularne reformy oszczędnościowe i
zażegnali w ten sposób widmo bankructwa państwa. Zamiast socjalistów
premier „zmotywował” jednak zwykłych obywateli, którzy z żądaniami
natychmiastowej dymisji i rozpisania nowych wyborów wyszli na ulice.
Obok Fideszu Orbána na czele burzliwych demonstracji stanęli węgierscy
neofaszyści z partii Jobbik.
Jesienią 2006 r. Budapeszt stał się
miejscem największych od momentu upadku komunizmu niepokojów społecznych
w Europie Środkowej. Radykalni demonstranci chcieli podpalić budynek
telewizji państwowej, zdemolowali centrum stolicy. Rządowi przy pomocy
tysięcy policjantów udało się uspokoić sytuację dopiero po kilku dniach.
Fidesz, którego jedynym celem było zaszkodzenie w możliwie największym
stopniu rządzącym socjalistom, torpedował starania władzy o wprowadzenie
reform oszczędnościowych. Zainicjowane przez ugrupowanie Orbána i
zakończone po jego myśli referendum w sprawie opłat wprowadzonych w
służbie zdrowia i szkolnictwie wyższym wiosną 2008 r. całkowicie
zablokowało dążenia rządu zmierzające do ocalenia sytuacji finansowej
Węgier, państwa, którego deficyt budżetowy często zbliżał się do 10
proc. PKB. Jesienią tego samego roku stało się to, co wielu węgierskich
ekonomistów od dawna prorokowało. Globalny kryzys finansowy przygniótł
Budapeszt, jedno z najsłabszych ogniw Unii Europejskiej, całym ciężarem.
Kurs forinta się załamał, kredyty zaciągnięte przez państwo, obywateli i
firmy stały się niespłacalne. Sytuację uratowało dopiero zaciągnięcie 25
mld dolarów kredytu w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Pożyczka była
jednak obwarowana warunkiem wprowadzenia drastycznych reform
oszczędnościowych. Gyurcsányi złożył dymisję, na jego miejsce przyszedł
kolejny młody węgierski miliarder o komunistycznych korzeniach Gordon
Bajnai. Ten nie miał innej możliwości, niż faktycznie spełnić warunki
MFW. Forint został uratowany, krach kredytowy zażegnany, obywatelom
przyszło jednak zapłacić za to bardzo wysoką cenę. Rząd obniżył wysokość
emerytur, wycofał większość powszechnych zasiłków społecznych, wyrzucił
tysiące urzędników, podwyższył podatki.
Na katastrofalnej sytuacji
skorzystał Fidesz i neofaszystowska prawica skupionaw partii Jobbik,
która na wiosnę 2009 r. w wyborach do europarlamentu uzyskała aż 15
proc. głosów. Do jej umundurowanej paramilitarnej Gwardii Węgierskiej
zgłosiły się tysiące ludzi, a sądowy zakaz działalności tej organizacji
nie przyniósł żadnych efektów. W kraju szerzyły się zabójcze ataki na
przedstawicieli mniejszości romskiej, neofaszyści na swych mitingach
otwarcie głosili antysemickie hasła i domagali się zmian granic oraz
ponownego przyłączenia do kraju nad Balatonem obszarów sąsiednich państw
zamieszkiwanych przez mniejszość węgierską. Orbán, którego Fidesz nie
walczy o wyborców z socjalistami, ale raczej z Jobbikiem, przejął
częściowo program skrajnej prawicy. Również on mówi o konieczności
„wprowadzenia porządku", silnym państwie, ograniczeniu wpływu
obcego
kapitału i – co nie mniej ważne – „zjednoczeniu wszystkich
Węgrów w
Kotlinie Panońskiej”. To z punktu widzenia krajów takich jak Rumunia,
Słowacja, Serbia czy Ukraina, w których żyje około 5 mln etnicznych
Węgrów, oznacza ni mniej, ni więcej tylko zawoalowaną deklarację dążenia
do zmiany granic. – Zwycięstwo Orbána zagrozi stosunkom
słowacko-węgierskim – można było usłyszeć od nacjonalistycznego premiera
Słowacji Roberta Ficy, w którego pięciomilionowym kraju Węgrzy,
mieszkający tam przede wszystkim na najżyźniejszych obszarach, stanowią
10 proc. ludności.
Wygrana Orbána i jego plan „stworzenia jednolitego kulturowo
i
gospodarczo obszaru węgierskiego" mogą być problemem również dla Polski.
Już w latach 1998-2002 nacjonalistyczne stanowisko ówczesnego premiera
Węgier całkowicie sparaliżowało działania Grupy Wyszehradzkiej. Teraz,
gdy przywódca Fideszu będzie naciskany przez skrajną prawicę, sytuacja
może się jeszcze pogorszyć.
Mimo to wielu Węgrów będących obecnie
najbardziej pesymistycznym narodem Europy na Orbána czeka z ogromnymi
nadziejami. Poza granicami Węgier wielu ludzi ma w związku z przyszłym
przywódcą tego kraju zgoła odmienne uczucia. I chyba nie ma się czemu
dziwić – powstanie z 1848 r., którego powtórkę obiecuje Orbán, świętują
dziś tylko Węgrzy.
Jozef Třešňák, Budapeszt Tłumaczenie: Piotr Leśniewski
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|