Tomasz Gorzycki zaledwie kilka miesięcy temu odebrał dyplom MBA w
Harvard Business School. Po ukończeniu uczelni niemal natychmiast
rozpoczął pracę w warszawskim oddziale McKinsey & Company, jednej z
największych firm konsultingowych. – Mimo że kończyłem uczelnię w
czasie, gdy w wielu firmach ograniczano zatrudnienie, dzięki Harvardowi
już na starcie dostałem pięć ciekawych ofert pracy – mówi. Na czym
polega fenomen uczelni? Na początku wydaje się, że na tytanicznej pracy.
– Nowych studentów można poznać po podkrążonych oczach, bo jest tyle
nauki, że śpi się zaledwie po pięć godzin – mówi Gorzycki. Ale też
niemal od początku studentom udowadnia się, że nauka to nie wszystko. W
listopadzie i lutym organizowany jest tzw. piekielny tydzień – nie ma
zajęć, a studenci spotykają się z potencjalnymi pracodawcami. Każdy
odbywa wtedy po kilkadziesiąt rozmów kwalifikacyjnych. Dzięki jednej z
nich Gorzycki już po pierwszym roku pracował w koreańskiej centrali
Samsunga.
REKLAMA
Wartością harwardzkiej uczelni są też kontakty z ludźmi. –
Uczyli się ze mną ludzie z 70 krajów. Na początku studiów odbywa się
tydzień międzynarodowy. Studenci chodzili w tradycyjnych strojach, na
stoiskach serwowali potrawy ze swoich krajów. W polskiej grupie byli
sami faceci, więc ograniczyliśmy się... do wódki – śmieje się Gorzycki.
Harvard to jednak przede wszystkim nieustający ferment intelektualny.
Organizowanesą tu różnego rodzaju konferencje z udziałem największych
nazwisk polityki czy biznesu (gościł na nich zarówno Bill Clinton, jak i
były prezes General Motors Rick Wagoner). W cenie jest wszystko, co
niesztampowe i kreatywne. – Osoby, które interesują się branżą filmową,
mogą podglądać działanie wytwórni hollywoodzkich. Inna z grup przez
tydzień doradzała Hugh Hefnerowi w zarządzaniu Playboyem – wspomina
Gorzycki.
Dla Polaka na Harvardzie największym zaskoczeniem są jednak
relacje wykładowców ze studentami. Na naszych uczelniach profesorowie
najczęściej nie znają imion studentów. Tymczasem na Harvardzie
profesorowie spotykają się ze słuchaczami na meczach czy w pubach i
rozmawiają nie tylko o nauce. O te osobiste relacje bardzo się dba:
jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego wszyscy wykładowcy
otrzymują krótkie życiorysy swoich studentów.
Studia na Uniwersytecie
Harvarda nie należą do najtańszych. Zdobycie dyplomu MBA może kosztować
nawet 100 tys. dolarów. Uczelnia oferuje jednak stypendia, popularne
jest także branie pożyczek na naukę. Są one dostępne także dla studentów
spoza USA, w dodatku są zwykle nisko oprocentowane. – Zysk z ukończenia
Harvardu jest zdecydowanie wyższy – uśmiecha się Gorzycki.
Nauka to nie wszystko
Tomasz Gorzycki zaledwie kilka miesięcy temu odebrał
dyplom MBA w
Harvard Business School. Po ukończeniu uczelni niemal natychmiast
rozpoczął pracę w warszawskim oddziale McKinsey & Company, jednej z
największych firm konsultingowych. – Mimo że kończyłem uczelnię w
czasie, gdy w wielu firmach ograniczano zatrudnienie, dzięki Harvardowi
już na starcie dostałem pięć ciekawych ofert pracy – mówi. Na czym
polega fenomen uczelni? Na początku wydaje się, że na tytanicznej pracy.
– Nowych studentów można poznać po podkrążonych oczach, bo jest tyle
nauki, że śpi się zaledwie po pięć godzin – mówi Gorzycki. Ale też
niemal od początku studentom udowadnia się, że nauka to nie wszystko. W
listopadzie i lutym organizowany jest tzw. piekielny tydzień – nie ma
zajęć, a studenci spotykają się z potencjalnymi pracodawcami. Każdy
odbywa wtedy po kilkadziesiąt rozmów kwalifikacyjnych. Dzięki jednej z
nich Gorzycki już po pierwszym roku pracował w koreańskiej centrali
Samsunga.
Wartością harwardzkiej uczelni są też
kontakty z ludźmi. –
Uczyli się ze mną ludzie z 70 krajów. Na początku studiów odbywa się
tydzień międzynarodowy. Studenci chodzili w tradycyjnych strojach, na
stoiskach serwowali potrawy ze swoich krajów. W polskiej grupie byli
sami faceci, więc ograniczyliśmy się... do wódki – śmieje się Gorzycki.
Harvard to jednak przede wszystkim nieustający ferment
intelektualny.
Organizowanesą tu różnego rodzaju konferencje z udziałem największych
nazwisk polityki czy biznesu (gościł na nich zarówno Bill Clinton, jak i
były prezes General Motors Rick Wagoner). W cenie jest wszystko, co
niesztampowe i kreatywne. – Osoby, które interesują się branżą filmową,
mogą podglądać działanie wytwórni hollywoodzkich. Inna z grup przez
tydzień doradzała Hugh Hefnerowi w zarządzaniu Playboyem – wspomina
Gorzycki.
Dla Polaka na Harvardzie największym zaskoczeniem są
jednak
relacje wykładowców ze studentami. Na naszych uczelniach profesorowie
najczęściej nie znają imion studentów. Tymczasem na Harvardzie
profesorowie spotykają się ze słuchaczami na meczach czy w pubach i
rozmawiają nie tylko o nauce. O te osobiste relacje bardzo się dba:
jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego wszyscy wykładowcy
otrzymują krótkie życiorysy swoich studentów.
Studia na
Uniwersytecie
Harvarda nie należą do najtańszych. Zdobycie dyplomu MBA może kosztować
nawet 100 tys. dolarów. Uczelnia oferuje jednak stypendia, popularne
jest także branie pożyczek na naukę. Są one dostępne także dla studentów
spoza USA, w dodatku są zwykle nisko oprocentowane. – Zysk z ukończenia
Harvardu jest zdecydowanie wyższy – uśmiecha się Gorzycki.