Studiując prawo, przypadkiem trafiłam na prowadzoną przez niego dyskusję
naukową (dziś za nic nie mogę sobie przypomnieć, czego dotyczyła) i
zobaczyłam człowieka, który kompletnie nie pasował do mojej wizji
świata: chciał karać surowo, nie wierzył w resocjalizację zbrodniarzy,
pochwalał zasadę „zera tolerancji dla przestępców".
Wyrazy zdumienia i oburzenia tak wstecznymi poglądami przyjmował
niezmiennie z lordowskim półuśmiechem pobłażania. Przy swoich
bezkompromisowych poglądach był jednak także najbardziej dowcipnym,
błyskotliwym, cudownie ironicznym (i autoironicznym) rozmówcą, jakiego
znałam. W połowie czwartego roku studiów porzuciłam kryminalistykę i
procedurę karną, by dopisać się do trwającego już seminarium doktora
Kochanowskiego. Nie mogłam się spodziewać, jak bardzo to spotkanie
zaważy na moim życiu.
REKLAMA
Nie dawał się lubić tak po prostu. Na seminarium
zapisał mnie, deklarując jednocześnie, jak zwykle z uśmiechem, że z
zasady jest przeciwny studiowaniu kobiet. Że ubolewa nad czasami, które
kazały mu wysłać córkę na uniwersytet (dziś Marta jest cenioną
prawniczką w Londynie), bo od emancypacji kobiet wziął początek upadek
naszej cywilizacji. Kiedy już wiedział, jak dalekie są mi takie poglądy,
tym chętniej prowokował dyskusję. Nie przeszkadzało mu to doceniać
kobiet, gdzie tylko mógł. Lubił z nimi współpracować w fundacji Ius et
Lex, która była jego oczkiem w głowie. Otaczał się nimi również w Biurze
Rzecznika Praw Obywatelskich. W osiąganiu stawianych sobie celów był
kategoryczny i konsekwentny. Kiedyś miał brutalnie wyznać: „Mnie
interesują sprawy, nie ludzie". Ale był w tym fałsz: po pierwsze, te
sprawy były zawsze dla ludzi. Po drugie, nawet jeśli ludzie go nie
interesowali, był to najbardziej ujmujący brak zainteresowania, jakiego
w życiu zaznałam. Media, zwłaszcza te postępowe, lubiły z niego robić
demonicznego, kostycznego ekscentryka; czasem wręcz niebezpiecznego dla
wolności i demokracji. Nawet kiedy ewidentnie „wycinał numer", brano go
serio i potępiano z całą surowością politycznej poprawności. Tak jak
wtedy (to na mojej liście absolutny hit), gdy po awanturze o wręczoną
lekarzowi filiżankę Rosenthala powiedział w radiu, że Polacy wyssali
antysemityzm z mlekiem matki, bo gdyby chodziło o porcelanę z Włocławka,
to nie byłoby afery. Część autorytetów ironii nie załapała. Jemu ta
surowość dziennikarskich ocen nawet chyba nie bardzo przeszkadzała. Dla
dobra – dla autorytetu – pełnionego urzędu wolał to niż „ocieplanie”
wizerunku. Uważał, że dobry rzecznik praw obywatelskich nie może być
głaskany, zwłaszcza przez środowiska mainstreamowe. Nie chciał
publicznie zaprzeczyć swoim ambicjom prezydenckim, bo nie chciał być
traktowany jako przemiły starszy pan, którym w rzeczywistości był. W
jego eleganckim mieszkaniu na Saskiej Kępie, wśród stylowych mebli,
porcelanowych talerzyków, podczas rozmów pełnych kurtuazji i sarkazmu
najwyższej próby, często rej wodziła maleńka, wielorasowa (bo przecież
nie kundel) Frania, przygarnięta podczas urlopu w Zakopanem. Rozważając
najwyższe idee i największe wyzwania współczesności, doktor Kochanowski
nagle zmieniał ton, by ją czułymi słowami przywołać, uciszyć, rzucić jej
piłeczkę. Pozwalał jej linieć na nogawkach szacownych gości. A przez
jego mieszkanie przewijali się zarówno wpływowi politycy, jak i
nieopierzeni studenci prawa, którym pokazywał, że nie ma dróg na skróty.
Obdarzał zaufaniem, powierzał obowiązki nie na ich miarę, uczył pracy i
organizacji. A potem dawał błogosławieństwo na dalszą drogę –
wykorzystywał swoje przyjaźnie, by pomóc młodym prawnikom zahaczyć się
na trudnym rynku pracy. Jeśli domagał się zniesienia przywilejów
korporacji prawniczych, to właśnie po to, by otworzyć drogi awansu dla
młodych zdolnych, lecz bez pleców.
Politycznie niepoprawny
Studiując prawo, przypadkiem trafiłam na prowadzoną
przez niego dyskusję
naukową (dziś za nic nie mogę sobie przypomnieć, czego dotyczyła) i
zobaczyłam człowieka, który kompletnie nie pasował do mojej wizji
świata: chciał karać surowo, nie wierzył w resocjalizację zbrodniarzy,
pochwalał zasadę „zera tolerancji dla przestępców".
Wyrazy zdumienia i oburzenia tak wstecznymi poglądami przyjmował
niezmiennie z lordowskim półuśmiechem pobłażania. Przy swoich
bezkompromisowych poglądach był jednak także najbardziej dowcipnym,
błyskotliwym, cudownie ironicznym (i autoironicznym) rozmówcą, jakiego
znałam. W połowie czwartego roku studiów porzuciłam kryminalistykę i
procedurę karną, by dopisać się do trwającego już seminarium doktora
Kochanowskiego. Nie mogłam się spodziewać, jak bardzo to spotkanie
zaważy na moim życiu.
Nie dawał się lubić tak
po prostu. Na seminarium
zapisał mnie, deklarując jednocześnie, jak zwykle z uśmiechem, że z
zasady jest przeciwny studiowaniu kobiet. Że ubolewa nad czasami, które
kazały mu wysłać córkę na uniwersytet (dziś Marta jest cenioną
prawniczką w Londynie), bo od emancypacji kobiet wziął początek upadek
naszej cywilizacji. Kiedy już wiedział, jak dalekie są mi takie poglądy,
tym chętniej prowokował dyskusję. Nie przeszkadzało mu to doceniać
kobiet, gdzie tylko mógł. Lubił z nimi współpracować w fundacji Ius et
Lex, która była jego oczkiem w głowie. Otaczał się nimi również w Biurze
Rzecznika Praw Obywatelskich. W osiąganiu stawianych sobie celów był
kategoryczny i konsekwentny. Kiedyś miał brutalnie wyznać: „Mnie
interesują sprawy, nie ludzie". Ale był w tym fałsz: po pierwsze, te
sprawy były zawsze dla ludzi. Po drugie, nawet jeśli ludzie go nie
interesowali, był to najbardziej ujmujący brak zainteresowania, jakiego
w życiu zaznałam.
Media, zwłaszcza te postępowe, lubiły z niego
robić
demonicznego, kostycznego ekscentryka; czasem wręcz niebezpiecznego dla
wolności i demokracji. Nawet kiedy ewidentnie „wycinał numer",
brano go
serio i potępiano z całą surowością politycznej poprawności. Tak jak
wtedy (to na mojej liście absolutny hit), gdy po awanturze o wręczoną
lekarzowi filiżankę Rosenthala powiedział w radiu, że Polacy wyssali
antysemityzm z mlekiem matki, bo gdyby chodziło o porcelanę z Włocławka,
to nie byłoby afery. Część autorytetów ironii nie załapała. Jemu ta
surowość dziennikarskich ocen nawet chyba nie bardzo przeszkadzała. Dla
dobra – dla autorytetu – pełnionego urzędu wolał to niż
„ocieplanie”
wizerunku. Uważał, że dobry rzecznik praw obywatelskich nie może być
głaskany, zwłaszcza przez środowiska mainstreamowe. Nie chciał
publicznie zaprzeczyć swoim ambicjom prezydenckim, bo nie chciał być
traktowany jako przemiły starszy pan, którym w rzeczywistości był. W
jego eleganckim mieszkaniu na Saskiej Kępie, wśród stylowych mebli,
porcelanowych talerzyków, podczas rozmów pełnych kurtuazji i sarkazmu
najwyższej próby, często rej wodziła maleńka, wielorasowa (bo przecież
nie kundel) Frania, przygarnięta podczas urlopu w Zakopanem. Rozważając
najwyższe idee i największe wyzwania współczesności, doktor Kochanowski
nagle zmieniał ton, by ją czułymi słowami przywołać, uciszyć, rzucić jej
piłeczkę. Pozwalał jej linieć na nogawkach szacownych gości. A przez
jego mieszkanie przewijali się zarówno wpływowi politycy, jak i
nieopierzeni studenci prawa, którym pokazywał, że nie ma dróg na skróty.
Obdarzał zaufaniem, powierzał obowiązki nie na ich miarę, uczył pracy i
organizacji. A potem dawał błogosławieństwo na dalszą drogę –
wykorzystywał swoje przyjaźnie, by pomóc młodym prawnikom zahaczyć się
na trudnym rynku pracy. Jeśli domagał się zniesienia przywilejów
korporacji prawniczych, to właśnie po to, by otworzyć drogi awansu dla
młodych zdolnych, lecz bez pleców.
– Proszę walczyć, trzeba
walczyć – to
ostatnie słowa, jakie usłyszała od Janusza Kochanowskiego jego
rzeczniczka Marta Kukowska. On sam zdawał się walczyć non stop, jednak w
jego spojrzeniu wyczuwało się rodzaj rezygnacji, zwątpienia w sukces. W
swoim gabinecie miał reprodukcję Picassowskiego Don Kichota. Czuł, że
walczy z wiatrakami: szykując projekt reformy prawa, domagając się od
ministrów współpracy i odrobiny dobrej woli, forsując inicjatywy, które
przekraczały kompetencje jego urzędu. – Ale ja z natury jestem leniwy!
–
przekonywał podczas jednej z naszych ostatnich rozmów. – Gdyby tylko
ktoś zechciał się zająć tymi wszystkimi sprawami, z przyjemnością je
odstąpię!
Ale nikt się nie zajmował, więc rzecznik praw
obywatelskich
interweniował w sprawie leczenia heroinistów, wlepiania mandatów na
podstawie zdjęć z fotoradarów, potrzeb mieszkaniowych najuboższych,
bezpieczeństwa energetycznego Polski – że przytoczę tylko kilka
wystąpień z ostatnich tygodni. Mało kto go za tę nadaktywność chwalił.
Urzędnicy raczej się od niego opędzali, a on takiego sposobu urzędowania
nie uznawał. W sprawach, w które wierzył, potrafił być bezkompromisowy,
i to nie przysparzało mu sympatii.
Osiem lat temu pomagałam
fundacji Ius
et Lex organizować międzynarodową konferencję i przekonałam się, jak
trudnym szefem jest Janusz Kochanowski. Wymagał absolutnego
zaangażowania, ale jeszcze więcej wymagał od siebie. Przez kolejne lata
nasze relacje się rozluźniały. Poszłam nie tą drogą, którą dla mnie
wymyślił, i przy każdej okazji przypominał mi, że się marnuję. W jego
ustach był to wspaniały komplement.
Swoim drugim, pełnym
życzliwości
obliczem obdarzał wielu. Tych, co spodziewali się po nim urzędniczej
powagi, zaskakiwał żartem. Tych, których znał dłużej, rozbrajał
osobistym podejściem (na promocji internetowego projektu
Codziennikprawny.pl wyciągnął jak królika z kapelusza koszulkę
promocyjną w rozmiarze niemowlęcym: „A to rozmiar specjalnie dla twojej
córeczki").
Doktor Kochanowski w ostatnich dniach życia
najwięcej sił
angażował w walkę o przetrwanie Instytutu Pamięci Narodowej w
dotychczasowym kształcie. Jeszcze w czwartek w Senacie dyskutował o
zablokowaniu nowelizacji ustawy o IPN. Zostawił też gotowy do druku
zbiór tekstów różnych autorów „Quo vadis Poloniae – w drodze do
demokratycznego państwa prawa 1989-2009". Zdążył jeszcze wybrać motto
dla tej publikacji, cytat z Jana Kochanowskiego: „A jeśli komu droga
otwarta do nieba, Tym, co służą Ojczyźnie”… W niedzielę 18
kwietnia
skończyłby 70 lat.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|