Nikt tak konsekwentnie nie zwalczał w tamtych czasach popieranego przez
partię i rząd zjawiska wajdalizmu jak twórca tego zapomnianego
określenia – Antoni Słonimski. Co było istotą wajdalizmu, wyjaśnia
następny cytat z felietonu Słonimskiego. „Niechęć swoją do romantycznych
kart naszej historii wyraził już Wajda w ?Popiołach? Żeromskiego. Już
nam pokazał, że napoleonidzi, którzy nieśli do Polski sztandary wolności
i hasła rewolucji francuskiej, to były żałosne łachudry, kondotierzy
spraw przegranych, niepochowane trupy ziemi jałowej". Mijały lata i
wydawać by się mogło, że wajdalizm rósł w siłę. Wizja Polski jako
brzydkiej panny na arenie międzynarodowej, niezbyt lubianego członka
rodziny europejskiej, zdominowała, wydawało się, serca i umysły Polaków.
REKLAMA
Katastrofa, w której zginął prezydent Lech Kaczyński i znacząca część
elit przeciwstawiająca się takiej wizji Polski zdegradowanej, ich
tragiczna śmierć, mogła ostatecznie pogrzebać ducha Wernyhory. Ku
zaskoczeniu salonu i jego autorytetów tysiące, a może setki tysięcy
Polaków w ostatnim tygodniu noc i dzień składało hołd prezydentowi i
jego żonie Marii, pierwszej parze najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
Mimo
że wcześniej sam Donald Tusk zdegradował prezydenturę do żyrandola i
czerwonego dywanu, powtarzając, że prezydent nie jest mu do niczego
potrzebny, mimo nieustannego poniżania prezydenta przez Komorowskiego,
Niesiołowskiego i Palikota, mimo tego wszystkiego Lech Kaczyński
doczekał się wdzięczności i szacunku Polaków. Był z nich dumny i jako
pierwszy obywatel kochał, szanował i wierzył w wielkość swoich rodaków.
I dlatego, choć poniżany i niedoceniany za życia, po tragicznej śmierci
stał się wielkim symbolem dumnej Polski. A symbole w Polsce są bardzo
niebezpieczne, bo mogą zniszczyć wieloletni dorobek postępowych polskich
Europejczyków, ukrywających brzydką pannę w kątach salonów Brukseli,
Paryża czy Berlina.
Nie dość, że wbrew zaleceniom Polacy zaczęli się
narodowo bałamucić, to jeszcze ten pochówek pary prezydenckiej na
Wawelu. To był kolejny policzek dla postępowego salonu i zagrożenie, że
prawicowo-romantyczna hydra, demony, jak je nazwał Kazimierz Kutz,
urosną w siłę. Bezideowe palikmioty nie mogły na coś takiego pozwolić.
Redaktor Adam chwycił zdenerwowany za telefon i zadzwonił do Andrzeja do
Krakowa. „A… a… Aaandrzej naa... na… napisz list. Zde… zde… zdewaweluj
Kaczora. Ty ma… ma… masz sukces z ty… tym ?Katyniem?, to… tobie wolno. A
my w… w… w ?Gazecie? cię po… po… poprzemy". Trudno odmówić racjonalności
działaniu redaktora, który pokochał jak nikt inny organizacyjną funkcję
prasy. Niestety, poparcie było niewielkie, bo Polacy nie dorośli do
poziomu wajdalizmu historii.
Nie polezie orzeł w GWna
Nikt tak konsekwentnie nie zwalczał w tamtych czasach
popieranego przez
partię i rząd zjawiska wajdalizmu jak twórca tego zapomnianego
określenia – Antoni Słonimski. Co było istotą wajdalizmu, wyjaśnia
następny cytat z felietonu Słonimskiego. „Niechęć swoją do romantycznych
kart naszej historii wyraził już Wajda w ?Popiołach? Żeromskiego. Już
nam pokazał, że napoleonidzi, którzy nieśli do Polski sztandary wolności
i hasła rewolucji francuskiej, to były żałosne łachudry, kondotierzy
spraw przegranych, niepochowane trupy ziemi jałowej". Mijały lata i
wydawać by się mogło, że wajdalizm rósł w siłę. Wizja Polski jako
brzydkiej panny na arenie międzynarodowej, niezbyt lubianego członka
rodziny europejskiej, zdominowała, wydawało się, serca i umysły Polaków.
Katastrofa, w której zginął prezydent Lech
Kaczyński i znacząca część
elit przeciwstawiająca się takiej wizji Polski zdegradowanej, ich
tragiczna śmierć, mogła ostatecznie pogrzebać ducha Wernyhory. Ku
zaskoczeniu salonu i jego autorytetów tysiące, a może setki tysięcy
Polaków w ostatnim tygodniu noc i dzień składało hołd prezydentowi i
jego żonie Marii, pierwszej parze najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
Mimo
że wcześniej sam Donald Tusk zdegradował prezydenturę do żyrandola i
czerwonego dywanu, powtarzając, że prezydent nie jest mu do niczego
potrzebny, mimo nieustannego poniżania prezydenta przez Komorowskiego,
Niesiołowskiego i Palikota, mimo tego wszystkiego Lech Kaczyński
doczekał się wdzięczności i szacunku Polaków. Był z nich dumny i jako
pierwszy obywatel kochał, szanował i wierzył w wielkość swoich rodaków.
I dlatego, choć poniżany i niedoceniany za życia, po tragicznej śmierci
stał się wielkim symbolem dumnej Polski. A symbole w Polsce są bardzo
niebezpieczne, bo mogą zniszczyć wieloletni dorobek postępowych polskich
Europejczyków, ukrywających brzydką pannę w kątach salonów Brukseli,
Paryża czy Berlina.
Nie dość, że wbrew zaleceniom Polacy zaczęli
się
narodowo bałamucić, to jeszcze ten pochówek pary prezydenckiej na
Wawelu. To był kolejny policzek dla postępowego salonu i zagrożenie, że
prawicowo-romantyczna hydra, demony, jak je nazwał Kazimierz Kutz,
urosną w siłę. Bezideowe palikmioty nie mogły na coś takiego pozwolić.
Redaktor Adam chwycił zdenerwowany za telefon i zadzwonił do Andrzeja do
Krakowa. „A… a… Aaandrzej naa... na… napisz list.
Zde… zde… zdewaweluj
Kaczora. Ty ma… ma… masz sukces z ty… tym ?Katyniem?,
to… tobie wolno. A
my w… w… w ?Gazecie? cię po… po… poprzemy".
Trudno odmówić racjonalności
działaniu redaktora, który pokochał jak nikt inny organizacyjną funkcję
prasy. Niestety, poparcie było niewielkie, bo Polacy nie dorośli do
poziomu wajdalizmu historii.
Niezależnie od opinii i ocen
prezydenta
Kaczyńskiego Polacy pożegnali swojego prezydenta, podkreślam: swojego
prezydenta, po królewsku. Jestem z tego dumny, bo moi rodacy jeszcze raz
potwierdzili to, o czym w „Weselu" tak dobitnie pisał Stanisław
Wyspiański: „Ptok ptokowi nie jednaki./ Człek człekowi nie dorówna,/
dusa dusy zajrzy w oczy,/ nie polezie orzeł w gówna”. A dzisiaj już
wiemy: nie polezie orzeł w GWna, drodzy redaktorzy.