|
|
Każda amerykańska uczelnia chwali się tym, co ma najlepszego. Uczelnie z
czołówki rankingów reklamują osiągnięcia ich wykładowców oraz prestiż
dyplomu, który przekłada się na możliwości kariery i zarobki
absolwentów. Uczelnie z dalszych miejsc rankingów chwalą się lepszym
dostosowaniem do potrzeb studentów. Na przykład oferują mniejsze grupy
na wykładach i ćwiczeniach, kładą większy nacisk na możliwość
nadrobienia zaległości ze szkoły średniej oraz uczą bardziej
praktycznych umiejętności bezpośrednio przydatnych na rynku pracy.
Praktycznością serwowanej wiedzy oraz niższą ceną odróżniają się od
bujających w obłokach ogólnej wiedzy droższych uczelni z czołówki
rankingów, których absolwenci mogą na rynku pracy zaistnieć dzięki
renomie dyplomu.
REKLAMA
W Polsce rankingi szkół wyższych są tylko połowicznie
przydatne, ponieważ nie ma u nas rynku wiedzy uniwersyteckiej. Zarówno
państwowe, jak i prywatne uczelnie są ograniczone ustawami i
rozporządzeniami ściśle regulującymi, czego uczyć, jak uczyć i kto może
uczyć. Jakiekolwiek odstępstwo od tej reguły jest zakazane. Konkurowanie
różnorodnością usługi i ceną jest zatem mocno ograniczone. To tak, jakby
na rynku pieczywa państwo nakazało produkcję tylko jednego gatunku
chleba z surowców opisanych w ustawie i określiło, że tylko piekarze z
jednej szkoły mogą ten chleb piec, oczywiście w przepisanej przez ustawę
liczbie piekarzy na bochenek pieczonego chleba. Na takim rynku
przeważałyby patologie, a nie konkurowanie o klienta. Tak jest dziś na
rynku uniwersyteckim w Polsce. I nie jest to jakiś radykalny pogląd,
skoro podobnie sprawę widzi nawet Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa
Wyższego, pisząc w założeniach do nowelizacji ustawy o szkolnictwie
wyższym, iż „standardy kształcenia – wprowadzone w trosce o zachowanie
jakości kształcenia – znacząco ograniczyły autonomię uczelni w sferze
tworzenia autorskich, innowacyjnych kierunków studiów, które stwarzałyby
wartość dodaną kształcenia na poziomie wyższym. Uczelnie, nawet te o
najwyższym statusie, nie mają obecnie możliwości szybkiego
dostosowywania oferty dydaktycznej do zmieniających się potrzeb rynku
pracy. Mogą prowadzić kierunki z listy ustalonej przez ministra, według
standardów programowych określonych dla każdego z nich". Dodam tylko, że
Polska jest dziś w Europie jedynym – oprócz Rosji – krajem, gdzie
obowiązuje państwowa lista dopuszczonych do wykładania w szkołach
wyższych kierunków nauczania.
Szkoła konkurencji
Każda amerykańska uczelnia chwali się tym, co ma
najlepszego. Uczelnie z
czołówki rankingów reklamują osiągnięcia ich wykładowców oraz prestiż
dyplomu, który przekłada się na możliwości kariery i zarobki
absolwentów. Uczelnie z dalszych miejsc rankingów chwalą się lepszym
dostosowaniem do potrzeb studentów. Na przykład oferują mniejsze grupy
na wykładach i ćwiczeniach, kładą większy nacisk na możliwość
nadrobienia zaległości ze szkoły średniej oraz uczą bardziej
praktycznych umiejętności bezpośrednio przydatnych na rynku pracy.
Praktycznością serwowanej wiedzy oraz niższą ceną odróżniają się od
bujających w obłokach ogólnej wiedzy droższych uczelni z czołówki
rankingów, których absolwenci mogą na rynku pracy zaistnieć dzięki
renomie dyplomu. W Polsce rankingi szkół wyższych są tylko
połowicznie
przydatne, ponieważ nie ma u nas rynku wiedzy uniwersyteckiej. Zarówno
państwowe, jak i prywatne uczelnie są ograniczone ustawami i
rozporządzeniami ściśle regulującymi, czego uczyć, jak uczyć i kto może
uczyć. Jakiekolwiek odstępstwo od tej reguły jest zakazane. Konkurowanie
różnorodnością usługi i ceną jest zatem mocno ograniczone. To tak, jakby
na rynku pieczywa państwo nakazało produkcję tylko jednego gatunku
chleba z surowców opisanych w ustawie i określiło, że tylko piekarze z
jednej szkoły mogą ten chleb piec, oczywiście w przepisanej przez ustawę
liczbie piekarzy na bochenek pieczonego chleba. Na takim rynku
przeważałyby patologie, a nie konkurowanie o klienta. Tak jest dziś na
rynku uniwersyteckim w Polsce. I nie jest to jakiś radykalny pogląd,
skoro podobnie sprawę widzi nawet Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa
Wyższego, pisząc w założeniach do nowelizacji ustawy o szkolnictwie
wyższym, iż „standardy kształcenia – wprowadzone w trosce o
zachowanie
jakości kształcenia – znacząco ograniczyły autonomię uczelni w sferze
tworzenia autorskich, innowacyjnych kierunków studiów, które stwarzałyby
wartość dodaną kształcenia na poziomie wyższym. Uczelnie, nawet te o
najwyższym statusie, nie mają obecnie możliwości szybkiego
dostosowywania oferty dydaktycznej do zmieniających się potrzeb rynku
pracy. Mogą prowadzić kierunki z listy ustalonej przez ministra, według
standardów programowych określonych dla każdego z nich". Dodam tylko, że
Polska jest dziś w Europie jedynym – oprócz Rosji – krajem, gdzie
obowiązuje państwowa lista dopuszczonych do wykładania w szkołach
wyższych kierunków nauczania.
Nie ma u nas również prawdziwej konkurencji o studenta. Bo nie ma
płacącego klienta. Uczelnie państwowe są dysponentem przywileju
studiowania za darmo, finansowanego przez podatnika. Przywileju
rozdawanego przez państwo za pośrednictwem uczelni.
To właśnie dlatego w Polsce student jest petentem, a nie klientem. Nie
podoba się studentowi, że wykładowca notorycznie się spóźnia, regularnie
nie pojawia się na wykładach lub zwyczajnie przynudza? To niech idzie
sobie gdzie indziej. Minister i tak da uczelni pieniądze na dalsze
funkcjonowanie. A chętni na darmowe studia, jak na każdy darmowy towar,
zawsze się znajdą. Natomiast dla wszystkich, którzy nie zasłużyli na
przywilej darmowych studiów, zostają studia zaoczne i wieczorowe oraz
uczelnie prywatne.Płatni studenci państwowych uczelni traktowani są jak
gorszy gatunek. Mają płacić, nie wymagać i cieszyć się, że będą mieli
dyplom państwowej uczelni. Można ich traktować jak pogardzaną dojną
krowę, bo bez ich pieniędzy uczelnia i tak przeżyje. Zadba o to państwo,
wypłacając sowite dotacje. Zresztą uczelnie prywatne też są
upaństwowione, bo mogą uczyć tylko tego, na co pozwoli im ministerstwo i
tylko według ministerialnych standardów. Poza niewieloma chwalebnymi
wyjątkami, którym zdarza się być lepszymi iż jadące na renomie uczelnie
państwowe, konkurencja między uczelniami prywatnymi często przyjmuje
postać dostosowania się o ministerialnych wymogów lub obchodzenia ich
jak najmniejszym kosztem. Stąd też biorą się uczelnie sprzedające dyplomy
każdemu, to zapłaci czesne i może się wykazać wyczuwalnym tętnem. Na takim
rynku wartość rankingów dla wielu uczelni jest ograniczona, o może
pokazać coś, co wolą ukryć. A studenci i tak wiedzą, że liczy się sukces
indywidualny, bo uczelnie pozbawione korzyści konkurowania nie dbają o
swą jakość i nawet dyplom dobrej uczelni może oznaczać zarówno ciężką
pracę oraz dużo zdobytej wiedzy, jak i umiejętność prześlizgnięcia się
przez studia.
Najlepszym dowodem na to, że ministerialne wymogi są patologią, jest
następujący przykład: gdyby dziś nad Wisłę przeniosły się najlepsze
uczelnie świata, takie jak Harvard, to następnego dnia zostałyby
zamknięte, gdyż nie spełniają wymogów naszego Ministerstwa Nauki i
Szkolnictwa Wyższego! Dodam jeszcze, że w USA, gdzie istnieje największy
odsetek najlepszych na świecie uczelni, państwo ma na mocy konstytucji
zakaz regulowania procesu nauczania w szkołach wyższych. Amerykańska
konstytucja stanowi bowiem, że rząd federalny może regulować tylko
kwestie wymienione w konstytucji, a ta nic nie mówi o szkołach wyższych.
Rząd amerykański może zatem tylko wspierać uczelnie, może zachęcać do
udziału w różnych programach, ale nic nie może im kazać, jeżeli chodzi o
sam proces nauczania. W rezultacie w USA konkurują z sobą zarówno
poszczególni profesorowie, jak i uczelnie. U nas nie ma tej konkurencji,
bo to państwo określając, kto jest dobry i nadaje się, by uczyć
studentów, ogranicza możliwości konkurowania. Przekłada się to na wiele
prozaicznych kwestii, które decydują o sukcesie lub porażce
skomplikowanej organizacji, jaką jest uczelnia. Ot chociażby na pensje
wykładowców. U nas w tej kwestii dominuje tendencja do uśredniania oraz
progresji z wiekiem. W USA konkurencja uczelni o profesorów oznacza, że
dobry młody profesor może zarabiać kilkakrotnie więcej niż stary. A o
tym, kto jest profesorem, nie decyduje ustawa, lecz zatrudnienie na
posadzie profesora przez firmę, która nazywa się... uczelnia.
W
Polsce
też zdarzają się świetni wykładowcy, którym się chce, oraz uczelnie
lepiej zorganizowane. Ale nie dlatego, że mają do tego systemowe
zachęty, lecz dlatego, że dobra robota sprawia im przyjemność i cenią ją
samą w sobie. Dla wielu, niestety, to jednak zbyt mało...
|
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
 |
|
|
Łukasz Starowieyski |
|
|
|