Nieraz dawałem wyraz niechęci do legendarnego Porsche
911 i tym razem
także nie mam zamiaru odpuścić. Z prostego powodu – nie jestem w stanie
pojąć, dlaczego ludzie tak chętnie kupują auto, którego konstrukcja
pamięta II wojnę światową. Nie żartuję! Dziewięćsetjedenastka w niemal
idealnie prostej linii pochodzi od Volkswagena garbusa z 1941 r. Nawet
najnowsza generacja sportowego auta ma wygląd rozjechanego walcem
garbusa, a do tego silnik umieszczony na tylnym zderzaku i napęd na
tylne koła.
To oznacza, że zachowuje się na drodze
bezwładnie jak dzwon
na wieży kościoła Mariackiego. Prędzej czy później dojdzie do sytuacji,
kiedy stracicie panowanie nad autem i przekroczycie w nim bramy niebios.
911 może się okazać dobrym wyborem, jeżeli jesteście Krzysztofem
Hołowczycem. Ale gdy bliżej wam do Bogusia Lindy, Tomka Kammela i
Piotrusia Gąsowskiego, gwarantuję, że na ulicy wzbudzicie raczej
politowanie niż szacunek.
Jestem pewien, że po tych słowach
otrzymam od
fanów niemieckiej marki setki e-maili, w których przez wszystkie
przypadki odmieniane będzie słowo „idiota". Ale zaraz narażę się im
jeszcze bardziej – napiszę coś, po czym zrobią wszystko, by się
dowiedzieć, gdzie mieszkam, i spalić mi dom. Otóż Porsche wszech czasów
jest Panamera – auto, które według „porszofilów" zbezcześciło
chlubną
historię marki. Wyklęli je, bo ma czworo drzwi, silnik z przodu, spory
bagażnik i jest limuzyną. Ja z tego samego powodu gotów jestem przyznać
jej tytuł najlepszego z obecnie produkowanych samochodów świata. I nie
chodzi wcale o to, że urzekły mnie jej osiągi. Do setki rozpędza się w 4
sekundy i maksymalnie może jechać ponad 300 km/h, ale takie rzeczy
potrafi obecnie także sporo innych samochodów, w dodatku tańszych.
Siła Panamery polega na tym, że kupując ją, dostajecie tak
naprawdę dwa
samochody. Jeden z nich jest komfortową limuzyną mieszczącą wygodnie
cztery osoby i ich bagaż, idealnie nadającą się do dalekich rodzinnych
podróży. Wtedy skrzynia biegów niezauważalnie zmienia przełożenia,
zawieszenie zaskakująco dobrze sobie radzi z dziurami, a silnik cicho
mruczy. Równie dobrze mogłoby to być Audi czy BMW. Mogłoby, gdyby nie
rozplanowanie wnętrza – nagromadzono w nim tyle guzików, pokręteł i
wszelkiej maści pstryczków, że można się poczuć jak w sterowni
elektrowni jądrowej. Ale warto poświęcić noc na przestudiowanie
instrukcji obsługi tych przycisków, bo przynajmniej trzy z nich
zamieniają oblicze Panamery nie do poznania. Po ich aktywacji samochód
staje się pigułką gwałtu na kołach. Jego 500 koni mechanicznych
gwarantuje kierowcy doznania, podczas których jego płuca zamieniają się
miejscem z wątrobą, jelita się prostują, a gałki oczne przywierają do
potylicy. Nie wiesz, gdzie jesteś i co się wokół dzieje. Jedyne, co
wiesz, to to, że chcesz więcej! Choć auto waży ponad 2 tony, na torze
urzeka lekkością i zwinnością. Żeby się przekonać, jak trudno uzyskać
taki efekt, kupcie krowę i spróbujcie ją nauczyć skakać zgrabnie przez
przeszkody.
Panamera Turbo jest pełnowartościowym, czteroosobowym
autem,
które jednocześnie potrafi podważyć większość praw fizyki odkrytych
przez Newtona i Einsteina. Z drugiej strony, choć udało się w niej
połączyć ogień z wodą, to jednocześnie pozostaje bezkompromisowa. W
zasadzie zobrazować można to tylko w jeden sposób – spróbujcie kopnąć w
zadek śpiącego tygrysa. Dopiero wtedy zrozumiecie, jak bardzo w ułamku
sekundy potrafi się zmienić Panamera.
Za tydzień citröen c3


Fot. Materiały prasowe producenta