Takiego obrotu spraw sztabowcy Platformy nie
przewidywali w
najczarniejszych snach. Od czasu katastrofy w Smoleńsku w kolejnych
sondażach kandydat PO traci, a prezes PiS zyskuje. Różnica między
notowaniami dwóch głównych kandydatów do prezydentury systematycznie
maleje. W dodatku na stronę Jarosława Kaczyńskiego przeszła znaczna
część młodego elektoratu, który dotychczas był wierny Platformie (według
GfK Polonia w ciągu miesiąca liczba wyborców w wieku 20-29 lat
popierających prezesa PiS wzrosła z 9 do 21 proc.). – Nie lekceważymy
tych sondaży, ale nasz kandydat ciągle zachowuje bezpieczną przewagę –
odpiera w rozmowie z „Wprost" Małgorzata Kidawa-Błońska,
rzeczniczka
sztabu Komorowskiego. – Zresztą wcześniejsze badania robiono, zanim
jeszcze Jarosław Kaczyński ogłosił oficjalnie swój start, więc trudno je
porównywać do obecnych. Mówienie o kryzysie kampanii po pierwszym jej
tygodniu jest nieporozumieniem – dodaje. Ale w nieoficjalnych rozmowach
z posłami PO słychać coraz częściej: mamy poważny kłopot. – Donald Tusk
nie przywiązuje zbyt dużej wagi do prezydentury, więc gdyby chodziło
tylko o Pałac Prezydencki, może by nie bił na alarm. Ale gdy się
okazało, że PiS zaczyna nas doganiać w sondażach partyjnych, postanowił
wkroczyć do akcji – mówi nam jeden z polityków PO. Wkroczył, i to
dosłownie, w ubiegłą środę, kilkanaście minut po godzinie ósmej. Po raz
pierwszy od dawna przyjechał osobiście do mieszkania Bronisława
Komorowskiego na warszawskim Powiślu. Takiego kryzysowego spotkania na
szczycie jeszcze w tej kampanii nie było. Zgodnie z ordynacją wyborczą
kandydata na prezydenta już się zmienić nie da. Może zatem odświeżyć
sztab? – Nie zmienia się konia w trakcie przeprawy przez rzekę –
ocenia
Komorowski. Ale i on, i premier zgodzili się w jednym: kampania jest w
kryzysie, potrzebne są zmiany. Tego dnia, jak ustalił „Wprost",
także po
raz pierwszy Tusk wziął osobiście udział w zebraniu sztabu wyborczego. –
Nie wyciągałbym z tego żadnych wniosków, bo premier ma dużo innych
obowiązków. A w sprawie kampanii spotykaliśmy się już wcześniej, tyle że
w innych miejscach – twierdzi w rozmowie z „Wprost” szef
sztabu Sławomir
Nowak.
Po spotkaniu u Komorowskiego jeden z
konserwatywnych posłów PO
dostaje telefon od Janusza Palikota: „Zaczynamy kampanię od początku.
Nowe pomysły, nowa energia. Wchodzisz w to?". Ekscentryczny poseł z
Lublina także uczestniczył w kryzysowej naradzie u Komorowskiego. To
zaskakujące, bo od ponad miesiąca Palikot zapadł się pod ziemię. „To, co
wydarzyło się 10 kwietnia, zmieniło nas wszystkich. Bądźmy razem" –
napisał kilka dni temu na blogu. Zmienił nawet wygląd: pozbył się
charakterystycznej grzywy, ściął włosy i zaczął nosić modne okulary
nerdy, w których chętnie pokazują się Britney Spears, Kuba Wojewódzki i
Doda. Dlaczego nagle zjawia się z propozycją godną głównego kampanijnego
machera? W dodatku kieruje ją do polityka, od którego do tej pory był
oddzielony frakcyjno-światopoglądowymi zasiekami? Wiele wskazuje na to,
że Palikot chce zaznaczyć, że nadal się liczy. Może poczuł, że wokół
kampanii szykuje się jakieś nowe rozdanie?
Politycy Platformy, z
którymi rozmawialiśmy, jednego są pewni. To nie
tyle czas na powrót Palikota, ile przede wszystkim samego Tuska. – Gdy
Donald czuje, że sytuacja wymyka się spod kontroli, zawsze spotyka się z
jak największą liczbą osób. Słucha wszystkich i kompiluje ich myśli w
jedną koncepcję. Tak się dzieje i tym razem. Stąd spotkanie z Palikotem
– twierdzi jeden ze współpracowników premiera. W to, że ta kampania nie
będzie spacerkiem, w Platformie nikt już nie wątpi. Strategia
Kaczyńskiego jest dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Tymczasem
według premiera efekty dotychczasowej pracy Komorowskiego i jego spin
doktorów są mizerne. Nawet niezły pomysł powołania Rady Bezpieczeństwa
Narodowego, podsunięty ponoć właśnie przez Tuska, został wykonany nie
bez wpadek. Na konferencję w tej sprawie marszałek przyszedł z definicją
Rady wziętą z... Wikipedii, co stało się powodem ironicznych uwag
dziennikarzy. Dzień wcześniej podczas prezentacji oficjalnej strony
internetowej Komorowskiego nie zadziałał serwer. – Strona nie
zadziałała, bo w jednym momencie chciało na nią wejść 100 tys. osób. Tak
naprawdę to nasz sukces – bagatelizuje wpadki rzeczniczka sztabu.
Sztab
Komorowskiego znajduje się przy Wiejskiej 14, dwa kroki od Sejmu. Ten
120-metrowy, nowocześnie urządzony apartament w przedwojennej kamienicy
Platforma wynajmuje już od półtora roku. Oficjalnie miała tam być
siedziba Instytutu Obywatelskiego, think tanku PO, a tak naprawdę lokal
był miejscem tajnych wieczornych spotkań partyjnego dworu. Od początku
kampanii panowała w nim jednak ciężka atmosfera. Nad sztabem, który Tusk
w pierwszych dniach kampanii ewidentnie puścił samopas, ciążył spór
między Grzegorzem Schetyną a Sławomirem Nowakiem. Prowokował go nieostry
podział kompetencji obu polityków: pierwszy jest koordynatorem kampanii,
drugi – szefem sztabu. Takie role rozpisał im Tusk. – Zrobił to
celowo.
Jak wygramy, ojcem sukcesu będzie Sławek. A jak przegramy, całą winę
zwalą na Grześka – kreśli spiskową teorię współpracownik Schetyny.
Między oboma politykami tli się też głębszy konflikt. Schetyna, któremu
zależy na utrzymaniu stanowiska sekretarza generalnego, obawia się, że
Tusk może rekomendować na tę funkcję właśnie Nowaka. Z tyłu głowy obu
platformerskich palatynów dźwięczą też zapewne pytania o personalne
roszady w razie zwycięstwa Komorowskiego. Czy Schetyna musiałby
zrezygnować z realnej władzy, abdykować z funkcji szefa klubu dla
prestiżowego, ale dającego małe możliwości gabinetu marszałka Sejmu? Czy
jego miejsca znów nie zajmie Nowak?
Informacje o tarciach
wewnątrz PO dementują sztabowcy Komorowskiego. –
Sztab to nie grupa przyjaciół ani kółko wzajemnej adoracji. Gdyby byli
tam wyłącznie ludzie, którzy się bardzo lubią i mówią tym samym
językiem, efekt byłby mizerny. Jeżeli tarcia się zdarzają, to wyłącznie
merytoryczne – zapewnia Kidawa-Błońska. Od czasu interwencji Tuska
tarcia rzeczywiście zniknęły. Rozbieżnośćinteresów między głównymi
architektami kampanii nie wyparowała, ale faktem jest, że Schetyna i
Nowak zawarli pakt o nieagresji. W końcu obaj jadą na jednym wózku.
Tak
czy inaczej, praca sztabu Komorowskiego przypomina dziś jednoczesne
żonglowanie piłką plażową, butelką z mlekiem i karabinem maszynowym.
Atuty, którymi dysponuje Platforma, są bezdyskusyjne, ale na razie
dominuje wrażenie chaosu. – Spokojnie, właśnie się rozpędzamy. Jesteśmy
jak dobrze naoliwiona maszyna. Ci, którzy ruszają z piskiem opon, często
daleko nie zajeżdżają – mówi „Wprost" Rafał Grupiński, jeden
z członków
sztabu. I ma sporo racji. Jeśli spojrzeć wstecz, to każda kampania PiS
na początku przypominała ostry start spod świateł. A później bywało
różnie. Tak może być i tym razem. Tym bardziej że Palikotowazapowiedź
nowych pomysłów i nowej energii nie jest pozbawiona podstaw. Hitem
kampanii Komorowskiego ma być telewizyjny spot, który kręcą autorzy
telewizyjnego sukcesu „Brzyduli" i „Domu nad
rozlewiskiem”. Oprócz
tradycyjnych scen z rodziną pojawią się w nim także ujęcia z
najważniejszych miejsc w biografii marszałka. Między innymi z więzienia,
w którym siedział za komuny. Przekaz będzie pozytywny, ale z wyraźnym
akcentem na to, co daje mu przewagę nad Kaczyńskim – starym kawalerem
bez heroicznej karty z czasów antykomunistycznej opozycji. Z ustaleń
„Wprost” wynika, że sztabowcy Komorowskiego planują też wyjazd do
Brukseli i spotkania z dwoma europejskimi liderami José Barroso i
Hermanem van Rompuyem. To tym cenniejsze, że Kaczyński takich wizyt na
razie nie ma w kalendarzu. – Musimy też podjąć osobne działania na rzecz
zwiększenia frekwencji wyborczej – mówi Michał Szczerba, poseł PO z
otoczenia marszałka. I przypomina, że w trakcie ostatnich zwycięskich
wyborów zarówno w sztabie Baracka Obamy, jak i niemieckiej CDU powstały
całkowicie odrębne strategie wyborcze skierowane do młodych.On sam w
czasie prawyborów zorganizował Komorowskiemu poparcie trzydziestu
młodych posłów Platformy, choć panowało powszechne przekonanie, że
młodzi popierają Sikorskiego. Teraz chciałby zachęcić ich do prowadzenia
akcji aktywizacji młodych wyborców w ich okręgach wyborczych.
Wśród niektórych polityków Platformy popularna jest makiaweliczna
hipoteza o tym, że Tusk po cichu liczy na porażkę Komorowskiego
(w rozmowie z „Wprost" częściowo przychyla się do niej także
sympatyzująca z Jarosławem Kaczyńskim socjolog prof. Jadwiga
Staniszkis). Według zwolenników tej teorii miałby w ten sposób upiec
trzy pieczenie na jednym ogniu: uniknąć ryzykownego społecznie monopolu
swojej partii, zyskać wygodną wymówkę w postaci nieprzychylnego
prezydenta i zapobiec dociążeniu alternatywnego ośrodka władzy w
Platformie, który wokół Komorowskiego chciałby budować Schetyna. Ta
publicystycznie atrakcyjna teoria ma jednak kilka słabości. – Żaden
polityk nie może sobie pozwolić na tak karkołomne kalkulacje zakładające
korzyści płynące z porażki. W polityce zawsze walczy się o zwycięstwo –
przekonuje Jarosław Gowin, członek zarządu PO. Inny z polityków
Platformy dodaje, tym razem już nieoficjalnie: – Ta porażka szybko
obróciłaby sięprzeciw samemu Donaldowi. Podniosłyby się głosy, że gdyby
to on wystartował, to moglibyśmy wygrać. Poza tym nikt nie chce mieć w
partii sfrustrowanego Bronka.
Tej krwiożerczej teorii przeczą też
gołe
fakty. Przede wszystkim Tusk ma wejść do jego komitetu honorowego. – A
jako członek partii teoretycznie nie powinien tego robić – zastrzega
Nowak. Dodatkowo razem z Komorowskim zamierza wystąpić na wyborczej
konwencji w maju. Z ustaleń „Wprost" wynika, że główny pokaz siły
Platformy planowany jest jednak dopiero po pierwszej turze. To zjazd
partii w warszawskim centrum Expo, na który przyjedzie kilka tysięcy
działaczy i sympatyków Platformy. Dojdzie tam oczywiście do ponownego
wyboru Tuska na funkcję przewodniczącego, ale wiadomo, że gwiazdą
imprezy będzie Komorowski. To nie koniec.
Wedle naszych ustaleń premier od dwóch tygodni dokonuje gruntownego
przeglądu resortów. Spotyka się ze wszystkimi ministrami (z każdym
umawia się na oddzielną, dwugodzinną rozmowę) i zbiera ich plany na
końcówkę tej kadencji i całą następną. Sami członkowie rządu zapewniają,
że przegląd nie ma nic wspólnego z wyborami prezydenckimi, ale w sztabie
Komorowskiego można usłyszeć coś innego. – Namawiamy Donalda do
przedstawienia odważnego planu działań na najbliższe pięć lat.
Oczywiście warunkiem jego realizacji jest wybór prezydenta, który nie
będzie hamulcowym – twierdzi jeden z liderów PO. Tym hamulcowym z punktu
widzenia Platformy miałby być oczywiście Kaczyński. Ale czy byłby nim
rzeczywiście? Jeśli wczytać się w jedyny wywiad udzielony przez prezesa
PiS po smoleńskiej katastrofie, można w to wątpić. Jak mówi jeden z
polityków PiS, Jarosław jawi się w nim jako dziedzic nie tylko spuścizny
Lecha, lecz także właściwie profesora Geremka, uosobienia
inteligenckiego kompromisu. Coś w tym jest.
Prezes PiS w rozmowie
z
blogerami Salonu24 aż siedem razy używa słowa „porozumienie". Nie
licząc
typowo pisowskiego ustępu o idei silnego państwa, cały wywiad jest jakby
wyjęty z ust Donalda Tuska lub Bronisława Komorowskiego: „Ważne jest
pytanie o przyszłość", „Będzie więcej współpracy”, „Na
lepsze zmieni się
codzienne życie Polaków”,„Powinno być możliwe zawarcie
kompromisów”,
„Motorem rozwoju są ludzka inicjatywa i przedsiębiorczość”,
„Różnice
polityczne nie mogą blokować budowy nowoczesnego kraju” – to
wszystko
słowa Kaczyńskiego. Czy nie brzmią jak hasła skradzione Platformie? Bez
względu na podejrzenia o brak autentyzmu prezes PiS zamierza ten przekaz
konsekwentnie pogłębiać. W tym kontekście nie należy się dziwić, że
wyborcze zaplecze Kaczyńskiego zdominowali ludzie trzymani dotąd w
głębokiej rezerwie. Tacy jak obchodząca Platformę z lewej strony Joanna
Kluzik-Rostkowska czy ciążący ku centrum Paweł Poncyljusz. O tym, jak
wiele kontrowersji w twardym rdzeniu partii wywołały ich awanse,
świadczy wypowiedź samego szefa PiS na jednej z narad:
„Kluzik-Rostkowska to nawet nie jest u nas w skrajnym nurcie. Ona jest
poza jakimkolwiek nurtem”. Był to oczywiście żart, ale znamienny. Dużo
więcej kłopotów miał Poncyljusz. Wśród wrogo nastawionych do niego
polityków do dziś krąży ksero udzielonego przez niego przed tragedią
wywiadu, w którym poseł zwierzał się z obaw o przyszłość partii trącącej
zaściankowością. Pisowcy wywodzący się z tzw. zakonu PC odebrali to jako
aluzję skierowaną w ich stronę. Efekt był taki, że posiedzenie klubu PiS
przerodziło się w sabat wrogów Poncyljusza.
Gdyby uchylić drzwi
do
gabinetów, w których pracują spin doktorzy PiS, okazałoby się zresztą,
że niezdrowych emocji jest tam znacznie więcej. Ostatnio ze sztabu
został na przykład odsunięty jeden z architektów wyborczego sukcesu PiS
z 2005 roku Adam Bielan. Dowód? Okrzyknięte PR-owskim sukcesem
przemówienie Jarosława Kaczyńskiego kierowane „do przyjaciół
Rosjan"
zostało przygotowane przez konkurującą z nim ekipę speców od marketingu,
kojarzonych z wiceszefem PiS Adamem Lipińskim: Bogdana Szczesiaka i dr.
Marka Kochana. Partyjnirywale Bielana w wewnętrznych rozgrywkach
wytaczają i dużo cięższe działa. Jako argument przeciw jego obecności w
otoczeniu szefa PiS wysuwają historię umieszczenia przez niego na
Twitterze zdjęcia sarkofagu prezydenta. Bielan zapewnia, że fotografię
zrobił już po zakończeniu prywatnej części uroczystości, ale sprawa do
dziś jest przedstawiana jako dowód jego nielojalności.
W
siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie codziennie trwają
narady – zarówno na piętrach, gdzie mieści się partia, jak i w
podziemiach budynku, w restauracji Inaba. Oprócz Joanny
Kluzik-Rostkowskiej, Pawła Poncyljusza, Michała Kamińskiego, Joachima
Brudzińskiego i Elżbiety Jakubiak codziennie jest też Zbigniew Ziobro.
Sztabowcy dbają o dobre samopoczucie Kaczyńskiego – zagrzewają go do
walki. Analizują badania i doniesienia prasowe. I, co najważniejsze,
przygotowują się do publicznego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego.
Według informacji, do których dotarł „Wprost", pod koniec tygodnia
prezes PiS ma ruszyć w Polskę. W Łodzi lub Krakowie ma w ostatnich
dniach maja wygłosić przemówienie o mocy równej temu z 10 maja.Do tego
czasu nie będzie udzielał wywiadów prasowych. Do pierwszej tury wyborów
prezydenckich jego sztabowcy nie planują też debaty z Bronisławem
Komorowskim.
Jedno jest pewne: oficjalny ton powagi i spokoju
oraz język
miłości, który dominuje w tej kampanii, nie oddają rzeczywistych emocji
panujących za zamkniętymi drzwiami wyborczych sztabów. Te emocje prędzej
czy później eksplodują, pytanie brzmi tylko, czy jeszcze przed wyborami,
czy już po. Niewykluczone, że w tych wyborach kandydat, któremu nerwy
puszczą wcześniej, przegra. Na miesiąc przed głosowaniem jego wynik stoi
pod znakiem zapytania, ale już wiadomo: w tej kampanii główną rolę
odegrają emocje.