Ekspozycja będąca największą dotychczas w Polsce wystawą twórczości
homoerotycznej (obejmuje okres od antyku do współczesności) zaczęła
wywoływać dyskusje, zanim jeszcze ktokolwiek ją obejrzał. Kontrowersje
wzbudza nie tylko temat, ale też miejsce wystawy: nie awangardowe
centrum sztuki, ale konserwatywna instytucja kultury, jaką z założenia
jest narodowe muzeum sztuki. Twórcy ekspozycji nie tylko nie wypierają
się polityczno-społecznego kontekstu przedsięwzięcia, ale wręcz go
akcentują.
REKLAMA
– Ludziom trzeba pokazywać sztukę w takich właśnie momentach.
Na początku lipca do Warszawy przyjadą tysiące ludzi, by uczestniczyć w
EuroPride – paradzie, wielkim festiwalu, ale też akcie politycznym –
uważa kurator wystawy w Muzeum Narodowym Paweł Leszkowicz. – Mniejszość
homoseksualna korzysta u nas tylko z części praw, muzeum może się
włączyć w ich poszerzenie. Muzea mogą sprzyjać procesom demokratyzacji
społeczeństwa. Nie ma bowiem wątpliwości, że dyskusja o prawach
mniejszości homoseksualnych w Polsce trwa. My w tę dyskusję wchodzimy –
podkreśla w rozmowie z „Wprost" Piotr Piotrowski, dyrektor Muzeum
Narodowego. Takie stanowisko budzi sprzeciw nie tylko wśród polityków
PiS. – Muzeum Narodowe nie powinno się angażować w takie inicjatywy –
ocenia Jarosław Gowin, poseł PO. – To promowanie wątków marginalnych i
kontrowersyjnych z punktu widzenia dominującej moralności w Polsce. Taka
placówka powinna raczej pielęgnować kanon polskiej kultury – podkreśla.
Politycznego kontekstu wystawy jak ognia unika minister kultury Bogdan
Zdrojewski. – Ani nie popieram, ani nie neguję decyzji dyrektora Muzeum
Narodowego o zorganizowaniu tej wystawy. To jego autonomiczna decyzja,
którą szanuję – ucina. Ale zdaniem przedstawicieli organizacji gejowskich
wystawa i później największa w Europie manifestacja mniejszości
seksualnych nadchodzą w idealnym momencie. – Wierzę, że rok 2010 zapisze
się pozytywnie w historii emancypacji polskich gejów i lesbijek.
Charakterystyczne, że ani wystawa, ani EuroPride nie wywołują
zasadniczych protestów. Tymczasem jeszcze cztery lata temu mielibyśmy na
głowie narodowców – komentuje Tomasz Szypuła, wiceszef Kampanii przeciw
Homofobii i członek zarządu ILGA-Europe, międzynarodowej organizacji
broniącej praw mniejszości seksualnych.
Homo wchodzi na salony
Ekspozycja będąca największą dotychczas w Polsce
wystawą twórczości
homoerotycznej (obejmuje okres od antyku do współczesności) zaczęła
wywoływać dyskusje, zanim jeszcze ktokolwiek ją obejrzał. Kontrowersje
wzbudza nie tylko temat, ale też miejsce wystawy: nie awangardowe
centrum sztuki, ale konserwatywna instytucja kultury, jaką z założenia
jest narodowe muzeum sztuki. Twórcy ekspozycji nie tylko nie wypierają
się polityczno-społecznego kontekstu przedsięwzięcia, ale wręcz go
akcentują. – Ludziom trzeba pokazywać sztukę w
takich właśnie momentach.
Na początku lipca do Warszawy przyjadą tysiące ludzi, by uczestniczyć w
EuroPride – paradzie, wielkim festiwalu, ale też akcie politycznym
–
uważa kurator wystawy w Muzeum Narodowym Paweł Leszkowicz. – Mniejszość
homoseksualna korzysta u nas tylko z części praw, muzeum może się
włączyć w ich poszerzenie. Muzea mogą sprzyjać procesom demokratyzacji
społeczeństwa. Nie ma bowiem wątpliwości, że dyskusja o prawach
mniejszości homoseksualnych w Polsce trwa. My w tę dyskusję wchodzimy –
podkreśla w rozmowie z „Wprost" Piotr Piotrowski, dyrektor Muzeum
Narodowego.
Takie stanowisko budzi sprzeciw nie tylko wśród
polityków
PiS. – Muzeum Narodowe nie powinno się angażować w takie inicjatywy
–
ocenia Jarosław Gowin, poseł PO. – To promowanie wątków marginalnych i
kontrowersyjnych z punktu widzenia dominującej moralności w Polsce. Taka
placówka powinna raczej pielęgnować kanon polskiej kultury – podkreśla.
Politycznego kontekstu wystawy jak ognia unika minister kultury Bogdan
Zdrojewski. – Ani nie popieram, ani nie neguję decyzji dyrektora Muzeum
Narodowego o zorganizowaniu tej wystawy. To jego autonomiczna decyzja,
którą szanuję – ucina.
Ale zdaniem przedstawicieli
organizacji gejowskich
wystawa i później największa w Europie manifestacja mniejszości
seksualnych nadchodzą w idealnym momencie. – Wierzę, że rok 2010 zapisze
się pozytywnie w historii emancypacji polskich gejów i lesbijek.
Charakterystyczne, że ani wystawa, ani EuroPride nie wywołują
zasadniczych protestów. Tymczasem jeszcze cztery lata temu mielibyśmy na
głowie narodowców – komentuje Tomasz Szypuła, wiceszef Kampanii przeciw
Homofobii i członek zarządu ILGA-Europe, międzynarodowej organizacji
broniącej praw mniejszości seksualnych.
– Pod względem
szacunku dla
mniejszości seksualnych jesteśmy trzydzieści lat za Zachodem, ale
przynajmniej go gonimy. I to coraz szybciej: z truchtu przechodzimy do
sprintu – cieszy się Agata Engel-Bernatowicz, psychoterapeutka,
współautorka książek „Coming out" o procesach ujawniania orientacji
psychoseksualnej oraz „Kiedy kobieta kocha kobietę”
Według najnowszego
raportu o sytuacji mniejszości seksualnych w Polsce pt.
„Naznaczeni",
przygotowanego w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego pod
kierunkiem prof. Ireneusza Krzemińskiego, jest co nadrabiać. Według
badań aż 10 proc. polskich gejów i lesbijek doświadcza przemocy
fizycznej, a 47 proc. – psychicznej ze względu na swą orientację.
–
Wiele wskazuje na to, że w rzeczywistości jest jeszcze gorzej. Udało nam
się przecież dotrzeć tylko do części środowisk, na ogół do osób lepiej
wykształconych, zajmujących wyższe pozycje społeczne, raczej z dużych
miast – mówi prof. Krzemiński.
Zresztą jeśli dziś wygląda na
to, że
ostatecznie zmienia się pozycja osoby homoseksualnej w polskim
społeczeństwie, to trzeba przypomnieć, że ten sukces nie przyszedł bez
kłopotów.
Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie
zasadnicze
znaczenie w zmienianiu negatywnych stereotypów dotyczących osób
homoseksualnych miał proces ujawniania swojej orientacji przez osoby
publiczne. Początki tego zjawiska wiązały się z rewolucją seksualną lat
60. W Polsce siłą rzeczy te procesy nie zachodziły: choć formalnie w PRL
homoseksualizm nie był zakazany, przedstawiciele mniejszości seksualnych
traktowani byli niemal jak przestępcy. Przeprowadzona w 1986 r. przez
Służbę Bezpieczeństwa akcja „Hiacynt" miała na celu
zewidencjonowanie i
zastraszenie gejów. Osoby podejrzane o homoseksualizm aresztowano,
zmuszano do wypełnienia tzw. karty homoseksualisty (wzorowanej na karcie
werbunkowej). Trzeba było też podpisać oświadczenie o braku
zainteresowania osobami nieletnimi.
Pierwsze polskie coming outy
(ujawnienie swojej orientacji przez gejów i lesbijki) nie należały do
zbyt szczęśliwych. Gdy w 1988 r. o swojej orientacji opowiedział
publicznie aktor Jerzy Nasierowski, skazany za współudział w zabójstwie
dokonanym przez swego partnera, w zasadzie pogłębiło to tylko PRL-owski
stereotyp homoseksualisty – osoby z półświatka mającego kontakty z
szemranym światem przestępczym. Taki też był gej w pierwszej polskiej
telenoweli „W labiryncie", która biła rekordy popularności na
przełomie
lat 80. i 90. Podejrzany o zabójstwo paser o pseudonimie Myszorek
pojawia się niemal we wszystkich kryminalnych wątkach filmu, w końcu
okazuje się, że ma skłonności do molestowania nieletnich.
Przedwczesne
okazało się też ujawnienie orientacji seksualnej przez Sławomira
Starostę, lidera popularnej na początku lat 90. grupy popowej Balkan
Electrique. Choć w jego tekstach, a nawet teledyskach pojawiały się
treści homoerotyczne, większość odbiorców nawet ich nie odczytywała. A
gdy Starosta wprost ujawnił swe preferencje, został wygwizdany przez
publiczność w Jarocinie, a wkrótce potem zakończył karierę muzyczną.
Później przez długie lata żaden z celebrytów nie zdecydował się
pójść w
jego ślady. Przełom nastąpił w 2006 r., kiedy o swym homoseksualizmie
opowiedział w prasie popularny aktor Jacek Poniedziałek. W ciągu
kilkunastu miesięcy na podobny gest zdecydowali się popularny tancerz i
choreograf Michał Piróg, reżyser Krystian Lupa oraz dziennikarz Tomasz
Raczek. Temu ostatniemu ujawnienie preferencji seksualnych przyniosło
sukces w postaci niespodziewanej fali popularności i powrotu do
showbiznesowego mainstreamu. Dziś wspomina, że w dniu, w którym o jego
homoseksualizmie napisała prasa, w skrzynce pocztowej znalazł list w
kopercie bez znaczka. Spodziewał się, że to paszkwil. Ale autorką była
nieznana mu wówczas sąsiadka, która chciała mu w ten sposób wyrazić
wsparcie i szacunek. – Polacy są bardziej otwarci, niż nam się wydaje.
Jesteśmy narodem, który lubi ludziodważnych – przekonuje Raczek.
Podobnego efektu doświadczył pisarz Michał Witkowski, autor książki
„Lubiewo". Opowiada ona o homoseksualnym półświatku w czasach PRL,
bohaterów nazywa „pedałami”, „ciotami”,
„pedrylami”. Wprawdzie wydawca
nie zarobił na książce tyle, ile oczekiwał, ale Witkowski został
zauważony. Dziś jest wziętym pisarzem i felietonistą. Sam przyznaje, że
gdyby napisał książkę o miłości kobiety do mężczyzny, nie byłby tak
popularny.
Zdaniem specjalistów każde ujawnienie się znanej osoby
homoseksualnej to młot na stereotypy. – Człowiek jest istotą społeczną i
potrzebuje wzorców. Tymczasem młody gej czy lesbijka znajdują się pod
tym względem w Polsce na pustyni. W rodzinie i otoczeniu nie znają
zwykle żadnego otwartego homoseksualisty, nie zetknęli się z żadnym
jawnym homoseksualnym związkiem. Osoby publiczne w jakimś sensie mogą
zastępczo takich wzorów dostarczyć – przekonuje psychoterapeutka Agata
Engel-Bernatowicz.
Ale skupianie się na coming outach w świecie
show-biznesu buduje wtórny stereotyp geja – jako bogatego
przedstawicielabranży artystycznej lub medialnej, dobrze ubranego,
bogatego, spędzającego pół życia w modnych klubach. Dlatego tak wielkie
znaczenie mają wzorce spoza tego świata, jak chociażby prof. Michał
Głowiński, znany językoznawca, który w wydanej przed kilkoma tygodniami
książce „Kręgi obcości" po raz pierwszy ujawnił swój
homoseksualizm.
Dziennikarce Dominice Buczak, współautorce książki
„Gejdar" będącej
zbiorem anonimowych wywiadów z polskimi homoseksualistami, zależało, by
pokazać, że świat homo jest tak samo zróżnicowany jak hetero. Dlatego
dała w książce głos osobom w różnym wieku i pochodzącym z różnych
środowisk. Na rozmowę udało się jej namówić m.in. profesora medycyny,
ucznia liceum, pracownika telefonu zaufania, byłego więźnia i
niedoszłego księdza. – Kiedy rozpuściliśmy wici, że szukamy bohaterów,
zgłosiło się do nas tyle osób, że materiału starczyłoby na cztery
książki. Niestety, prawie wszyscy okazywali się mieszkańcami wielkich
miast, dobrze sytuowanymi bywalcami drogich klubów. Mieliśmy poważny
problem ze znalezieniem ludzi starszych oraz tych z prowincji. Osoby z
małych miasteczek decydowały się opowiedzieć o sobie dopiero wtedy, gdy
przeprowadzały się do dużych miast – opowiada Buczak. – Okazało
się, że
z punktu widzenia gejów mamy dwa różne kraje: Polskę wielkich miast i
modnych klubów, w których znajomość z gejem może być nawet trendy, i
Polskę prowincjonalną, gdzie o przyznaniu się do swej orientacji nie ma
mowy, a jedyną receptą na walkę z całkowitym wyobcowaniem jest internet
– dodaje.
Potwierdza to prof. Krzemiński. – Kontrast między Warszawą,
Krakowem i
Wrocławiem a powiatową Polską małych miasteczek i wsi jest straszliwy.
Na prowincji ciągle bardzo silny jest element hipokryzji i pruderii,
który bardzo utrudnia jakąkolwiek emancypację – tłumaczy. Tomasz Szypuła
z Kampanii przeciw Homofobii sprawdził to w praktyce. – Sam pochodzę z
niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu i wiem, że życie geja nie jest
tam łatwe. W dużych miastach pieniądze budują tolerancję. Kiedy wraz z
partnerem kupowałem mieszkanie, nikt nas o nic nie pytał. Nikt się nie
dziwił, że dwóch facetów przychodzi razem do notariusza. A jeśli nawet
się dziwił, to tego nie ujawniał, bo klient to klient – dodaje.
Według
autorów wspomnianego raportu o sytuacji mniejszości seksualnych w Polsce
przygotowanego przez Instytut Socjologii UW, proces otwartego
traktowania swej orientacji seksualnej przybiera w Polsce na sile także
na prowincji, choć dzieje się to dosyć wolno. – Byłem szczerze
zaskoczony, że nawet na prowincji młodzi geje i lesbijki znajdują bardzo
silne wsparcie w rodzinach. Wprawdzie najczęściej nie decydują się na
ujawnienie swej orientacji poza domem, ale ze strony rodziców znacznie
rzadziej niż jeszcze kilka lat temu spotyka ich już odrzucenie –
podkreśla prof. Krzemiński. – To chyba najbardziej optymistyczny wniosek
z naszych badań, bo daje nadzieję na trwałą zmianę postaw społecznych w
przyszłości – dodaje.
Rzeczywiście, aż 53 proc. respondentów
uznaje, że
rodzina „zdecydowanie" albo „raczej akceptuje” ich
homoseksualizm. Z
całkowitym odrzuceniem wśród najbliższych spotkało się tylko 5 proc.
ankietowanych. Tendencję potwierdza psychoterapeutka Agata
Engel-Bernatowicz. – Kiedy dwanaście lat temu zaczynałam pracę z osobami
homoseksualnymi, jakieś 60 proc. pacjentów postrzegało swoją orientację
jako życiową tragedię. Popadali w rozpacz, nie widzieli perspektyw na
szczęśliwe życie. Teraztakich osób już właściwie nie spotykam, nikt nie
traktuje swojego homoseksualizmu jak choroby – mówi Engel-Bernatowicz.
–
Oczywiście, w trakcie pracy terapeutycznej uwewnętrzniona homofobia daje
o sobie znać, bo wdrukowywane przez lata stereotypy tkwią głęboko, także
wśród samych gejów i lesbijek – dodaje. Wszyscy eksperci zgodnie też
podkreślają, że zasadnicza rewolucja w podejściu do osób homoseksualnych
zachodzi w pokoleniu dwudziestokilkulatków. – Ich już nawet nie śmieszą
homofobiczne żarty – zauważa Engel-Bernatowicz.
Jedyną
dziedziną życia,
w której pod tym względem w ciągu ostatniego dwudziestolecia nie zaszły
większe zmiany, jest polityka.Kiedy w 1991 r. wiceminister zdrowia
Kazimierz Kapera w „Wiadomościach" TVP nazwał homoseksualistów
„grupą,
która w naszym pojęciu jest zboczona”, ówczesny premier Jan Krzysztof
Bielecki natychmiast go zdymisjonował. Cztery lata temu politycy
współrządzącej Ligi Polskich Rodzin najnormalniej w świecie zgłaszali
postulaty zbadania przez prokuraturę powiązań organizacji gejowskich z
siatką pedofilów oraz agenturą obcych państw (poseł Wojciech
Wierzejski), usuwania z zawodu nauczycieli, którzy przyznają się do
homoseksualnej orientacji (wiceszef MEN Mirosław Orzechowski), a nawet
seksualnej lustracji autorów szkolnych lektur (wicepremier Roman Giertych).
– Atmosfera powstała w okresie rządów PiS, LPR i Samoobrony przyczyniła
się do wyraźnego nasilenia agresji wobec osób homoseksualnych, co
potwierdziły badania ankietowe – twierdzi prof. Krzemiński. –
Wygrana
Platformy Obywatelskiej poprawiła tę sytuację, ale niestety nie
wprowadziła na forum publiczne rzeczowej debaty na temat postulatów
środowisk homoseksualnych. PO, choć uważana czasem za partię liberalną,
nie zrobiła w tej dziedzinie nic pozytywnego poza usunięciem języka
nienawiści – dodaje profesor.
Rzeczywiście, choć po LPR nie
ma już w
polskim Sejmie śladu, w programach wyborczych najważniejszych partii
politycznych oraz kandydatów na prezydenta próżno szukać jakichkolwiek
elementów odnoszących się do praw mniejszości seksualnych.– Jeśli chodzi
o Jarosława Kaczyńskiego, kieruje się on zasadą: „tolerancja tak,
afirmacja nie" – tłumaczy Paweł Poncyljusz, rzecznik prasowy sztabu
kandydata PiS. Dodając, że jego ugrupowanie nie widzi potrzeby zmian w
przepisach regulujących położenie gejów i lesbijek. Nieco bardziej
otwartą postawę prezentuje kandydat PO Bronisław Komorowski.
– W Polsce
nie ma społecznego przyzwolenia na adopcję dzieci przez pary
homoseksualne, więc dyskusja na ten temat jest jałowa. Jeśli chodzi o
zabezpieczenie materialne osób żyjących w takich związkach, w moim
przekonaniu istniejące przepisy dają taką możliwość. Natomiast kwestie
takie jak prawo odwiedzin w szpitalu mogłyby się stać się przedmiotem
wprowadzenia dodatkowych uregulowań – ocenia w rozmowie z
„Wprost"
Komorowski.Mniej dyplomatyczny jest jego partyjny kolega, Jarosław
Gowin. – Jestem przeciwny przyznawaniu mniejszości homoseksualnej w
Polsce praw, które obowiązują w Europie Zachodniej. Należy utrzymać w
tej dziedzinie status quo – tłumaczy.
W Polsce nie ma też ciągle żadnego polityka, który publicznie przyznałby
się do orientacji homoseksualnej. Pod tym względem pozostajemy daleko w
tyle za innymi krajami. Niemcy, w których homoseksualizm był
przestępstwem jeszcze w 1969 r. (Polska zniosła penalizację
homoseksualizmu w 1932 r. jako jeden z pierwszych krajów w Europie!),
mają dziś homoseksualnego wicekanclerza i szefa MSZ (Guido Westerwelle),
burmistrza Berlina (Klaus Wowereit), chadeckiego burmistrza Hamburga
(Ole von Beust). W ubiegłym roku fotel szefa islandzkiego rządu zajęła
Jóhanna Sigurðardóttir, pierwsza otwarta lesbijka na tak wysokim
stanowisku. A kilka tygodni temu w pierwszej zorganizowanej na Litwie
paradzie gejów i lesbijek Baltic Pride wziął udział Rokas Žilinskas z
konserwatywnej Partii Wskrzeszenia Narodowego, który przy okazji
ujawnił, że jest gejem. – Dziwne, że na Litwie jest to możliwe, a w
Polsce ciągle nie – mówi Tomasz Szypuła. Jego zdaniem to się jednak
niedługo zmieni. – Przypuszczam, że pierwszy polityk, który otwarcie
powie o sobie, że jest gejem, pojawi się w Polsce już w przyszłej
kadencji Sejmu – mówi. Zgadza się z nim Robert Biedroń, działacz
gejowski, który w 2005 r. bezskutecznie startował do Sejmu z list SLD. –
Z parlamentarzystów będących gejami i lesbijkami można by spokojnie
stworzyć koło poselskie, a może nawet klub parlamentarny. Pierwszy
coming out w świecie polityki to kwestia paru miesięcy, a najdalej kilku
lat – ocenia.
Jacek Kurski (PiS) nie kryje, że wcale za taką
sytuacją
nie tęskni. – Z prawa wielkich liczb wynika, że w PiS muszą być geje,
ale osobiście nie znam żadnego – mówi. Pytany, czy wyobraża sobie, by w
Polsce na wysokim stanowisku pojawił się gej, odpowiada krótko: – Na
szczęście u nas długo tak nie będzie.
Współpraca: Iga Nyc
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|