Ta kampania miała być inna niż wszystkie. Po katastrofie pod
Smoleńskiem i żałobie wiele mówiono o tym, że polityka w Polsce się
zmieni. „Grubej kreski tym razem nie będzie" – ostrzegał Zdzisław
Krasnodębski w „Rzeczpospolitej". Centralną postacią stał się Jarosław
Kaczyński wspierany współczuciem Polaków oraz zaangażowaną liryką poetów
i publicystów prawicowych. Wydawało się nieuchronne, że Polska wykona
kolejny krok w prawo. I to bez otwartego sprzeciwu – w atmosferze
szantażu moralnego, któremu w większości podporządkowały się niemal
wszystkie media.
REKLAMA
Przestrzegano się nawzajem, że nie należy oczekiwać
trwałej poprawy zachowania polityków wobec siebie, choć wszyscy to
deklarowali. Nieuchronne w polityce konflikty pojawiały się w otoczeniu
powszechnych wezwań do zachowania odpowiedniej kultury sporu. W efekcie
można było odnieść wrażenie, że między głównymi siłami politycznymi
„trwa zażarta walka o pokój". Nawet dotąd najbardziej konsekwentni
gubili się w sprzecznościach. Adam Michnik obiecywał przewertować swoje
teksty i sprawdzić, czy gdzieś nie wypowiedział się za ostro o zmarłym
prezydencie. Wyników remanentu nie podano, ale chyba żadnych sformułowań
nie zweryfikowano jako przesadnych, bo obawy przed recydywą IV RP
powróciły na wiele dni, zanim „prawie Putin" z PiS w ogóle otworzył
usta. Nie przeszkodziło to Michnikowi podpisać się pod listą komitetu
wyborczego Jarosława Kaczyńskiego, choć późniejsze wyjaśnienia mówiące o
przywiązaniu do demokracji nie tłumaczyły, jak w imię demokracji można
podpisywać się pod listą autora „pełzającego zamachu stanu". Czy słynący
z doskonałej intuicji politycznej naczelny „Gazety Wyborczej" już
wówczas przewidział, że jego wieloletni oponent zdejmie klątwę z
postkomunizmu, a nawet przelicytuje Michnika, tytułując polskim patriotą
Edwarda Gierka? Niespodziewanych zamian ról było zresztą znacznie
więcej: Andrzej Wajda ogłaszał „wojnę domową", posłowie PiS hipisowali,
Platforma poparła KRUS... Komorowski popełniał gafę za gafą, a Kaczyński
uważał na to, co mówi. Mimo to jestem pewien, że nic z tej kampanii
prezydenckiej nie zapamiętamy. „Zgoda buduje" i „Polska jest
najważniejsza" – czyli wyborcze hasła dwóch najważniejszych konkurentów
– to wyrazy niemocy. W 1995 r. Aleksander Kwaśniewski nie tylko
zwyciężył w wyborach, ale narzucił język polityczny, który dominował
przez całą późniejszą dekadę: „Wybierzmy przyszłość", zasypmy podziały
historyczne, bądźmy pragmatyczni. Później Lechowi Kaczyńskiemu udało się
podzielić Polskę na liberalną i solidarną. W tegorocznych wyborach
graliśmy w grę „znajdź pięć szczegółów, którymi się różnią”. Nie mogąc
znaleźć ich w wypowiedziach i wizerunkach budowanych na użytek kampanii,
sięgano do znanego repertuaru z przeszłości. Wypominano Kaczyńskiemu
samobójstwo BarbaryBlidy, kompromitujących koalicjantów, Macierewicza.
Próbowano ożywić mit o modernizacyjnym potencjale PO. Jednak kandydaci
uparcie nie chcieli się wpasować w te kategorie. Kaczyński ogłosił, że
nie jest już Kaczyńskim, i zastawił się Kluzik-Rostkowską i
Poncyljuszem. Komorowski opowiadał o swoim hrabiowskim rodowodzie,
piątce dzieci i chwalił się żoną sprawnie podającą zupę.
Prawica zjada ogon
Ta kampania miała być inna niż wszystkie. Po
katastrofie pod
Smoleńskiem i żałobie wiele mówiono o tym, że polityka w Polsce się
zmieni. „Grubej kreski tym razem nie będzie" – ostrzegał
Zdzisław
Krasnodębski w „Rzeczpospolitej". Centralną postacią stał się
Jarosław
Kaczyński wspierany współczuciem Polaków oraz zaangażowaną liryką poetów
i publicystów prawicowych. Wydawało się nieuchronne, że Polska wykona
kolejny krok w prawo. I to bez otwartego sprzeciwu – w atmosferze
szantażu moralnego, któremu w większości podporządkowały się niemal
wszystkie media. Przestrzegano się nawzajem, że nie należy
oczekiwać
trwałej poprawy zachowania polityków wobec siebie, choć wszyscy to
deklarowali. Nieuchronne w polityce konflikty pojawiały się w otoczeniu
powszechnych wezwań do zachowania odpowiedniej kultury sporu. W efekcie
można było odnieść wrażenie, że między głównymi siłami politycznymi
„trwa zażarta walka o pokój". Nawet dotąd najbardziej konsekwentni
gubili się w sprzecznościach. Adam Michnik obiecywał przewertować swoje
teksty i sprawdzić, czy gdzieś nie wypowiedział się za ostro o zmarłym
prezydencie. Wyników remanentu nie podano, ale chyba żadnych sformułowań
nie zweryfikowano jako przesadnych, bo obawy przed recydywą IV RP
powróciły na wiele dni, zanim „prawie Putin" z PiS w ogóle otworzył
usta.
Nie przeszkodziło to Michnikowi podpisać się pod listą
komitetu
wyborczego Jarosława Kaczyńskiego, choć późniejsze wyjaśnienia mówiące o
przywiązaniu do demokracji nie tłumaczyły, jak w imię demokracji można
podpisywać się pod listą autora „pełzającego zamachu stanu". Czy
słynący
z doskonałej intuicji politycznej naczelny „Gazety Wyborczej" już
wówczas przewidział, że jego wieloletni oponent zdejmie klątwę z
postkomunizmu, a nawet przelicytuje Michnika, tytułując polskim patriotą
Edwarda Gierka? Niespodziewanych zamian ról było zresztą znacznie
więcej: Andrzej Wajda ogłaszał „wojnę domową", posłowie PiS
hipisowali,
Platforma poparła KRUS... Komorowski popełniał gafę za gafą, a Kaczyński
uważał na to, co mówi.
Mimo to jestem pewien, że nic z tej
kampanii
prezydenckiej nie zapamiętamy. „Zgoda buduje" i „Polska jest
najważniejsza" – czyli wyborcze hasła dwóch najważniejszych
konkurentów
– to wyrazy niemocy. W 1995 r. Aleksander Kwaśniewski nie tylko
zwyciężył w wyborach, ale narzucił język polityczny, który dominował
przez całą późniejszą dekadę: „Wybierzmy przyszłość", zasypmy
podziały
historyczne, bądźmy pragmatyczni. Później Lechowi Kaczyńskiemu udało się
podzielić Polskę na liberalną i solidarną. W tegorocznych wyborach
graliśmy w grę „znajdź pięć szczegółów, którymi się różnią”. Nie
mogąc
znaleźć ich w wypowiedziach i wizerunkach budowanych na użytek kampanii,
sięgano do znanego repertuaru z przeszłości. Wypominano Kaczyńskiemu
samobójstwo BarbaryBlidy, kompromitujących koalicjantów, Macierewicza.
Próbowano ożywić mit o modernizacyjnym potencjale PO. Jednak kandydaci
uparcie nie chcieli się wpasować w te kategorie. Kaczyński ogłosił, że
nie jest już Kaczyńskim, i zastawił się Kluzik-Rostkowską i
Poncyljuszem. Komorowski opowiadał o swoim hrabiowskim rodowodzie,
piątce dzieci i chwalił się żoną sprawnie podającą zupę.
Z
zapowiadanego
starcia gigantów nic nie wyszło, bo i wyjść nie mogło. Już przed
pierwszą turą wiadomo było, że wielkiego zwycięzcy w niej nie będzie.
Ostatnie dwa lata rządów PO z Lechem Kaczyńskim jako prezydentem mimo
wszystko były czasem PO, a jedyna bezpośrednia zmiana może być taka, że
zamiast głównie PO będzie tylko PO. Jeżeli kampania ta coś zmieniła,
czegoś jednak nas nauczyła, to nie ma to związku z tym, kto zwyciężył.
Zamiana języków
Niemal za dogmat od lat uchodzi przekonanie, że polskie
społeczeństwo
jest szczególnie konserwatywne i politycy muszą się z tym liczyć. Tym
razem jednak konserwatywni kandydaci zdawali się zakładać, że elektorat,
o który walczą, jest mniej konserwatywny od nich. Starali się unikać
jasnych odpowiedzi na pytania światopoglądowe, natychmiast zmieniali
temat i robili wszystko, by przesunąć ciężar kampanii w stronę
ogólnikowych zapewnień o rozwoju, zgodzie i umiłowaniu Unii
Europejskiej. Zamiast Palikota zniknął Gowin.
Natomiast media
usiłowały
narzucić tematy, które jeszcze parę lat temat wydawałyby się wręcz
egzotyczne: stosunek do zwierząt, związki partnerskie, parytety, in
vitro. Wróciły na scenę polityczną nawet hasła zerwania konkordatu,
rozdziału państwa i Kościoła. Okazało się, że z takimi hasłami można już
występować w kampanii wyborczej, nie narażając się na całkowitą
marginalizację. Co ciekawsze, zmiana ta ujawniła się po fali
religijno-patriotycznych uniesień związanych z żałobą po smoleńskiej
katastrofie. W końcu jednak katastrofa okazała się po prostu katastrofą,
a nie ubogacającym narodowym przeżyciem fundującym nowy porządek
wartości – jak oczekiwali tego krajowi mesjaniści. Wielkie emocje
zmęczyły Polaków i nie spełniły się czarne scenariusze tanatopolityki.
Podobnie jak wcześniej, gdy rozwój środowisk prawicowych w latach 90.
umożliwił po 2005 r. dominację dwóch prawicowych partii w Polsce, tak
wysiłki środowisk lewicowych szybko rozwijających się w ostatnich latach
doprowadziły do wprowadzenia z zewnątrz na agendę największych partii
tematów stricte lewicowych. Kandydat SLD ukuł sobie z nich program
wyborczy, kandydat Platformy zmuszony był nauczyć się ich na pamięć, a
kandydat PiS głośno je przemilczeć. Po raz pierwszy od lat, w wyniku
zmęczenia jałowym sporem dwóch prawic, uprawomacniać zaczął się w samym
centrum życia politycznego język lewicowy, nawet jeśli dla całej klasy
politycznej jest to wciąż język obcy. Bardziej przydał się Grzegorzowi
Napieralskiemu niż poparcie najbardziej znanych polityków z jego własnej
partii. Poza tym wystarczyło nie być Kaczyńskim ani Komorowskim, żeby
wywołać zainteresowanie.
Monokultura tej samej od dwóch dekad
klasy
politycznej zaczęła owocować coraz bardziej dziwacznymi zjawiskami,
których apogeum przypadło na ostatnią kampanię prezydencką. Stronnictwa,
które funkcjonują od czasu wprowadzenia w 2001 r. ustawy o finansowaniu
partii z budżetu de facto jako jednoosobowe spółki skarbu państwa, stały
się areną selekcji negatywnej wokół lidera, który decyduje o listach
wyborczych i pieniądzach na kampanię. Gdy zaczęły kończyć się możliwości
wymieniania się ludźmi między głównymi siłami politycznymi (R. Sikorski,
Z. Gilowska, A. Czuma, B. Borusewicz, N. Rokita, A. Mężydło, P.
Zalewski, D. Hübner, M. Krzaklewski i wielu, wielu innych), wydawało
się, że politykom PiS i PO została już tylko jedna możliwość: zamienić
się na języki. W ten sposób poznaliśmy pokojową wersję PiS i bojową
Platformy. Zwolennicy kandydata „Zgoda buduje" pisali głównie
teksty o
„dwóch Polskach", podkreślając, że są one nie do pogodzenia i
trzeba
koniecznie zdecydować się na jedną. Obóz kandydata, który jeszcze
niedawno odcinał się od postkomuny, od KPP, od ZOMO, od III RP, wysyłał
na wszystkie strony znak pokoju, a przebrany za pacyfistę Marek Migalski
tłumaczył PiS jako „peace".
Gdy oba prawicowe obozy nie
potrafiły
zaproponować Polakom niczego nowego, polska prawica, żeby żyć, zaczęła
zjadać swój ogon. Gdy Platforma wprawiała w osłupienie neoliberalnych
dziennikarzy, rzucając na lewo i prawo obietnicami socjalnymi, PiS
wystawiał na pośmiewisko swoich najwierniejszych publicystów, ogłaszając
koniec postkomuny. A nawet pamięci historycznej, skoro okazało się, że
lata 70. były dobrym czasem dla opozycji, bo nie wsadzano jej do
więzień. Ekspresowe pojednanie historyczne Jarosława Kaczyńskiego
zostało natychmiast odnotowane, ale dopóki trwała kampania, nie
zastanawiano się publicznie nad konsekwencjami zaskakującego ruchu
Kaczyńskiego. A mogą być bardzo daleko idące. Wielu prawicowym
środowiskom, które latami budowały swoją tożsamość na
antykomunizmie,nagle podcięto skrzydła. Z dnia na dzień fundamentalnie
zmienił się kontekst działania dla tak ważnej w dotychczasowej polityce
instytucji jak IPN. Nagle zniknęło wiele kluczowych dla prawicy tematów:
od dekomunizacji przez lustrację po WSI. Takie debaty jak po publikacji
książek Gontarczyka i Cenckiewicza albo Zyzaka o Wałęsie, a także dzika
lustracja wypełniająca latami łamy gazet prawicowych, są dziś trudne do
wyobrażenia poza niszą, bo zabraknie im adwokatów na scenie politycznej.
Kaczyńskiemu nie udało się zlikwidować postkomunizmu, natomiast
prawdopodobnie udało się pogrążyć antykomunistów. Dodajmy, że w kłopocie
znaleźli się także ci, którzy ostatnie kilkanaście lat swojej
publicystyki poświęcili głównie krytyce kolejnych wersji lustracji i
dekomunizacji. O czym teraz będą pisać?
Prawica zmiękła
Jeśli nawet spora część prawicy zdążyła przerzucić swoją
nienawiść z
postkomunizmu na feminizm albo inne prądy progresywne, to ostateczne
zerwanie z „podziałem postkomunistycznym" będzie działało na rzecz
umiejscowienia głównego sporu politycznego w Polsce między prawicą i
lewicą. Jedna z najważniejszych barykad w polskiej polityce została
przesunięta w kierunku osi bardziej zachodnioeuropejskiej. To z
pewnością największa zasługa Jarosława Kaczyńskiego dla integracji
Polski z Europą. Jeśli „antysemityzm jest socjalizmem idiotów", to
analogiczną rolę odgrywał temat lustracji w Polsce po ’89 roku.
Frustracje gorzej sytuowanej części społeczeństwa przyzwyczajono się w
Polsce rozładowywać nie przez konfrontację obecnych w nim sprzecznych
interesów ekonomicznych za pośrednictwem wymiany różnych poglądów na
politykę gospodarczą, ale właśnie przez tłumaczenie problemów
społecznych krecią robotą agentów, brakiem rozliczeń, „szarą
siecią",
„układem” itp. Jeśli dziś stało się to niemożliwe albo
trudniejsze,łatwiej będzie wyartykułować spór różnych poglądów na
gospodarkę. Populizm rodzi się tam, gdzie spór taki jest zablokowany i
można żerować na ludzkich frustracjach, podstawiając im mitologiczne
wytłumaczenia. Być może w Polsce właśnie populizm zaczął umierać.
Jeśli
populizm IV RP alienował polską klasę polityczną od społeczeństwa, to
także dlatego, że wprowadzał w trans swoich przeciwników. Straszenie
Jarosławem Kaczyńskim dla sporej części polskich elit stało się znakiem
rozpoznawczym. Gdy Kaczyński wszystkie polskie problemy tłumaczył
układem, jego przeciwnicy wszystkie polskie problemy tłumaczyli
Kaczyńskim. Ta kampania pokazała, że strach przed „recydywą IV RP"
zanika. Szczególnie w młodym pokoleniu, które odrzuca Kaczyńskiego, ale
nie do tego stopnia, by dać się popchnąć zaraz w ramiona Bronisława
Komorowskiego.
Te trzy zjawiska: uprawomocnienie tematów
lewicowych
wprowadzonych do debaty publicznej przez ruchy społeczne, unieważnienie
sporu o postkomunizm, a także znużenie konfliktem dwóch prawic wokół IV
RP, otwierają w najbliższych latach przed lewicą nowe perspektywy, zaś
prawicę zmuszają do refleksji nad utratą inwencji i inicjatywy w
polityce. Od dawna dyskutowano w Polsce nad możliwością przełomu
antykonserwatywnego. Trudno kolejne zwycięstwo prawicy nazwać takim
przełomem, ale już dziś – jak pisała Kinga Dunin – „coś
drgnęło", scena
polityczna powoli zaczęła przesuwać się w lewą stronę. Język
neoliberalnych sloganów został zastąpiony socjalnymi obietnicami bez
pokrycia. Bez pokrycia, bo w tym zakresie praktyka obu prawicowych
ugrupowań niewiele się różni. Tradycjonalizm przestał być powodem do
dumy. Nacjonalizm przybrał twarz folklorystycznych zespołów. Nawet jeśli
w tej chwili jest to tylko zasłona dymna rozsnuta w wyniku studiowania
sondaży, to atmosfera się zmieniła. Prawica zmiękła. Zachowuje się,
jakby zaczęła się wstydzić samej siebie.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|