Nicolas Sarkozy zagroził odbieraniem obywatelstwa,
jeżeli Francuzi
obcego pochodzenia dopuszczą się ciężkich przestępstw przeciwko
wartościom i symbolom Republiki Francuskiej. Zwłaszcza czynnej napaści
na policjanta lub żandarma. Prezydent nie pozostawił wątpliwości, komu
grozi. 31 lipca w Grenoble powiedział: – Nie możemy się uporać ze
skutkami 50 lat niedostatecznie kontrolowanej imigracji…
Przed
półwieczem wyzwalały się afrykańskie kolonie. Od tej pory w metropolię
uderza ludzka fala zza Morza Śródziemnego. Nie udało się jej zatamować
ani skanalizować. Radykalne restrykcje mają jej odebrać impet. Jeśli
ucierpi przy tym prawo – tym gorzej dla prawa. Bowiem, jak mówi Sarkozy,
„na narodowość francuską trzeba zasłużyć, trzeba się okazać jej
godnym".
Pomysły prezydenta popiera zdecydowana większość
Francuzów, w tym także
sympatyków lewicy – pokazały to wyniki sondażu instytutu IFOP ogłoszone
w ostatni czwartek.
Francuz na pół etatu Konstytucjonaliści są
kategoryczni: to zamach na ustawę zasadniczą.
– Do
wcielenia w życie pomysłu Sarkozy’ego wiedzie tylko jedna droga: zmiana
albo uchylenie pierwszego artykułu konstytucji z 1958 r. – mówi
Dominique Rousseau, profesor prawa z Uniwersytetu Montpellier. Ten
artykuł jest pierwszy nie z przypadku. Gwarantuje równość wobec prawa
wszystkich obywateli, bez względu na wyznanie, rasę i – właśnie –
pochodzenie. Identyczną zasadę zawiera Powszechna Deklaracja Praw
Człowieka z 1948 r. Wprowadzenie osobnych przepisów dla pewnej grupy
obywateli oznacza pogwałcenie tej zasady.
Prawo, oczywiście,
można
zmieniać, zwłaszcza gdy ma się w parlamencie większość – jak prezydencka
partia UMP (Unia na rzecz Ruchu Ludowego). Największe kontrowersje budzi
to, że Sarkozy chce odstąpić od reguł ideowych, które w Republice
Francuskiej wydawały się nienaruszalne. Żaden jej prezydent nie poważył
się na zaglądanie obywatelom w metryki. Co bowiem miałoby oznaczać obce
pochodzenie? Od którego pokolenia przestaje być widoczna taka – jak
wypada rozumieć – skaza? Przecież korzenie co czwartego Francuza sięgają
poza granice kraju.
– Można dyskutować o zasadach
przyznawania
francuskiego obywatelstwa; można je uściślać, zaostrzać… Ale od chwili,
gdy ktoś Francuzem zostaje, jest nim w taki sam sposób jak wszyscy inni
– mówi z pasją filozof Bernard-Henri Lévy. – Nie można być
Francuzem w
zawieszeniu, w okresie próbnym, na pół etatu; nie ma obywateli
półfrancuskich…
Swego czasu wódz Frontu Narodowego
Jean-Marie Le Pen
zapowiadał administracyjno-prawne horrory. Po dojściu do władzy
zamierzał zweryfikować negatywnie wstecz przynajmniej kilkaset tysięcy
aktów naturalizacji, które ze śniadych i z czarnych imigrantów uczyniły
Francuzów. Nie obywateli Francji, tylko właśnie Francuzów tout court. To
ważne uściślenie. Bo chociaż w „Marsyliance" wciąż wzywa się do
broni
„obywateli", kategoria „obywatelstwa” została we
Francji wchłonięta
przez bardziej integrujące i bardziej zobowiązujące pojęcie
„narodowości”. Dlatego nikt tu nie powie np. „obywatel
francuski
narodowości polskiej” albo „Algierczyk z francuskim
paszportem”. Mając
taki glejt, jest się po prostu Francuzem. Nawet podstawowy dokument
tożsamości – carte nationale d’identité – wiąże jego
posiadacza z
narodem. We Francji dowód jest narodowy, nie osobisty.
Atomowe odstraszanie
–
Odebrać komuś narodowość [obywatelstwo] to jak odebrać nazwisko. To
zamach na sferę prywatności, a nawet intymności – uważa prof. Dominique
Rousseau. A przecież weFrancji taka możliwość istnieje; przewiduje ją
kodeks cywilny. Przypadki są ściśle określone: zdrada państwa, działanie
na rzecz wrogiego mocarstwa lub ze szkodą dla żywotnych interesów
Francji, od kilkunastu lat też terroryzm. Stosowny dekret wydaje rząd po
zasięgnięciu opinii Rady Stanu. W ciągu ostatnich 20 lat Francja
zastosowała tę procedurę wobec 21 osób, m.in. kilku samozwańczych imamów
nawołujących do dżihadu, a także fundamentalistów islamskich, którzy
usiłowali się do tych apeli zastosować. Nie wszyscy zostali z Francji
wydaleni.
Patrick Weil, historyk specjalizujący się w problemach
imigracji, porównuje możliwość pozbawienia obywatelstwa z posiadaniem
arsenału atomowego. – Celem jest odstraszanie, a nie używanie –
mówi.
Samo przywołanie tej sankcji przez Sarkozy’ego nie było niczym zdrożnym.
Nie podniosłyby się głosy obu-
rzenia i protestu, gdyby prezydent obwieścił rozszerzenie wykładni prawa
na przypadki napaści na policjantów, jak wcześniej to się stało z
terroryzmem. On jednak wskazał całą społeczność, owych „Francuzów obcego
pochodzenia" jako kandydatów do utraty obywatelstwa. Współczesna
historia Francji zna tylko jeden podobny przypadek. Reżim Vichy
potraktował tak 15 tys. osób, z czego połowę stanowili Żydzi. – Pod
rządami Sarkozy’ego prawica republikańska sprzeniewierza się swym
wartościom – ubolewa Weil.
Atak na Romów
Prezydent i jego ministrowie: spraw wewnętrznych Brice Hortefeux oraz
imigracji i integracji Eric Besson, mają jeszcze inne pomysły. Już we
wrześniu pod obrady Zgromadzenia Narodowego ma trafić projekt ustawy
przewidujący pozbawienie obywatelstwa osób za łamanie prawa
będą pozbawiane obywatelstwa? Pomysł Sarkozy’ego popiera większość
Francuzów. Na zdjęciu: ewakuacja rodzin imigrantów po pożarze kilku
kamienic w Paryżu „obcego pochodzenia" również za przestępstwa
niewolnictwa i handlu ludźmi, poligamię, a także za praktykowanie
obrzezania kobiet. Kary więzienia mają grozić rodzicom, których
nieletnie dzieci popadają w konflikt z prawem. Będzie to już 18. ustawa
dotycząca bezpieczeństwa przyjęta przez parlament od 2002 r., czyli od
czasu, gdy Nicolas Sarkozy (najpierw jako szef MSW) tą sferą zajmuje się
szczególnie intensywnie. Osobiście, chciałoby się powiedzieć. Jego
metoda jest niezmienna, bo i motywacja pozostaje stała – na rosnące
zagrożenia większe obostrzenia. Sankcja, nie prewencja. I wybieranie
szczególnego celu.
Jako się rzekło, prezydent przedstawił swoje
koncepcje w Grenoble dwa tygodnie po zamieszkach na kolorowych,
imigranckich peryferiach tego miasta. Także w połowie lipca swój lokalny
bunt podnieśli (w centrum kraju) Romowie. Sarkozy rozpoczął ofensywęnie
od strofowania czarnych i Arabów, lecz od bezprzykładnego napiętnowania
społeczności romskiej. Zwołał specjalną naradę na ten temat,
zapowiedział likwidację nielegalnych obozowisk romskich oraz deportację
do Rumunii i Bułgarii nomadów z tych krajów.
– Wobec żadnej
innej
społeczności Sarkozy nie odważyłby się zachować w podobny sposób –
twierdzi Bernard-Henri Lévy.
Odesłać
prezydenta na Węgry
Czym tłumaczyć takie postępowanie Sarko zy’ego? Francuska lewica uważa,
że wszystko, co robi obóz rządzący, to manewry przed wyborami
prezydenckimi w 2012 r. A antyrepublikańskie pomysły to zasłona dymna,
za którą mają zniknąć obciążające prezydenta skandale finansowe.
Ofensywa przeciwko rodzinom imigrantów, podszyta ksenofobią i rasizmem,
ma umożliwić odzyskanie elektoratu skrajnej prawicy. Istotnie,
ultranacjonalistyczny Front Narodowy obawia się takiego obrotu rzeczy i
powtarza, że Sarkozy kradnie jego pomysły. – Myśmy tę piosenkę nagrali
już dawno, on śpiewa z naszego playbacku – szydzi Marine Le Pen,
pierwsza po ojcu we Froncie Narodowym.
Żadne to odkrycia; trudno
sądzić,
by Sarkozy się nimi przejmował. Jak niesie wieść z okolic Pałacu
Elizejskiego, inaczej jest z diagnozami z pogranicza psychoanalizy,
jakie ogłosiło ostatnio kilku publicystów (lewicujących, ma się
rozumieć). Prezydent reaguje na nie ponoć bardzo nerwowo. Wyłania się z
nich bowiem portret neofity, chorobliwie ambitnego Francuza w pierwszym
pokoleniu – w dodatku narcyza – który koniecznie chce być w swej
francuskości wzorowy. Trochę jak bohater „Obietnicy poranka"
Romaina
Gary’ego przygotowywany przez matkę od dzieciństwa, przy wtórze drwin
sąsiadów z wileńskiej Wielkiej Pohulanki, do „bycia wybitnym
Francuzem"
jak do życiowej roli.
Bruno Roger-Petit zastanawia się, czy Sarko
tej
roli sprostał. Czy skoro nie ma we krwi francuskiej historii i tradycji,
doświadczeń pokoleń, lektur, które się zna bez czytania, skoro nie wie,
co to znaczy czerpać siłę z kojącego widoku dzwonnic francuskich
kościołów – to czy aby jest on prawdziwym Francuzem? Jeżeli zaś wie, że
nie jest i nie będzie, to nic dziwnego, że za cel wybiera sobie tych
jeszcze mniej prawdziwych niż on sam…
A Philippe Boggio
(Włoch z
pochodzenia) nie bawi się w subtelności. Wali na odlew: jeżeli Sarko się
nie opamięta i zamierzy się na konstytucję, będzie go można – jako
łamiącego prawo – pozbawić obywatelstwa. I odesłać Węgrom.