Asia, Asia. W tle słychać było trzaski, a właściwie to głos mojego męża był w tle. Słychać było głos tłumu, krzyk ludzi. Nagranie trwało 2-3 sekundy. Trzaski były krótkie, ostre dźwięki. Tak jakby łamał się wafel lub plastik. Oto wybrane informacje z 57 tomów akt śledztwa smoleńskiego, do których dotarła redakcja „Wprost“.
Zapis śmierci
Szukaliśmy w nich odpowiedzi na najważniejsze pytania
dotyczące katastrofy prezydenckiego tupolewa d Smoleńskiem. Z setek zeznań i
dokumentów wybraliśmy te, które wydają nam się najistotniejsze. te, które
rozwiewają część wątpliwości oraz – jak sądzimy – pokazują
absurdalność wielu pogłosek i insynuacji pojawiających się w niektórych mediach.
Zdecydowaliśmy się na tę publikację, bo opinia publiczna wciąż ma bardzo mało
informacji o śledztwie w sprawie katastrofy. Nie chcemy zastępować ani
prokuratury, ani sądu. Żadnej wersji wydarzeń nie uznajemy za bardziej lub mniej
prawdopodobną. Ta ocena należy do czytelników, a w przyszłości, zapewne, do
niezawisłego sądu. Naszym obowiązkiem było wyłącznie opowiedzieć o tym, co
wiemy.
1. Dlaczego Tu-154 wystartował z opóźnieniem?
Dlatego, że spóźnił się prezydent Kaczyński. Początkowo wylot
był planowany na godzinę 6.30, ale przed 10 kwietnia Kancelaria Prezydenta
poprosiła o opóźnienie startu o pół godziny. Paweł Janeczek, szef ochrony Lecha
Kaczyńskiego, zarezerwował na dojazd na Okęcie piętnaście minut. Limuzyna z
głową państwa miała ruszyć z Krakowskiego Przedmieścia o 6.45.
Lech
Kaczyński nie wyszedł jednak na czas. Z zeznań głównego kierowcy Macieja K.
wynika, że prezydenckie bmw wyjechało z Pałacu dopiero kilka minut po siódmej.
„Pod samolot podjechaliśmy między godz. 7.15 a 7.20" – zeznał
K. Silniki tupolewa już pracowały. Przed maszyną na prezydencką parę czekał szef
Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik, który zgłosił Kaczyńskiemu gotowość do
startu. Prezydent odebrał meldunek i wszedł na pokład. Samolot odleciał o 7.27.
Trudno powiedzieć, dlaczego Kaczyński się spóźnił. Raczej nie
zaspał. Wieczór poprzedzający wylot spędził spokojnie. Był w Belwederze na
spotkaniu ze współpracownikami i u matki w szpitalu przy ul. Szaserów.
„Około godz. 23 dnia 9 kwietnia prezydent powrócił do Pałacu
Prezydenckiego" – opowiedział śledczym kierowca. Z kolei z zeznań
Jarosława Kaczyńskiego wynika, że prezydent już około szóstej był na nogach, bo
o tej godzinie do niego zadzwonił. To był codzienny rytuał, czasem nawet
kilkusekundowy. W stylu: „Część, wstałem już” albo „Wszystko w
porządku? No to dobrze”.
Część rodzin ofiar katastrofy uważa,
że spóźnienie było główną przyczyną katastrofy. „Pośrednio winę za to
nieszczęście ponosi prezydent, oceniłbym, że w 90 proc., a 10 proc. to wina
Rosjan. (…) Piloci działali pod presją czasu, wylatując, byli już
spóźnieni" – stwierdził wdowiec po funkcjonariuszce BOR Agnieszce
Pogródce-Węcławek. To nie do końca sprawiedliwy zarzut, bo godziny wylotu
samolotów z VIP-ami są tylko orientacyjne, samoloty te rzadko wylatują
punktualnie. 27 minut opóźnienia nie jest niczym szczególnym. Dla przykładu:
tupolew, który 7 kwietnia wiózł do Smoleńska Donalda Tuska, miał 50 minut
poślizgu.
2. Czy samolot był dobrze
przygotowany i czy był wyciek z silnika?
Mechanicy zaczęli
przygotowywać tupolewa o czwartej rano. Po godzinie maszyna została wyprowadzona
z hangaru, zjawił się wtedy technik pokładowy, chor. Andrzej Michalak, członek
załogi lecącej do Smoleńska. Dokonano próbnego uruchomienia silników. „Ok.
5.10 Przemysław L. (…) stwierdził, że na środkowym silniku nr 2 jest
drobny wyciek. Polecił przerwanie czynności (…). Podszedłem do niego i
razem sprawdziliśmy, co jest przedmiotem wycieku. Pod silnikiem widać było plamę
wielkości ok. 40 cm, jak później się okazało, plamę wody. Woda ta była
prawdopodobnie pozostałością po myciu samolotu. Fakt ten stwierdziłem poprzez
sprawdzenie lepkości tej cieszy, jej zapachu i jej smaku" – zeznał
mechanik Krzysztof F.
Dwa dni przed wylotem do Smoleńska tupolew był
z premierem w Pradze. Podczas drogi powrotnej w samolot uderzył ptak, który
uszkodził osłonę radaru i zadrapał lakier. Usterkę naprawiono i nałożono nowy
lakier. Potem samolot został umyty. Stąd woda pod silnikiem.
Chor.
Michalak wiedział o kałuży. Był spokojny. „Rozmawiałem dość krótko z chor.
Michalakiem" – zeznał Łukasz M. z obsługi naziemnej samolotu.
„Chwalił się swoim synem, który będzie miał pół roku. Był pogodny, żadnych
oznak zdenerwowania”.
10 kwietnia tupolew wystartował z drobną
usterką: nie działała klimatyzacja. Mechanicy stwierdzili, że to nic groźnego i
można lecieć. Naprawą mieli zająć się po powrocie.
3. Czy gen. Andrzej Błasik siedział za sterami?
Ostatecznej odpowiedzi na to pytanie prokuratorzy jeszcze nie
znają. Faktem jest jednak, że badaniu tej hipotezy poświęcają bardzo dużo
energii: o zwyczaje gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, wypytywali
wszystkich przesłuchiwanych pilotów, ich bliskich, a nawet znajomych. Łącznie
kilkanaście osób.
Wdowa po generale Ewa Błasik w swoich zeznaniach
nazwała tę hipotezę „medialnymi insynuacjami". „Nie dbał o
stanowiska i był bardzo pryncypialny, jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Za dowód
niech służy zachowanie podczas tzw. incydentu gruzińskiego. (…) Był
pogrzeb mojej mamy, ktoś dzwonił do męża, a mąż, stojąc nad trumną, tłumaczył,
że decyzje o lądowaniu podejmuje tylko i wyłącznie dowódca statku (…).
Bronił wówczas racji pilota. W trakcie kolacji żywo dyskutowaliśmy (…),
mąż prezentował pogląd, że tylko pilot może podejmować decyzję dotyczącą
bezpieczeństwa lotu” – powiedziała. Jej zdaniem, nawet jeśli Błasik
10 kwietnia wszedł do kokpitu, to na pewno nie po to, by wywierać presję na
pilotów. Wręcz przeciwnie, pewnie chciał być zderzakiem chroniącym załogę przed
naciskami i pytaniami w stylu: „Czy wylądujemy o czasie?”,
„Czy zdążymy?”.
Z kolei wdowa po Arturze Ziętku, który
był nawigatorem w rozbitym tupolewie, zeznała, że mąż nie narzekał wprawdzie na
atmosferę w pracy, ale na jedno się skarżył – na wspólne loty z generałem.
„Błasik wchodził na pokład (…), po czym mąż zwalniał na polecenie
gen. Błasika miejsce drugiego pilota i gen. Błasik leciał już jako drugi pilot
(…). Taka sytuacja miała miejsce z pewnością kilka razy" –
zeznała.
Pilot jaka-40 Rafał Kowaleczko stwierdził, że Błasik nigdy
nie wywierał presji na pilotów. Jeśli czegoś chciał, to po prostu brał sprawy w
swoje ręce. Dosłownie. „Panie poruczniku, pan siedzi na moim miejscu. Ja
będę leciał" – miał kiedyś usłyszeć od niego Kowaleczko. „Tak
zachowywał się tylko i wyłącznie gen. Błasik. Ja takich sytuacji miałem około
trzech, w tym czasie siedziałem w przedziale pasażerskim. Gen. Błasik kazał mi
opuścić fotel pilota jeszcze przed startem. I siedział na moim miejscu do
momentu lądowania. Takie zdarzenia miały miejsce w 2008 i 2009. Były to loty do
Dęblina i Malborka (…). Inni moi koledzy z jaka-40 też spotykali się z
takim zachowaniem” – zeznał w prokuraturze. Bywało tak, że Błasik
zjawiał się w kokpicie jeszcze przed startem, siadał za sterami, a pilotowi
kazał zostać na ziemi. Kowaleczko przyznaje jednak, że nie słyszał, by generał
zachowywał się w ten sposób także w tupolewach.
Według byłego
dowódcy Wojsk Lądowych gen. Waldemara Skrzypczaka postępowanie Błasika nie było
niczym nadzwyczajnym. Do kokpitu lubili zaglądać także i inni generałowie.
„Takie zachowania wyższych przełożonych z Sił Powietrznych były powszechną
praktyką" – stwierdził.
Wróćmy jednak do załogi z 10
kwietnia. Wszystko wskazuje na to, że piloci tupolewa nie przepadali za
Błasikiem i byli z nim w ostrym konflikcie. Wdowa po techniku Andrzeju Michalaku
dużą część swoich zeznań poświęciła szkoleniu survivalowemu w Zakopanem, do
którego generał „zmusił" żołnierzy z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa
Transportowego. „Zdaniem męża zajęcia z przetrwania w trudnych warunkach
nie miały sensu dla załóg samolotów transportowych, które nie mają szans na
katapultowanie się, a co za tym idzie na przeżycie” – zeznała
Małgorzata Michalak. Według jej relacji kpt. Arkadiusz Protasiuk (dowódca
rozbitego tupolewa) był zwolniony ze szkolenia ze względu na zły stan zdrowia. Z
kolei Michalak i jeszcze jeden z pilotów mogli nie brać udziału w ćwiczeniach
nocnych. „Gen. Błasik miał być bardzo niezadowolony (…). Powiedziano
w trakcie którejś z odpraw, że jeśli nie mają kondycji, to ją sobie wyrobią. Co
też nastąpiło pod postacią forsownych marszów z ciężkimi plecakami po
górach” – zeznała. Błasik miał podejrzewać, że piloci symulują.
Przepytywał nawet lekarza, który wystawił im zwolnienia.
Wdowa po
kpt. Protasiuku: „Z rozmów z mężem wiem, że generał miał trudny charakter,
był rozkazujący i apodyktyczny". Inaczej niż Ewa Błasik opisała też
incydent gruziński. Jej zdaniem generał nie tylko nie bronił wtedy pilotów, ale
wręcz naciskał, by lądowali w Tbilisi.
Nie rozsądzając, kto miał
rację w sprawie szkoleń survivalowych i zwolnień lekarskich, łatwo się jednak
domyślić, że obecność Błasika w kokpicie musiała działać na pilotów deprymująco.
Potwierdzają to zeznania Agnieszki Grzywny, wdowy po drugim pilocie
„tutki". „Wydaje mi się, że mój mąż byłby na tyle silny, że nie
uległby naciskom (…), jednakże taka sytuacja musiałaby być bardzo
obciążającą dla męża” – zeznała Grzywna. Utwierdziła ją w tym
rozmowa z ojcem, emerytowanym żołnierzem. „Powiedział mi, (…) że
gdyby był na miejscu Roberta, to pewnie uległby presji przełożonego”
– przyznała prokuratorom.
Na koniec oddajmy jeszcze głos
wdowie po dowódcy samolotu Magdalenie Protasiuk: „Znając mojego męża, mogę
stwierdzić, że ta sytuacja nie była dla niego korzystna psychologicznie.
(…) Chciałabym wiedzieć, co gen. Błasik robił w kabinie Tu-154".
W podobnym duchu zeznawał przyjaciel Protasiuka, także były pilot
(odszedł z jednostki, bo – jak mówi – bał się o własne życie):
„Nie wiem, co się stało w Smoleńsku, dlaczego doszło do katastrofy. Myślę,
że Arkadiusz był pod bardzo silną presją w czasie tego lotu. Ważność
uroczystości i osoby, które były w samolocie, na pewno zwiększały tę presję.
Niepotrzebna była obecność w kabinie, o ile była, dowódcy Sił Powietrznych.
Jeżeli on tam był, na pewno im nie pomagał, a jedynie przeszkadzał w
koncentracji i podejmowaniu decyzji. Z mojego doświadczenia wiem, że do kabiny
pilotów wchodzili w różnej fazie lotu pasażerowie, pozwalał im na to płk
Pietrzak [Tomasz Pietrzak, były szef 36. SPLT].
4. Kto i kiedy znalazł ciało Lecha Kaczyńskiego?
Znaleźli je Rosjanie o 9.30 czasu polskiego. Wstępnej
identyfikacji dokonali funkcjonariusz BOR Andrzej R. i konsul ambasady w Moskwie
Stanisław Ł. „Rosjanom powiedzieliśmy, że jest to prawdopodobnie ciało
prezydenta, ale nie potwierdziliśmy tego (…). Chcieliśmy mieć kontrolę,
żeby nie zabrali go jako zidentyfikowane. Ciało było bez ubrania, na moją prośbę
przykryto je prześcieradłem" – zeznał R.
5. Czy na miejscu katastrofy doszło do strzelaniny
między BOR-owcami a funkcjonariuszami Federalnej Służby Ochrony?
Polscy funkcjonariusze zaprzeczają. Zaraz po odnalezieniu zwłok
prezydenta konsul Stanisław Ł. poprosił Rosjan o pozostawienie ciała na miejscu
katastrofy. Chodziło o to, by Jarosław Kaczyński, który był już w drodze do
Smoleńska, dokonał oficjalnej identyfikacji zwłok jeszcze na lotnisku.
„Rosyjski prokurator jedynie mówił, że chcą zabrać ciało z polany i złożyć
je z honorami w jakimś godnym miejscu" – relacjonował w prokuraturze
funkcjonariusz BOR Jarosław S. Polacy się na to nie zgodzili. „Nie
wybuchła żadna kłótnia” – zgodnie zeznali wszyscy polscy pracownicy
ochrony.
Zwłoki prezydenta pozostawiono aż do przyjazdu prezesa PiS.
Leżały na plastikowej folii, kilkadziesiąt metrów od wraku.
6. Czy funkcjonariusze BOR w ogóle mieli przy sobie
broń?
To zaskakujące, ale ci, którzy czekali na Kaczyńskiego
w Katyniu, byli nieuzbrojeni. „My, czyli sześcioosobowa grupa
funkcjonariuszy BOR, nie byliśmy wyposażeni w broń służbową (…). W dniu 5
kwietnia otrzymaliśmy informację, że służby rosyjskie nie wyrażają zgody na wwóz
i posiadanie przez nas broni służbowej" – zeznał jeden z ochroniarzy
Krzysztof D.
Broń mieli jedynie funkcjonariusze znajdujący się na
pokładzie prezydenckiego tupolewa. Byli uzbrojeni w pistolety typu Glock 17.
7. Jak wyglądała akcja ratunkowa na
miejscu katastrofy?
Prowizorycznie, ale sprawnie.
Czterdzieści pięć minut po uderzeniu samolotu o ziemię na miejscu katastrofy
Rosjanie rozstawili koło wraku stolik, na którym ustawiono karteczkę z napisem
„sztab". Siedzący przy nim mężczyzna prowadził na laptopie ewidencję
znalezionych przedmiotów. Chwilę później zniknęła mgła i wyszło pełne słońce
– dopiero wtedy można było objąć wzrokiem całe wrakowisko.
Teren szybko został oznaczony milicyjną taśmą, zrobiono też dziurę w betonowym
ogrodzeniu, przez którą wjeżdżały wozy strażackie i karetki. Wokół kręcili się
agenci FSB i FSO oraz żołnierze specnazu.
Między godz. 11 a 12
Rosjanie zaczęli wydobywanie ciał. Początkowo pomagało im troje konsulów z
ambasady w Moskwie i trzech BOR-owców. Widok porozrywanych ciał był
przerażający. „Po chwili wróciła jedna z pracownic ambasady i powiedziała,
że nie poradzi sobie tam, na wrakowisku. Zgodziłem się pójść zamiast niej.
Dostałem rękawiczki, kilka toreb i dołączyłem do kolegów" – zeznał
Kazimierz Sz., kierowca BOR. Zwłoki znosili strażacy, fotografowano twarze i
pobierano odciski palców. Zdjęcia robili także polscy funkcjonariusze.
8. Czy wszyscy
pasażerowie zginęli od razu?
Pewności nie ma, ale raczej tak. Kilkadziesiąt minut po wypadku po lotnisku
rozeszła się plotka, że trzy osoby przeżyły. „Dotarła do nas informacja,
że w stanie ciężkim przewieziono je do szpitala" – zeznał
funkcjonariusz BOR Krzysztof D. Plotka miała pochodzić z polskich mediów, które
podały, że z lotniska odjechały trzy karetki. „Okazało się, że nic takiego
nie miało miejsca” – powiedział w prokuraturze R. z Biura Ochrony
Rządu.
W aktach śledztwa znajdują się poruszające zeznania wdowy po
pośle PSL Leszku Deptule, Joanny Krasowskiej-Deptuły. Kobieta twierdzi, że mąż
dzwonił do niej w chwili katastrofy, z czego zostało nagranie na jej poczcie
głosowej. „Między godziną 9 a 9.30 na mój telefon przyszła poczta głosowa,
na której było zarejestrowane nagranie głosu mojego męża, który krzyczał: ?Asia,
Asia?. W tle słychać było trzaski, a właściwie to głos mojego męża był w tle.
Słychać było też głosy ludzi, jakby głos tłumu (…). Nie rozpoznałam słów,
był to krzyk ludzi. Nagranie trwało 2-3 sekundy. Trzaski były krótkie, ostre
dźwięki. Tak jakby łamał się wafel lub plastik plus dźwięk przypominający hałas
wiatru w słuchawce telefonu" – zeznała Krasowska-Deptuła, która
odsłuchała to nagranie dopiero, gdy usłyszała o katastrofie w telewizji. Potem
nagranie się skasowało. Dzień później kobieta poinformowała o wszystkim ABW,
która miała odnaleźć nagranie.
Rozmawialiśmy z wdową po pośle
Deptule. – Jestem na sto procent pewna, że to był głos męża i że nagranie
pochodziło z chwili katastrofy. Niestety, nie znam wyniku ekspertyzy ABW –
mówi.
9.
Czy załoga pułku lądowała już wcześniej w warunkach takich, jak w Smoleńsku?
Tak. Według zeznań Lesława P., byłego pilota Tu-154, niegdyś
pracującego w 36. pułku razem z kpt. Arkadiuszem Protasiukiem, do podobnego
zdarzenia doszło w 2007 roku. „Pamiętam sytuację, że gdy mieliśmy lecieć
po prezydenta do Gdańska, to mogło być jakieś trzy lata temu, również zdarzyło
się nam lądować we mgle. Prezydenta mieliśmy odebrać w poniedziałek rano, a
zapowiadali duże mgły w rejonie lotniska w Gdańsku. Pierwszym pilotem był płk
Pietrzak. Lądowanie odbyło się poniżej minimum, tzw. widzialność pionowa była
niższa niż 60 metrów. W takich warunkach lądowanie jest zabronione. Wówczas płk
Pietrzak przepraszał nas, że narażał nasze życie. (…) Pamiętam też
sytuację podczas jednego z lądowań, że nawigator, podając wysokość samolotu, w
pewnym momencie przerwał podawanie, bo wstał z fotela, co jest niedopuszczalne,
by zobaczyć ziemię. (…) Odszedłem do cywila, ponieważ czułem zagrożenie z
powodu coraz mniejszego wyszkolenia załóg i obawiałem się o własne życie".
Ten sam pilot zeznawał też, że znane są mu przypadki fałszowania dokumentacji po
niebezpiecznych lotach. „Nie wykluczam, że Protasiuk mógł schodzić
samolotem poniżej dozwolonej wysokości. Z mojej pracy wiem, że wielokrotnie
lądowano przy niższej widzialności, tj. poniżej 60 metrów. Wtedy wpisywano
wartość minimalną, by nie narażać się na nieprzyjemności”.
10. Czy w dniu katastrofy obsługa lotniska
Siewiernyj pracowała w pełnym składzie?
Nie. Zgodnie z
wymogami rosyjskiego prawa stację meteorologiczną powinno obsługiwać trzech
pracowników etatowych. „W dniu 10 kwietnia był tylko jeden pracownik, to
znaczy ja" – zeznał Michaił R., naczelnik stacji meteorologicznej
miejscowej jednostki wojskowej. Według jego zeznań, brakowało
kierowcy-obserwatora meteorologicznego i technika meteorologa. Wakat na
stanowisku technika meteorologa jest od 25 listopada 2009 r., natomiast
obserwator meteorologiczny od tygodnia był na zwolnieniu lekarskim. Według
zeznań Michaił R. „wykonywał obowiązki wszystkich trzech
pracowników”.
11. Dlaczego
wiele osób nie widziało ciał na miejscu katastrofy?
Wielu
świadków zdarzenia, którzy tuż po tragedii byli na miejscu katastrofy, a później
nie brali udziału w akcji wydobywania zwłok, zeznawało, że nie widziało ciał
zabitych. Operator TVP Sławomir Wiśniewski, który jako jeden z pierwszych dotarł
do miejsca wypadku (był zakwaterowany w pobliskim hotelu Nowyj i chciał
sfilmować lądowanie polskiego samolotu), początkowo myślał, że rozbity samolot
był pusty. „Nie widziałem żadnych fragmentów ciał. Wokół było błoto"
– zeznawał Radosław S., dziennikarz.
Prawdopodobną odpowiedź
na to pytanie daje znajdująca się w aktach śledztwa relacja strażaka, który
uczestniczył w akcji od samego początku. „W środku wraku było miejsce
?kula?, w której były ludzkie ciała. Te ciała były przemieszane. Samolot jest
„rurą", a jak samolot się odwróci do góry nogami, ludzie odczepiają
się z siedzeniami od podłoża samolotu. Pasy od siedzeń przecinają ludzkie ciała,
a te ciała po uderzeniu samolotu o powierzchnię przyciągane siłą grawitacji
udają się w jedno miejsce”.
Z ekspertyzy Instytutu Medycyny
Sądowej w Moskwie wynika, że przebadano 320 fragmentów zwłok. Daje to obraz, jak
bardzo zmasakrowane były ciała i jak trudne zadanie mieli eksperci.
12. Czy BOR-owcy czekali na prezydenta na
lotnisku?
I tak, i nie. Tak, bo na lotnisku był kierowca
ambasadora w Moskwie Jerzego Bahra. To funkcjonariusz oddelegowany do służby w
Moskwie. BOR-owcy czekający w Katyniu wiedzieli o nim, ale nie zaliczali go do
grupy ochraniającej wizytę prezydenta. Z ich zeznań wynika, że rosyjskie służby
nie zgodziły się na obecność polskiej ochrony na Siewiernym.
13. Czy były przygotowane zapasowe lotniska?
Tak, ale tylko teoretycznie. Plan lotu przewidywał zapasowe
lotniska w Mińsku i Witebsku, ale nikt nie wiedział, jak prezydent miałby
stamtąd dotrzeć do Katynia.
„Przy którymś ze spotkań z
funkcjonariuszami FSO (Federalna Służba Ochrony) padło stwierdzenie, że na
wypadek złych warunków pogodowych FSO jest przygotowana na zabezpieczenie
lądowania na innym lotnisku" – zeznał Krzysztof D. z BOR. Sęk jednak
w tym, że Mińsk i Witebsk leżą na Białorusi. Rosjanie mogliby więc co najwyżej
odebrać Lecha Kaczyńskiego na granicy. Ten obraz dopełnia scena opisana w
zeznaniach Jarosława U., oficera dyżurnego w warszawskiej centrali Biura:
„Był telefon z Centrum Operacji Powietrznych ok. 8.30. Oficer pełniący tam
służbę (…) spytał, czy istnieje możliwość lądowania na lotnisku zapasowym.
Dla nas było to zaskakujące”.
W tym czasie wiadomość o
możliwości lądowania na Białorusi dotarła do urzędnika MSZ Dariusza
Górczyńskiego, który czekał na prezydenta na Siewiernym. Górczyński dowiedział
się o tym od jednego z agentów FSO, który z kolei był w stałym kontakcie z wieżą
kontroli lotów. Plan awaryjny powstawał na gorąco. „Skontaktowałem się z
ambasadorem Henrykiem Litwinem, który był akurat w Polsce. (…) Poprosiłem,
żeby ktoś z ambasady czekał na samolot z prezydentem na lotnisku w Mińsku"
– zeznał Górczyński.
14. Czy
kontrolerzy ze Smoleńska mówili prawdę?
Ich zeznania są
nieścisłe. Polska prokuratura dostała od Rosjan dwa komplety zeznań Pawła
Plusnina (wersja odręczna i maszynopis) i dwa – Wiktora Ryżenki (wersja
odręczna i maszynopis). Wszystkie pochodzą z 10 kwietnia.
Zeznania
Plusnina są bardzo podobne, ale nie identyczne. Na pierwszej wersji wpisano
godziny przesłuchania: 15.30-18. Znajduje się w niej bardzo ważny fragment
dotyczący rozmów z załogą tupolewa: „Zaniżyłem widoczność do 400 m,
ponieważ myślałem, że załoga samodzielnie podejmie decyzję o przekierunkowaniu
się na zapasowe lotnisko i że taka widoczność obudzi czujność samolotu, chociaż
w rzeczy samej widoczność ta mieściła się w granicach 800 m".
Z
kolei według maszynopisu przesłuchanie odbyło się między 16.10 a 18. W tej
wersji brakuje też fragmentu, w którym Plusnin tłumaczyłby powody zaniżenia
widoczności.
Podobnie jest z Ryżenką. Pierwszy protokół to
maszynopis, są na nim godziny: 14-15. Druga wersja jest odręczna. Według niej
przesłuchanie odbyło się między 14 a 16. W drugiej kopii znajduje się też
fragment, którego nie ma w maszynopisie: „Około godziny 7 Plusnin i ja nie
odbyliśmy badań lekarskich, ponieważ w punkcie zdrowia nikogo nie było". Co
więcej, protokół jest pomazany i można się domyślać, że pierwsza wersja tego
zdania brzmiała odwrotnie: „Około godziny 7 Plusnin i ja odbyliśmy badania
lekarskie, w wyniku których stwierdzono, że jestem zdrowy”.
To
nie koniec. Z akt przesłanych przez rosyjską prokuraturę wynika, że dwa dni
później Plusnina dodatkowo przesłuchał polski śledczy płk Ireneusz Szeląg.
Rosjanin powiedział mu, że badania lekarskie przechodził, ale… o 5.10.
Czyli dwie godziny wcześniej, niż wynikałoby to z zeznań Ryżenki.
15. Co załoga
myślała o lotach z prezydentem Kaczyńskim?
Wątek atmosfery
panującej podczas lotów z głową państwa musi być dla śledczych ważny, bo wraca w
przesłuchaniach wielu świadków, którzy wiedzieli, co się działo na pokładzie
prezydenckich maszyn.
„10 kwietnia żona wstała o 3 w nocy,
wyszykowała sobie mundur i niechętnie ale udała się na lotnisko" –
zeznał w prokuraturze wdowiec po funkcjonariuszce BOR. Jego zdaniem żona nie
lubiła latać z Lechem Kaczyńskim. „Główny problem polegał na wiecznym
spóźnianiu się (…). W zasadzie nie zdarzało się, aby prezydent był o
czasie. Prezydent potrafił się spóźnić trzy godziny” – mówił W.
Z akt prokuratury wynika, że lotów z Lechem Kaczyńskim nie lubili piloci
i stewardesy. „Córka lubiła latać z premierem, ministrem Klichem, mniej z
delegacją prezydenta" – zeznała matka jednej ze stewardes. Podobne
wrażenia przekazała prokuratorom wdowa po pilocie: „W poprzedniej kadencji
atmosfera związana z realizacją lotów prezydenckich była lepsza”.
Wszyscy powtarzali, że prezydent spóźniał się najczęściej z wszystkich,
a jego kancelaria była nieprzewidywalna. „Mąż często musiał zmieniać swoje
plany związane z czasem wolnym, by zrealizować oczekiwania Kancelarii
Prezydenta" – zeznała wdowa po pilocie.
16. Czy samoloty dla VIP-ów były bezpieczne?
Nie. Ci, którzy je znali, wiedzieli, że są zaniedbane i
awaryjne. Wiele osób po prostu się ich bało. Wśród nich był na przykład BOR-
-owiec Dariusz Michałowski, który zginął w Smoleńsku. „Mówił mi, że bardzo
się boi (…). Chodziło o to, że wyposażenie samolotów rządowych było gorsze
niż zwykłych samolotów pasażerskich. Przykładowo brakowało masek tlenowych, a
więc w razie dekompresji nie byłoby szansy na przeżycie wszystkich
pasażerów" – zeznała jego partnerka Justyna P., także
funkcjonariuszka BOR.
O ryzyku wiedział też główny pilot tupolewa
kpt. Arkadiusz Protasiuk. „Bywało tak, iż samolot nie powinien być
dopuszczony do lotu, a mimo to musiał nim lecieć. Tak było w przypadku misji
humanitarnej na Haiti. Po wylądowaniu na Dominikanie coś się zepsuło. Media
podawały, że usterkę usunięto, ale tak w istocie nie było" – zeznała
jego żona. Jej słowa potwierdził kpt. Grzegorz Pietruczuk, który był na Haiti
razem z Protasiukiem. „Zepsuł się jeden z trzech bloków odpowiedzialnych
za sterowanie samolotem. Powodowało to niemożność wykonania lotu z użyciem
autopilota. Ręcznie można było sterować” – relacjonował Pietruczuk.
Do tego dochodziły braki kadrowe i przemęczenie pilotów. „Mąż
często po przylocie miał czas tylko, żeby się przespać, po czym zmieniał samolot
z jaka na tupolewa lub odwrotnie i dalej leciał. (…) Czas na odpoczynek
dla pilotów był traktowany niezbyt rygorystycznie" – czytamy w
protokole z przesłuchania wdowy po mjr. Robercie Grzywnie. Jej zdaniem sytuacja
w pułku przypominała „zamawianie taksówki, gdy brakuje taksówkarzy”.
17. Czy piloci tupolewa narzekali,
że są źle wyszkoleni?
Praktycznie wszyscy piloci Tu-154 na to
narzekali. Szczególnie frustrowało ich, że od dwóch lat nie było bardzo –
ich zdaniem – potrzebnych ćwiczeń na symulatorach. Odbywały się one przy
okazji prac remontowych i przeglądów okresowych samolotu w Moskwie. Wiesław F.,
były pilot 36. pułku, oceniał, że chodziło o oszczędności „To my, piloci,
domagaliśmy się tych szkoleń. Dowództwo spoza pułku, które było decyzyjne pod
względem finansowym, było niechętne takim szkoleniom. Odbieraliśmy takie
sygnały, że z Dowództwa Sił Powietrznych przekazywano, że te nasze szkolenia są
zbędne, że nie ma pieniędzy i że jest to pewna ekstrawagancja lub że chcemy
dłużej pobyć w Moskwie". W innym miejscu żołnierz stwierdził: „Ja te
szkolenia oceniam bardzo dobrze. To nam, pilotom zależało, by podczas takich
szkoleń na sesji symulatorowej odtworzyć ostatnie sytuacje awaryjne –
katastrofy, które wystąpiły na samolocie Tu-154. Na symulatorze pokazywano nam
pierwsze sygnały dotyczące występowania niesprawności i starano nam się
podpowiedzieć, co piloci w danej sytuacji powinni zrobić”.
Kpt. Grzegorz Pietruczuk wskazywał też na inne zaniedbania. „W dniach
13-14 stycznia 2009 r. odbyłem szkolenie w Dowództwie Sił Powietrznych, gdzie
między innymi był przeprowadzony egzamin z wiedzy z Tu-154 M. (…) Wydaje
mi się, że osoba egzaminująca mnie nie miała żadnych uprawnień odnośnie samolotu
Tu-154M. Na pewno osoba ta nie miała uprawnień instruktorskich na samolot
Tu-154M".
Lesław P., pilot pracujący w 36. pułku,zauważał, że
Arkadiusz Protasiuk nie uczestniczył nigdy w treningach na symulatorach jako
dowódca załogi Tu-154, a jedynie jako drugi pilot i nawigator. „Uważam, że
to był błąd, że zaprzestano treningów na symulatorach. Dawniej, gdy dowódcami
byli płk Latkowski i płk Matuszczyk, treningi takie odbywały się przynajmniej
raz w roku. Natomiast gdy dowódcą został płk Pietrzak, w czasie gdy samolot był
na przeglądzie, to owszem, załogi były w Moskwie, udawały się do centrum
treningów we Wnukowie, ale nie przechodziły praktycznego szkolenia, tylko na
papierze". Chwalił też profesjonalizm Rosjan „Tamtejsi instruktorzy
byli doświadczonymi emerytowanymi lotnikami, mieli większe doświadczenie z tymi
maszynami, ponieważ w Rosji park tych maszyn jest olbrzymi. Oni stykali się z
różnymi niesprawnościami, nawet nieopisanymi w instrukcjach i nam przekazywali w
tym zakresie informacje. Treningi trwały tak długo, dopóki czynności nie zostały
przez załogę prawidłowo wykonane. Tymczasem Arek Protasiuk został pozbawiony
możliwości treningowych jako dowódca na tych symulatorach (…). Uważam, że
błędem był brak kolejnych szkoleń u producenta tego samolotu. (…) Piloci
– mechanicy szkolili się we własnym zakresie – wyłącznie instrukcji
i od innych członków załogi. Te szkolenia nie wnosiły nic nowego, a jedynie
zawężały zakres informacji o tym samolocie”.
18. Czy Arkadiusz Protasiuk był skłonny do brawury i
ryzyka?
Wszyscy przesłuchani żołnierze znający pilota
prezydenckiego samolotu zgodnie stwierdzili, że nie. Lesław P., niegdyś
pracujący w 36. pułku razem z Protasiukiem, a prywatnie jego przyjaciel i
sąsiad, zeznawał, że pozytywnie oceniał zachowanie kpt. Pietruczuka, który
odmówił Lechowi Kaczyńskiemu lądowania w Tbilisi. „Stwierdził, że
odmówiłby w takiej sytuacji i nie uległ ewentualnej presji. Dla niego liczyło
się bezpieczeństwo lotu i bezpieczne lądowanie. Nie był to człowiek o jakiejś
brawurze, tylko odpowiedzialny. Znał sytuację, w jakiej znalazł się Grzegorz
Pietruczuk, dowódca załogi samolotu, podczas lądowania w Gruzji. Wszyscy
czekali, jak zostanie ta sytuacja rozwiązana, czy Pietruczuk poniesie jakieś
konsekwencje. Wiem od Arka, że prezydent już nie życzył sobie latać z Grzegorzem
Pietruczukiem. Arkadiusz Protasiuk nie był zadowolony z takiego postępowania
względem kolegi, wiedział, że to samo mogłoby spotkać każdego z pilotów. Ja
pracując z Arkadiuszem Protasiukiem, cały czas widziałem, jak on pracuje. To był
wysokiej klasy pilot".
Na potwierdzenie tych słów Lesław P.
opowiedział o tym, co przydarzyło się jemu i jego koledze w czasie lotu do
Wietnamu. Mieli międzylądowanie w Chinach, w czasie kołowania zapalił im się
silnik. Reakcja Protasiuka była błyskawiczna, pożar został opanowany, po
wymianie agregatu samolot mógł lecieć dalej. „Nie lubił nadmiernego
ryzyka, nie nadstawiał głowy niepotrzebnie. On dbał nie tylko o bezpieczeństwo
załogi w powietrzu i pasażerów, ale również dbał o siebie, bo miał rodzinę, dla
której chciał żyć. Na pewno niepotrzebnie nie naraziłby ani swojego, ani cudzego
życia".
Z części zeznań wynika jednak, że Protasiuk bardzo
chciał się wykazać. Według Tomasza N. był sfrustrowany sytuacją, że awansuje
wolniej od kolegów. „Widać było po nim, że czuł się niedoceniony i
odepchnięty, sam tego nie mówił, ale na tyle dobrze go znam, że sam to wyczułem.
(…) Arek był bardzo ambitny, mimo tego, że nie był doceniany, jak na to
zasługiwał. Chciał pokazać, że jest bardzo dobrym pilotem. Nie wykluczam, że 10
kwietnia próbował również z tego względu wykonać zadanie". W podobnym duchu
brzmią zeznania innego żołnierza jednostki Zbigniewa G. Według niego pilot
spodziewał się szybkiego awansu, był brany pod uwagę jako kandydat na dowódcę
załogi. To stanowisko zostało utworzone w czerwcu 2009 r. i już wtedy Protasiuk
był głównym kandydatem na nie. Ostatecznie powierzono mu jedynie pełnienie
obowiązków. „Przeciwko niemu toczyło się postępowanie karne, został uznany
za winnego. Sąd odstąpił od wymierzenia kary. Chodziło o wyłudzenie diet. Z
uwagi na fakt, że figurował w rejestrze jako osoba karana, nie mógł być
wyznaczony na to stanowisko. (…) Chyba w maju tego roku miał minąć rok
czasu, po którym informacja o sprawie karnej była wymazana z rejestru. Po tym
fakcie planowano wyznaczyć Protasiuka na dowódcę zespołu”.
Także żona pilota potwierdzała, że „mąż skarżył się na niesprawiedliwe
dzielenie lotów". Według niej musiał latać m.in. do Afganistanu, Iraku czy
Czadu, podczas gdy inni dostawali Berlin, Amsterdam czy Brukselę. Ostatnio
jednak miał w sobie więcej optymizmu. „Mówił, że urodził się trzynastego i
żadne licho go nie weźmie”.
19. Czy pilot czuł silną presję, że musi wylądować?
Ten wątek śledczy sprawdzają szczególnie
wnikliwie, badając przebieg poprzednich lotów 36. pułku, zwłaszcza słynnej
wyprawy do Gruzji, 12 sierpnia 2008 r., tuż po wybuchu wojny
rosyjsko-gruzińskiej. Lech Kaczyński wraz z czterema innymi prezydentami państw
Europy Środkowo- -Wschodniej udał się do Tbilisi. Samolot miał wylądować w
Gandżi w Azerbejdżanie, ale Lech Kaczyński zażądał, by zmieniono plany i
wylądowano w stolicy Gruzji. Pilot kpt. Grzegorz Pietruczuk (drugim pilotem był
wówczas kpt. Arkadiusz Protasiuk) odmówił wykonania rozkazu. MON nagrodził go za
to srebrnym krzyżem za zasługi dla obronności, ale prezydent nie chciał już z
nim latać, Przemysław Gosiewski zaś w swej interpelacji poselskiej nazwał jego
zachowanie „niesubordynacją, tchórzostwem i odmawianiem wykonywania
rozkazów".
Większość osób służących w pułku bardzo krytycznie
oceniła sytuację po locie gruzińskim. Uczestnicząca w tym locie stewardesa
Monika K. zeznawała: „Piloci podjęli decyzję pod ogromną presją. Mimo
nacisków nie podjęli ryzykownej decyzji, nie narazili nas na niewiadomą. Dowódca
powiedział, że mając na pokładzie 70 osób, nie będzie ryzykował życiem tych osób
nawet dla rozkazu prezydenta. To świadczy o tym, że ci piloci byli stanowczy co
do swoich decyzji i odpowiedzialni. Arek Protasiuk wspierał Pietruczuka w tej
decyzji odmowy lądowania w Tbilisi. Później, już po powrocie do kraju,
Pietruczuk miał nieprzyjemności. Arek wiedział o nich, dochodziło wręcz do
sytuacji, że ludzie z Kancelarii Prezydenta niby w żartach mówili o nim
?Grzegorz Tchórzliwy?. Była to bardzo niezdrowa sytuacja. Z jednej strony szef
MON nagrodził Pietruczuka za niepodejmowanie ryzyka, zachowanie wszystkich
procedur bezpieczeństwa, a z drugiej było zawiadomienie o przestępstwie, o
niewykonaniu rozkazu Zwierzchnika Sił Zbrojnych".
O tym, że Protasiuk
był poddawany presji, mówi też Artur D., który latał z Protasiukiem tupolewem
jako nawigator. „Nie słyszałem, aby Arek ulegał jakimś naciskom, z tego,
co go znałem, to raczej nie uległby. Z tego, co słyszałem z luźnych rozmów w
pułku, to gdy zdarzyła się ta sytuacja z odmową lądowania w Tbilisi, był telefon
z Dowództwa Sił Powietrznych i gdy ustalono, że Protasiuk posiada też
uprawnienia dowódcy załogi, to [chciano], żeby zamienili się miejscami. Arek
jednak też odmówił lądowania w Tbilisi. Mnie trudno powiedzieć, co się
przyczyniło do katastrofy. Wydaje się, że istniała chęć wykonania zadania, bo po
to lecieli, by wylądować. (…) Przypuszczam, że jeśli w kokpicie w czasie
lotu znalazł się gen. Błasik, musiały być sugestie, by jednak podjąć próbę
lądowania".
Atmosferę tę potwierdza Piotr K., pilot i nawigator
36. pułku. Jego zdaniem piloci przeżywali doniesienia prasowe na temat
„gruzińskiego" lotu. „Pamiętam, że po jakiejś wypowiedzi
medialnej, w której padały słowa, że żołnierz nie może być tchórzem, do Grześka
Pietruczuka na jakiś czas przylgnęło przezwisko „Grzegorz
Tchórzliwy”. Tak go nazwaliśmy żartem, by rozładować negatywne emocje.
Pamiętam też rozmowę z Arkadiuszem Protasiukiem, kiedy skarżył się, że jest
skrajnie wyczerpany z powodu intensywności lotów. Poszedł wtedy do lekarza i
otrzymał zwolnienie. Wówczas znowu w mediach pojawiły się doniesienia o niemocy
w pułku. Związane to było z wylotami do Brukseli, nie było możliwości
skompletowania pełnej obsady drugiej załogi. Były dwa samoloty i do ich obsługi
były tylko dwie załogi. Jeśli któryś z pilotów był chory, oba samoloty
równocześnie nie mogły lecieć. Premier wtedy poleciał, a prezydent nie miał
samolotu z powodu braku załogi. Była to delikatna sytuacja, w pewnym sensie
negatywna dla Protasiuka. Rozumiano, że faktycznie tak intensywnie latał, że
miał prawo mieć dosyć, ale z tego powodu prezydent nie mógł planowo polecieć do
Brukseli. Myślę, że Arek odczuwał to w pewnym stopniu, że to się tak odbyło z
jego powodu”.
Zdaniem żony zmarłego pilota jej mąż był
poddawany wówczas presji. Dowództwo przypuszczało, że symuluje on chorobę.
„Ktoś z pułku dzwonił i pytał, czy aby na pewno bierze leki i jest chory.
Pojawiały się sugestie, że celowo tak postąpił, chcąc uchylić się od lotu z
prezydentem". Z zeznań kolegów wynika, że dostał wtedy ksywę
„Arkadiusz Chorowity”.
20. Co się działo na pokładzie prezydenckiego tupolewa w czasie
„misji gruzińskiej „ 12 sierpnia 2008 r.?
Zeznanie stewardesy Moniki K.: „Dowiedziałam się, że lecimy z
prezydentem do Gandżi. Będąc jeszcze w Warszawie, usłyszałam w samolocie, jak
dyrektor Handzlik mówił, że lecimy do Tbilisi, odpowiedziałam, że nie mamy
takich oficjalnych informacji, że wszystko jest przygotowane na Gandżi.
Wylatując z Warszawy, byliśmy zgłoszeni jako samolot przylatujący do Gandżi. Z
Warszawy lecieliśmy jeszcze z międzylądowaniami. Międzylądując na Krymie, by
zabrać prezydenta Juszczenkę i małżonkę prezydenta Saakaszwilego, wybuchła
niejako [wiadomość jak] bomba: Kancelaria Prezydenta chciała, byśmy lecieli do
Tbilisi. Pamiętam, jak dyrektor Handzlik mówił do naszego prezydenta: Ty jesteś
prezydent, to, co rozkażesz, gdzie mają lecieć, to muszą ciebie słuchać.
Tymczasem my, jako załoga, nie mieliśmy nic ustalone z Tbilisi. W Tbilisi nawet
nie wiedzieli, że my możemy tam lądować. Nie było żadnych wcześniejszych ustaleń
z tym lotniskiem. Ja miałam wrażenie, że Kancelaria Prezydenta niejako
wprowadziła w błąd naszego prezydenta, ponieważ on myślał od początku, że lecimy
do Tbilisi, nikt z jego bliskiego otoczenia nie poinformował go, że ustalone z
pułkiem było Gandżi. Pamiętam, że powiedziano wszystkim członkom delegacji, w
tym innym prezydentom, że lecimy teraz do Tbilisi. Nasz prezydent był w
niezręcznej sytuacji, podejrzewam, że ludzie z Kancelarii Prezydenta nie
rozumieli, że to nie jest wymysł pilota, tylko mówili, że to pilot jest słaby.
Jedynie pan Stasiak przyszedł i poprosił pilotów o racjonalne powody odmowy
lądowania w Tbilisi. Wtedy dowódca Pietruczuk wytłumaczył mu, że nad Tbilisi nie
wiedzą, że my możemy tam lecieć, że mogą nas potraktować jako obcy obiekt i po
prostu zestrzelić, nie wiedzieliśmy, kto zarządza przestrzenią powietrzną, tam
był konflikt i zachodziła obawa, że już ją przejęli Rosjanie. Ponadto brak było
jakichkolwiek wymaganych procedurami ustaleń co do tego lądowania. Pamiętam, że
była informacja, że Sarkozy tam wyląduje, że jeśli on może, to i my możemy.
Pietruczuk uzyskał jednak informację, że Sarkozy owszem, leci do Tbilisi, ale w
obstawie myśliwców rosyjskich, bowiem leciał z Rosji. Pamiętam też, że na
lotnisku na Krymie stał samolot Juszczenki, który miał z nami lecieć. (…)
Nasi piloci kontaktowali się z pilotami tego ukraińskiego samolotu i oni też nie
chcieli lecieć do Tbilisi. Pamiętam, że Pietruczuk kontaktował się też z szefem
ochrony prezydenta z BOR panem Olszowym [w rzeczywistości: Krzysztof Olszowiec].
On mówił, że ze względów bezpieczeństwa jest za tym, by lecieć do Gandżi, tam
też była podstawiona kolumna pojazdów do odbioru składu delegacji. Na naszym
pokładzie było chyba 5 prezydentów państw europejskich, już wtedy razem z
koleżanką się temu dziwiłyśmy, że w razie jakiegoś wypadku tylu przywódców może
zginąć jednocześnie. Dziwiłyśmy się, że Kancelaria Prezydenta chce podjąć takie
ryzyko i lecieć w ogóle nieprzygotowanym samolotem w miejsce konfliktu do
Tbilisi. W pewnym momencie nasz prezydent wpadł do kokpitu, był bardzo
zdenerwowany i zapytał Pietruczuka, kto jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych.
Pietruczuk odpowiedział: Pan, panie prezydencie. Prezydent odpowiedział: To
rozkazuję lecieć do Tbilisi – i wyszedł. Wszyscy byliśmy pod ogromnym
wrażeniem i presją. Po ustaleniu przez Pietruczuka wszystkich danych co do
Tbilisi, że brak jest z tym lotniskiem kontaktu, bo człowiek, który obsługiwał
nas zawsze w Tbilisi, po skontaktowaniu się z nim telefonicznie, powiedział, że
uciekł z Tbilisi i nie wie, co się dzieje na lotnisku, i że chyba jest
zamknięte, dowódca załogi poprosił mnie do kokpitu i powiedział, że oczekuje od
nas stanowiska co do lądowania w Tbilisi, ale decyzję ostateczną podejmie on. Ja
zrelacjonowałam, co się dzieje na pokładzie wśród pasażerów, że jest napięta
sytuacja, że jest bardzo gorąco, bo klimatyzacja nie może schłodzić pokładu, że
ludzie wręcz się z tyłu gotują. Ja powiedziałam, że jest zbyt duże ryzyko dla
lądowania w Tbilisi, zwłaszcza w sytuacji, gdy mamy tak wiele ważnych osób na
pokładzie. Następnie wypowiadali się nawigator, technik pokładowy i drugi pilot
w osobie Arka Protasiuka. Każdy wypowiedział się negatywnie o lądowaniu w
Tbilisi. Ostatecznie Pietruczuk zdecydował, że nie polecimy do Tbilisi i
polecieliśmy do Gandżi".
Książka Michała Krzymowskiego i Marcina Dzierżanowskiego
„Smoleńsk. Zapis śmierci" ukaże się wkrótce.
A ten Witebsk to na
Białorusi?
Poszukiwania lotniska zapasowego
Prezydencki
tupolew już od kilkunastu minut leżał roztrzaskany w lesie pod Smoleńskiem, a
oficerowie nadzorujący w Polsce lot wciąż zastanawiali się, które lotnisko
zapasowe jest najlepsze. Nie byli nawet pewni, czy Witebsk i Briańsk leżą na
Białorusi, czy w Rosji, nie mieli przygotowanych odpowiednich map.
Rozmowa między ppłk. Jarosławem Z., oficerem
operacyjnym Centrum Operacji Powietrznych, a mjr. Henrykiem G., dyżurnym Centrum Hydrometeorologii (godz. 8.37).
Ppłk. Jarosław Z.: No co, Heniu?
Mjr Henryk G.: Wychodzi
na to, że powinien, jak już chce koniecznie, to w Moskwie.
Z.: Ale
dlaczego? Ale on ma zapasowe na Witebsk i ten… Witebsk i Mińsk.
G.:
Witebsk, powiedział mi poprzednik, że jest nieczynne. A Mińsk ma taką samą
odległość
jak do Moskwy.
Z.: No fakt.
G.: I granica...
Z.:
No tak. Bo tutaj, widzę, do Mińska jest 280 km.
G.: No.
Z.: 280, a
Moskwa.
G.: To jest jeden kraj, to bez problemu.
Z.: No nie. No o to
chodzi.
G.: Ja widzę z mapy, że taka sama odległość. Zresztą Putin ostatnio
błyskawicznie przyleciał tam, bo oglądałem, śledziłem transmisję…
Z.:
Czyli mówisz, Witebsk jest nieczynny?
G.: No, tak mi powiedział poprzednik.
Zresztą Witebsk też chyba jest na Białorusi.
Z.: Jest w Białorusi,
oczywiście, że tak.
Kolejna rozmowa 15 minut później, o godz.8.52, a
więc już po katastrofie, o której polskie
służby jeszcze nie wiedzą:
G.: Jeszcze na południu jest bliżej Brańsk i tam jest… no pogoda powyżej
warunków.
Z.: Brańsk?
G.: Brańsk, Brańsk. Brańsk.
Z.: BR.
G.: Briańsk.
Z.: No, słuchaj, zobaczymy…
G.: To jest dużo
bliżej od Moskwy.(…) To by leciał jakieś 40 min.
Z.: A no zobaczymy,
bo ja póki co rozmawiałem z BOR-em. BOR na razie nie ma żadnej
informacji.
Ja tu poleciłem, żeby Okęcie…
G.: Wiesz, jak nie wiem, czy Smoleńsk
nie będzie ich tam kierował.
Z.: Całkiem możliwe. No słuchaj, no przecież
to, to jest, to jest nasza głowa państwa. I oni też chyba chcą… chyba
chcą, żeby tam był.
G.: Dobra. To kogoś informujesz wyżej od nas?
Z.:
Nie, na razie nie, bo co, co, słuchaj. Ja nie mam tutaj wpływu i zobaczymy.
Załoga podejmie decyzję. Ja im nic nie mogę sugerować tutaj.
G.: A Galca?
[gen. Zbigniew Galec, ówczesny dowódca Centrum Operacji Powietrznych].
Z.:
No, na razie no co, Galec? Jak jeszcze będzie jaka, jakaś, jakieś…
G.: Jaka jest sytuacja. To wszystko…
Z.: Nie, oczywiście, że tak.
Jak już coś będzie, jakiś pomysł, to wtedy.
G.: No to weź sobie zapisz. Tam
w sumie tak, jak ci mówiłem, w Moskwie jest ta… pogoda i ma się utrzymać,
natomiast w Briańsku jest 2,5 widać przy zamgleniu 150 podstawa chmur niskich i
prognoza jest, że to się w najbliższym czasie utrzyma do godziny 10.
Z.:
Ale jaka odległość do tego Briańska?
G.: No, do Briańska to, to tak patrzę.
Wizualnie…
Z.: Bo akurat mi tutaj mapa nie sięga…
G.: No,
jedna czwarta odległości trasy z Moskwy, ze Smoleńska do Warszawy. (…)
Zeskanuj mapy. Brańsk jest na południe do Smoleńska.
Dwadzieścia
minut po katastrofie (8.59 – 9.04)
Rozmowa dyżurnego
operacyjnego Centrum Hydrometeorologii mjr. Henryka G. z Leszkiem K. z
Centrum.
K.: I on jest teraz w powietrzu, tak?
G.: Powinien
praktycznie lądować w tej chwili. Być może tam Smoleńsk ich gdzieś kieruje. Ja
powiedziałem operacyjnemu, że najbliżej jest Briańsk na południu i Moskwa.
G.: Jeśli będą mieli jakieś pytania, no bo podejrzewam, że decyzję tam nad
Smoleńskiem podejmują albo Smoleńsk ich gdzieś kieruje.
K.: Yhyy, kurde, to
tak że lotnisko do dupy tam.
G.: Ja tak sobie, wiesz, myślałem, że to
jeszcze Niemcy budowali, bo ze Smoleńska szła ofensywa do Moskwy.
K.: Yhyy,
kurde.
G.: Tam jakieś loty się odbywają, ale to mniej więcej jak nasze
Szymany chyba.
Bo Wasza usluzna Pawlicka to wysmiala?
Czy Wy rowniez lewitujecie jak Szelag czy po prostu jak Lewicka macie gdzies anons towarzyski?
O reszcie Waszych kalumni i wysmiewania sie nie wspomne.
Drwie tylko z takich jak Wy ze jak zabito Politkowska to krokodyle lzy i Rosja be. Dzis Rosja i Lawrow jest pikeny i cacy..
Byc moze rozniecie sie tylko cena podana przy anonsie towarzyskim.rozwiń komentarz