Przed kryzysem recepta dla Kowalskiego była prosta: 50
proc. inwestuj w obligacje, 40 proc. – w akcje, a za resztę kup złoto.
Kryzys te proste recepty unieważnił. Złoto okazało się lepszą inwestycją niż
akcje, a obligacje stały się synonimem ryzyka. Nie pojawiły się żadne nowe
strategie, a rządy i banki centralne postanowiły skomplikować życie inwestorom.
W 2011 r. nie będziemy niczego pewni z powodu wojen walutowych, prób ratowania
euro i rosnącej groźby podniesienia rekordowo dziś niskich stóp procentowych.
– Przyszłoroczny poziom ryzyka inwestycyjnego nie ma precedensu w
historii. Wpłynęliśmy na niezbadane wody – podkreśla Piotr Kuczyński,
główny analityk firmy Xelion.
Naiwni utoną Z badań prof.
Philipa E. Tetlocka z Uniwersytetu Kalifornijskiego wynika, że eksperckie
prognozy sprawdzają się jedynie w 33 proc. przypadków. Jak to ujął jeden z
naukowców, to skuteczność mniejsza od uzyskiwanej przez stado małp rzucających
lotkami do celu. Tetlock przebadał 30 tys. prognoz wygłoszonych na przestrzeni
20 lat przez setki ekspertów. Skoro w spokojnych czasach mylili się tak często,
to czego teraz się po nich spodziewać?
– Od kilkunastu lat
inwestuję samodzielnie. Nie słucham ekspertów, nie czytam analiz w sieci, nie
oglądam programów biznesowych. Inwestowanie to dla mnie praca, a jej czas
wyznacza otwarcie i zamknięcie notowań na GPW – mówi Damian Gastół, który
kilkanaście lat temu za 100 złotych kupił akcje na warszawskiej giełdzie. Dla
Gastóła wykres notowań giełdowych stanowi nie o losie oszczędności, lecz o tym,
czy w przyszłym miesiącu wystarczy na rachunki. Rok 2011 będzie czasem aktywnych
spekulantów jak on, a nie długoterminowych i biernych inwestorów. Piotr
Kuczyński ostrzega, że jeśli ktoś liczy na to, że wystarczy kupno jakichś akcji
i oczekiwanie na ich wzrost, to raczej straci. W tym roku notowania giełdowe
mocno się wahały i w przyszłym lepiej nie będzie. Jeśli Kowalski chce inwestować
na giełdzie, musi przygotować się na nieustanną obserwację notowań i szybką
decyzję o sprzedaży bądź kupnie.
Widmo
krachu
Na kurs akcji wpływ będzie miało wiele czynników, w tym decyzje
polskiego rządu. Jeśli postanowi o ograniczeniu składek płynących do OFE, mocno
uderzy w warszawską giełdę, na której fundusze kupują akcje. Ale w krótkim
terminie GPW bardziej niż od stanu polskiej gospodarki zależna jest od sytuacji
rynków finansowych USA i strefy euro – a te nie mają się najlepiej.
– Nie sposób wykluczyć drugiego etapu kryzysu, tyle że zamiast
zadłużenia obywateli może go wywołać zadłużenie państw – mówi Adam
Korecki, makler Domu Maklerskiego TMS Brokers. Jeśli ten „drugi etap"
nadejdzie, nie oszczędzi żadnej giełdowej spółki, choć nie wszystkie stracą po
równo. Gdy dochodzi do giełdowego tąpnięcia, notowania np. spółek spożywczych
spadają mniej, podobnie jak tych, które dostarczają nam prąd. Nieźle zachowały
się też ostatnio rynki wschodzące. Za pośrednictwem funduszy możemy zainwestować
w Brazylii, Indiach czy Indonezji. Na giełdzie w Dżakarcie od początku 2009 r.
można było zarobić 166 proc.!
Jednak notowania najbardziej nawet
oddalonej od Wall Street giełdy zależne są od dolara, w którym odbywa się
większość międzynarodowych transakcji. A dolar zależy od decyzji Bena
Bernankego, szefa amerykańskiego banku centralnego, który ostatnio dodrukował
600 mld dolarów i utrzymuje bliskie zera stopy procentowe, by osłabić zielonego
w wojnie handlowej z Chinami.
– Bernanke znajduje się między
młotem a kowadłem. Jeśli nie podniesie stóp i będzie drukował dolary, wywoła
hiperinflację. Jeśli podniesie je w złym momencie, gospodarka USA zacznie się
kurczyć – mówi Peter Schiff, szef funduszu Euro Pacific Capital, który w
2006 r. w słynnej telewizyjnej „kłótni" z Arthurem Lafferem
przewidział kryzys i wskazał, że jego źródłem będą kredyty hipoteczne.
Są tacy, którym na rękę niepewność co do wartości dolara i innych
walut. To gracze rynku walutowego Forex, na którym obstawia się wahania kursów
dolara wobec euro, dolara wobec funta czy jena wobec franka. Nie różni się to
wiele od ruletki.
– Gdy dwa lata temu zaczynałem grać, szło
mi jak z płatka. W pewnym momencie z zainwestowanych 15 tys. zł zrobiło się 500
tys. I wtedy jedna niepomyślna transakcja zmniejszyła zysk o prawie 400 tys.
– wspomina Mariusz Ganczar, właściciel kantoru i agencji nieruchomości,
który przestrzega, by na tym ryzykownym rynku inwestować takie kwoty, z których
stratą możemy się pogodzić.
W
poszukiwaniu bezpieczeństwa
Jeśli ktoś może zaryzykować nawet
więcej, to warto spróbować sił na rynku nieruchomości. – Potencjał
inwestycyjny mają Mazury. Tamtejsze grunty zyskają na wartości w 2014 r., gdy w
wyniku pełnego wprowadzenia przepisów prawa unijnego pojawią się m.in. kupcy z
Niemiec – daje przykład Kuczyński.
W USA, Wielkiej Brytanii
czy Irlandii ceny nieruchomości spadły w kryzysie nawet o 60 proc. Pierwsi
polscy śmiałkowie kupili już nieruchomości w Irlandii. Jednak nikt nie
zagwarantuje nabywcy willi na Florydzie, że jej cena wróci do poziomu sprzed
kryzysu. Dlatego Peter Schiff nie chce mieć nic wspólnego z rynkiem
nieruchomości. Traci też sympatię dla obligacji. – Inwestowanie w
europejskie obligacje uchodziło zawsze za bezpieczne, a teraz stopniem ryzyka
zaczyna przypominać grę na giełdzie – twierdzi Schiff, który w swoim
globalnym portfelu pominął papiery większości krajów strefy euro.
Schiff ma m.in. obligacje Polski, choć na dobrą sprawę ich
oprocentowanie jest podobne jak lokat bankowych. Może więc lepiej zainteresować
się obligacjami emitowanymi przez firmy? W zeszłym roku na GPW ruszył rynek
obligacji korporacyjnych. Kupując obligacje Providenta czy Prime Car Management,
możemy liczyć na ponad 10 proc. rocznego zysku. Jak duże jest tutaj ryzyko?
Pewne jest, bo jeśli firmy skłonne są tyle zapłacić za pieniądze, to znaczy, że
nie mogły pożyczyć taniej w banku.
Tak czy owak nad polskimi
inwestycjami wisi groźba (niezbyt prawdopodobnego) kryzysu finansów publicznych.
Jeśli miałoby zabraknąć chętnych do pożyczenia rządowi pieniędzy, to banki
zaczną nakłaniać inwestorów do odwrotu z Polski, obligacje skarbowe i
korporacyjne staną się ryzykowne, osłabnie złoty, wzrośnie inflacja, a
gospodarka stanie w miejscu.
W takim razie co? Może złoto, którego
cena pobiła rekord 1400 dolarów za uncję? To prawie pięć razy więcej niż
dziesięć lat temu. Srebro w tym czasie podrożało prawie sześciokrotnie – z
5 do 29 dolarów. Jednak guru rynków finansowych, jak George Soros i Warren
Buffett, twierdzą, że może dojść do załamania spekulacyjnej bańki cen kruszców
jak na początku lat 80.
Ostatnia
lokata ratunku
Większość z nas nie ma czasu, umiejętności
ani dość pieniędzy, by szukać czegoś lepszego niż lokata bankowa. Banki oferują
oprocentowanie rzędu 5 proc., ale przy odrobinie fantazji zyski można zwiększyć.
– Wyszukuję oferty krótkoterminowych lokat w przedziale 5-10 proc. Bywa,
że w jednym czasie mam ich nawet kilkanaście. To bardziej opłacalne i
bezpieczniejsze – opowiada 60-letni Jan Łukasik, przedsiębiorca z Torunia.
Trudno na tym stracić. I może to powinno nam wystarczyć? – Na
inwestycje powinni decydować się wyłącznie ludzie młodzi albo skłonni do
skrajnego ryzyka. Reszcie pozostaje konto bankowe i marne, ale przynajmniej
pewne kilka procent zysku – radzi Piotr Kuczyński. Wspierają tę radę
badania Pentora, z których wynika, że tylko 7 proc. Polaków w ogóle inwestuje
swoje oszczędności. Tych, którzy szukają rozwiązań bardziej ambitnych niż
lokata, jest jeszcze mniej. Jeśli nawet kiedyś mielibyśmy próbować samodzielnego
inwestowania, to może niekoniecznie w 2011 r. Bo czy warto uczyć się pływania w
morzu w trakcie sztormu?