Kancelaria premiera, godz. 19. Zbiera się zarząd PO,
temat: listy wyborcze do Sejmu. Posiedzenie otwiera Donald Tusk. Jest spięty.
Swoje wystąpienie rozpoczyna od historii. Mówi o początkach PO, wymienia
nazwiska Artura Balazsa i Pawła Piskorskiego. Pierwszego nazwał kiedyś
politycznym wąglikiem i warchołem, drugiego oskarżył o szkodzenie wizerunkowi
partii. Obaj musieli odejść. – Niszczyli Platformę od środka –
wyjaśnia.
Mija pół godziny. Tusk nadal rozwodzi się na temat swoich
dawnych przeciwników. O listach nie mówi nic. Na sali siedzi 25 osób. Wszyscy
słuchają w milczeniu i ukradkiem zerkają na Grzegorza Schetynę. Obserwują jego
reakcje – każdy czuje, że historie Balazsa i Piskorskiego są aluzja do
niego. Premier wreszcie wymienia nazwisko marszałka, jego wypowiedź o spóźnionej
reakcji na raport MAK nazywa niedopuszczalną. – Takie słowa nam szkodzą i
wzmacniają PiS – kończy.
Głos zabierają Ewa Kopacz, Cezary
Grabarczyk, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Andrzej Biernat i Ireneusz Ras. Wszyscy
przyłączają się do ataku. Schetyna próbuje się bronic, ale idzie mu marnie. Jego
stronę biorą tylko trzy osoby: Rafał Grupiński, Andrzej Halicki i Jacek
Protasiewicz. Lawirować próbuje jeszcze Sławomir Nowak. Reszta albo milczy, albo
powtarza argumenty Tuska.
– Zgoda, jest
źle, ale co dalej? – pyta wreszcie Protasiewicz.
– Mam
nadzieję, że takie wypowiedzi się już więcej nie powtórzą i że zacznie się
normalna współpraca – ucina premier.
Atmosfera jest bardzo
ciężka. Radosław Sikorski chce ją rozładować. – Grzegorz, to może złóż
samokrytykę – żartuje, jednak nikt się nie śmieje. Odpowiada mu Tusk:
– Nie trzeba. Grzesiek już mnie przeprosił.
Schetyna nie
zaprzecza.
Spotkanie kończy się o 23. O listach nie było ani słowa.
Osaczony
Członek zarządu PO: – „Rany boskie, gdzie ja byłem? Co tam
się działo?". To była moja pierwsza myśl po powrocie do domu. W życiu
czegoś takiego nie widziałem. Cztery godziny kopania jednej osoby. Nie jestem
wielbicielem Schetyny, ale sprowadzenie wszystkich kłopotów Platformy do jednej
wypowiedzi jednego człowieka to jednak przesada. A premier właśnie tak zrobił.
Kłopotów Platforma ma ostatnio sporo: wniosek o wotum nieufności
wobec Bogdana Klicha, raport MAK, zmiany dotyczące OFE, bunt ekonomistów,
bałagan na kolei, kłopoty z budżetem, obcięcie pieniędzy na budowę dróg i
autostrad. Do tego dochodzi jeszcze wojna wewnątrz partii. Efekt: według
najnowszego sondażu TNS OBOP dla „Gazety Wyborczej" PO w ciągu
zaledwie dwóch tygodni straciła aż 16 proc.
Wynik zdruzgotał Tuska.
– Donald zawsze wnikliwie analizował wszystkie sondaże. Ten ostatni go
przybił. Wiem, bo długo o tym rozmawialiśmy. Sprawiał wrażenie wypalonego, chyba
uszło z niego powietrze – twierdzi jeden ze współpracowników szefa rządu.
Inny: – Tusk zachowuje się tak, jakby był osaczony i zaszczuty. Jakby
strzelano do niego z każdej strony. Gdzie nie spojrzy, wszędzie obrywa. Tu
atakują go ekonomiści i dziennikarze, tam Rosjanie. Zaczynają mu puszczać nerwy.
Całą swoją złość skupił na Grześku.
Znamienne, że po wypowiedzi na
temat reakcji na raport MAK w kancelarii premiera o Schetynie zaczęto mówić
„zdrajca".
Janusz Palikot już wiele miesięcy temu w
wywiadzie rzece „Ja, Palikot" mówił o zmianach, jakie zaszły w Tusku:
„Z nikim się nie przyjaźni i ufa tylko córce”.
Premier skazuje się na samotność
Kiedyś Tuska relaksowały spotkania dworu. W telewizorze leciała Liga
Mistrzów, na stole stała butelka kalifornijskiego caberneta Sequoia Grove, w
powietrzu unosił się dym cygar, latały przekleństwa. Było dużo żartów, a czasem
padały poważne polityczne pytania w stylu: „Słuchaj, a co myślisz o tym
czy o tamtym?". Ale dziś dworu już nie ma. Tusk zlikwidował go po aferze
hazardowej.
Spory udział w tej decyzji miał Jan Krzysztof Bielecki.
– Czas skończyć z polityką robioną z kolegami od gry w piłkę. Dla ciebie
partnerami są dziś Merkel i Sarkozy, a nie Schetyna i Drzewiecki – radził.
Premier go posłuchał. Wydawało się, że mecze w telewizji i wino zostaną, a
zmieni się tylko towarzystwo. Można było się spodziewać, że stworzą je gdańscy
liberałowie, na czele z Bieleckim i Krzysztofem Kilianem. Tak się jednak nie
stało. Liberałowie, owszem, odwiedzają premiera, ale nie są to spotkania takie
jak kiedyś. Nie ma już Ligi Mistrzów, wyparował też dawny luz.
Dworu nie potrafią też Tuskowi zastąpić najbliżsi współpracownicy z
kancelarii: Tomasz Arabski, Paweł Graś i Igor Ostachowicz. To nie są samodzielni
partnerzy do dyskusji. Tusk odsunął od siebie także Michała Boniego, z którym
kiedyś regularnie się konsultował. Przestał się z nim spotykać, kilka razy
przeczołgał go w obecności innych polityków. Ostatnio Boni usłyszał od premiera,
że nie każdy musi być ministrem w jego rządzie. Lukę po nim próbuje wypełnić Jan
Rostowski, który często wpada do kancelarii, na śniadanie. Premier traktuje go
jednak przede wszystkim jako źródło wiedzy na temat budżetu.
Tusk
jest sam. Dawnych przyjaciół i doradców się pozbył, nie znalazł też nikogo na
ich miejsce. Po części to jego wybór. Nie zaprasza już nikogo do swojej
rezydencji na Parkowej. Jeśli chce się z kimś spotkać, to tylko w kancelarii i
najlepiej na krótko.
Premier
zostaje kierownikiem
Poza Bieleckim i Rostowskim regularny
kontakt z Tuskiem mają dziś jeszcze Ewa Kopacz i Cezary Grabarczyk. Ona stoi
przy nim wiernie od lat i jest traktowana właściwie jak rodzina, on wkradł się w
łaski premiera niedawno. Tusk nigdy go nie lubił i nie cenił. Kiedy na początku
kadencji Grabarczyk zaczynał coś mówić, premier potrafił wejść mu w słowo i
powiedzieć: „Do niczego się nie nadajesz" albo „Gówno obchodzą
mnie twoje drogi lokalne. Masz mi wybudować autostrady, rozumiesz?”.
Oboje są wykonawcami pomysłów Tuska. Nazywają go
„kierownikiem". Brzmi to jak drwina, ale w ich ustach to dowód
najwyższego uznania. Zarówno Kopacz, jak i Grabarczyk wraz ze swoimi dwoma
współpracownikami Rasiem i Biernatem prowadzą w imieniu Tuska rozmowy, których
celem jest maksymalne osłabienie pozycji Schetyny w partii. Grabarczyk od kilku
miesięcy mami jednego z partyjnych baronów awansem do rządu. W zamian oczekuje
tylko jednego: deklaracji lojalności wobec Tuska. Kopacz organizuje spotkania z
posłankami, a Raś i Biernat macerują działaczy z terenu: – Wciąż jesteś na
kursie i na ścieżce Schetyny? Przejdź do nas, nie pożałujesz. Mamy
pełnomocnictwa od kierownika.
Premier płaci za kwiaty i kwiatki
Atmosfera w
Platformie jest dziś fatalna. Kiedyś politycy tej partii mieli zasadę, żeby
kopać się tylko za zamkniętymi drzwiami. Dziś siekiery latają już publicznie, co
nie pozostaje bez wpływu na sondaże.
Najwięcej jest konfliktów o
drogi. Grabarczyk uparł się na przykład, że obwodnica Wrocławia ma być płatna. W
Platformie wszyscy wiedzą, że chodzi o uderzenie w marszałka. – Darmowa
droga dla Scheta? Po moim trupie – miał odpowiedzieć jednemu z
dolnośląskich posłów. Efekt jest taki, że przeciw płatnej obwodnicy protestuje
dziś cały Wrocław – nie tylko Schetyna, lecz także prezydent miasta Rafał
Dutkiewicz oraz politycy PiS. Platforma traci kolejne punkty.
Schetyna nie pozostaje Grabarczykowi dłużny. Trzy tygodnie temu
wizytował Lublin, któremu rząd chciał odebrać środki na budowę trasy S-17.
– Jedźcie do Warszawy, protestujcie. Trzeba walczyć o swoje –
zachęcał mieszkańców. Gdy Grabarczyk się o tym dowiedział, poszedł na skargę do
Tuska.
W styczniu wojna przeniosła się do Sejmu. Zbliżała się
debata nad wotum nieufności wobec Grabarczyka. W klubie PO do rangi głównego
problemu urosło pytanie, czy po głosowaniu wręczać ministrowi kwiaty, czy nie.
– Nie róbcie tego, to wypadnie fatalnie – przestrzegał Grupiński.
– Dobrze, nie wydam na to zgody, ale, jak mi któraś z dziewczyn wyskoczy
na sali z bukietem, to przecież jej nie powstrzymam – odpowiedział mu szef
klubu Tomasz Tomczykiewicz.
Dzień głosowania. Młoda posłanka PO Magdaleny
Gąsior-Marek wnosi na salę jedną herbacianą różę. Lubi Grabarczyka i chce mu ją
dać już po wszystkim. Prywatnie i w kuluarach. Przy wejściu dopadają ją dwie
inne posłanki Małgorzata Kidawa-Błońska i Izabela Mrzygłocka, obie kojarzone ze
spółdzielnią Grabarczyka. – Magda, zostaw tę różę. Kupiłyśmy ministrowi
bukiet – mówią. Są po rozmowie z Tomczykiewiczem, mają od niego zielone
światło. Gąsior-Marek się zgadza.
Gdy Grabarczyk z uśmiechem
przyjmował kwiaty, na twarzy Schetyny malowało się obrzydzenie. Najgorzej miał
jednak Tusk: to on zapłacił za wszystko w sondażach.
Gabinet
marszałka Sejmu, kilka dni przed zarządem PO. Schetyna rozmawia z jednym ze
współpracowników na temat swojej wypowiedzi o raporcie MAK. – Raz na jakiś
czas będę posyłał panu premierowi takie kwiatki – zapowiada.
Premier mówi z agresją
Donald Tusk zawsze miał dwie natury. Jedna to ta, którą znają wszyscy.
Łagodny uśmiech, luz i przyjazny, ciepły wzrok. Premier lubi nim uwodzić. Gdy mu
na kimś zależy, patrzy głęboko w oczy i prawi komplementy. Podszedł kiedyś do
polityka, którego nigdy do siebie nie zapraszał, objął go i spytał: „Tak
rzadko się widujemy, a przecież jest tyle tematów. Dlaczego do mnie nie
wpadasz?".
Kilka miesięcy temu w podobny sposób zaczepił szefa
SLD Grzegorza Napieralskiego przed posiedzeniem Rady Bezpieczeństwa Narodowego:
„Ma pan wspaniałe córeczki. Musi pan być z nich dumny, gratuluję".
Uwodzicielskiego spojrzenia Tuska od kilku tygodni nikt nie
widział. Premier znacznie częściej pokazuje dziś swoją drugą naturę: choleryka.
Krzyczy, miota przekleństwa. Jednego z ministrów niedawno ostrzegł, że jak się
nie poprawi, to „wyp… go z rządu".
Premier włącza ręczne sterowanie
Ostatnio Tusk stał się też bardziej despotyczny. Zawsze lubił
demonstrować swoją władzę i rozstawiać innych po kątach. – Musiałem
pokazać kilku osobom, że rządzę – przyznał półtora roku temu w Radiu Zet,
zapytany, dlaczego zdymisjonował Schetynę. Dziś to się nasiliło. Dwa miesiące
temu premier wezwał do siebie szefa opolskich struktur PO Leszka
Korzeniowskiego. Nie podobało mu się, że Platforma stworzyła w sejmiku koalicję
z SLD. – Sojusz nam odbiera głosy. Po co go wzmacniasz? Weź mniejszość
niemiecką, oni nie startują do Sejmu – zarządził. Korzeniowski wrócił do
Opola z podkulonym ogonem. SLD wypadło za burtę.
Tak samo było na Śląsku
i Podkarpaciu. W tym pierwszym województwie Tusk zabronił Tomczykiewiczowi
wiązania się z SLD. Powstała koalicja z Ruchem Autonomii Śląska. W drugim
regionie PO wygrała wybory i miała obsadzić funkcję marszałka. Scenariusz jednak
znów się powtórzył: Tusk wezwał do siebie szefa regionu i kazał mu oddać
stanowisko ludowcom. Nie było dyskusji, PSL musiał zostać wzmocniony.
Tak samo będzie z listami wyborczymi do parlamentu. Możliwość
dokonywania ręcznych zmian Tusk zagwarantował sobie zresztą w nowym statucie
partii. Na pewno z niej skorzysta.
Premier nienawidzi reform
Rok temu Donald Tusk
zapowiedział rezygnację ze startu w wyborach prezydenckich. Swoją decyzję
ogłaszał na Giełdzie Papierów Wartościowych. Za plecami miał czerwoną mapę,
Polska była na niej zieloną wyspą. – Chcę być poważnym, odpowiedzialnym
partnerem także dla Polaków, chcę uczestniczyć w wielkiej kampanii na rzecz
wygranej Polski w wyścigu cywilizacyjnym. Czekają nas trudne zadania –
mówił.
Mapa z wyspą jest już odległą przeszłością. W ciągu dwunastu
miesięcy rząd nie przeprowadził żadnych poważniejszych zmian. Dziura budżetowa
ma być zasypana pieniędzmi z OFE, a ekonomiści zapowiadają, że światowe agencje
będą obniżać rating Polski.
– Każdy, kto zna Tuska, wiedział,
że nie będzie żadnych „trudnych zadań". On nie cierpi reform, w
prywatnych rozmowach mówi o nich z nienawiścią. Jego publiczne filipiki na temat
ekonomistów, którzy próbują go poganiać, są szczere – mówi jeden z
polityków PO. Inny dodaje: – Donald zawsze mówi, że ci, którzy doradzają
mu reformy, źle mu życzą i chcą, żeby Platforma skończyła jak AWS.
Zaraz po objęciu rządów przez PO doradcy z kancelarii premiera
opracowali dla Tuska słowniczek z wyrazami, których lepiej unikać, bo mogą
drażnić wyborców. Słowo „reforma" trafiło do niego jako jedno z
pierwszych. Do takiej taktyki uników szybko dosztukował sobie nawet całą
ideologię brytyjskiego filozofa Johna Graya. – W swoim najlepszym wydaniu
polityka nie jest nośnikiem uniwersalnych projektów, lecz sztuką reagowania na
zmienne okoliczności. Jego polityczny styl został ochrzczony
„ściboleniem”.
Osoba z otoczenia premiera: –
Donald naprawdę w to wierzy. Czasem jednak się zastanawiam, czy przyjęcie tej
filozofii nie jest tylko racjonalizacją jego skłonności do hamletyzowania i
niechęci do podejmowania kosztownych decyzji.
Teraz na trudne
decyzje jest już za późno. Kampania tuż-tuż. Za osiem miesięcy wybory. Wtedy
dowiemy się, kim według Polaków jest Donald Tusk – orłem czy orlikiem.