Czy mamy powody, aby niepokoić się tym, co się dzieje
w arabskich krajach Afryki Północnej? Walka milionów ludzi, którzy protestują
przeciw autorytarnym rządom skorumpowanych despotów, powinna raczej wzbudzać
naszą sympatię. Jeszcze kilka lat temu takie zdarzenia jak bezkrwawa rewolucja w
Tunezji czy wielkie demonstracje na placu Tahrir w Kairze niosły radosne
podniecenie. Wtedy wydawało się, że każda taka rewolucja przybliża nas do świata
liberalnej demokracji i zglobalizowanego, wolnego rynku. Dziś nie jest to już
pewne. Bo nie jest pewne, czy demonstrujący Tunezyjczycy i Egipcjanie naprawdę
pragną takiego modelu rozwoju społecznego i gospodarczego, który my uznajemy za
normalny.
Fala niepokojów, która przetacza się przez kraje
północnej Afryki, znalazła już swe odbicie na światowych rynkach. Przede
wszystkim na rynku ropy naftowej, której ceny wzrosły z 90 dol. za baryłkę w
grudniu do ponad 100 dol. obecnie. Nie jest to wzrost gigantyczny, ale na pewno
odczujemy go na stacjach benzynowych. Gdyby trwał nadal, oznaczałoby to na całym
świecie wyższą inflację i – być może – konieczność podwyżek stóp
procentowych, aby jej przeciwdziałać. I to dokładnie wtedy, gdy słabnąca realna
gospodarka wymagałaby ich utrzymania na niskim poziomie.
Turyści sobie poradzą
Na pierwszy
rzut oka gospodarcze znaczenie krajów Afryki Północnej nie uzasadnia takich
obaw. Region ten zamieszkuje 200 mln ludzi, a więc niecałe 3 proc. populacji
świata. Jego łączny PKB wyniósł w 2010 r. niecałe 660 mld dol. (dla porównania,
w Polsce było to 440 mld). Generalnie rzecz biorąc, znaczenie regionu na
finansowej mapie świata jest stosunkowo niewielkie. W ciągu minionych dekad
zainwestowano tu w rozwój produkcji towarów i usług około 180 mld dol. (w Polsce
w tym samym czasie około 200 mld). Mało kto natomiast inwestuje w
północnoafrykańskie obligacje czy akcje, więc światowe giełdy i rynki walutowe
właściwie nie zauważyły rozgrywającego się tam dramatu.
Również na rynku
surowców energetycznych znaczenie Afryki Północnej nie jest aż tak wielkie.
Region posiada około 4,5 proc. udokumentowanych światowych zasobów ropy naftowej
i gazu ziemnego, a jego dzisiejszy udział w łącznej globalnej produkcji surowców
energetycznych to nieco ponad 3 proc. Ropa i gaz zlokalizowane są zresztą nie w
zrewoltowanym Egipcie i Tunezji, ale we względnie spokojnych Algierii i
Libii.
Gospodarka najważniejszych z politycznego punktu widzenia krajów
regionu – Egiptu, Maroka, Tunezji – oparta jest natomiast głównie
nie na ropie, ale na turystyce. Corocznie do tych trzech krajów przyjeżdża w
poszukiwaniu słońca i atrakcji turystycznych blisko 40 mln gości, głównie z
Europy, dając pracę ponad 10 proc. zatrudnionych. Ewentualny upadek przemysłu
turystycznego byłby w większym stopniu ciosem dla samych mieszkańców. Niemcy,
Brytyjczycy czy Polacy z żalem wspominaliby wspaniałe wakacje nad Morzem
Czerwonym, ale po chwili otarliby łzy i wykupili wycieczki do Hiszpanii lub
Grecji.
Wrzący kocioł
Skoro Afryka Północna nie ma tak wielkiego znaczenia gospodarczego, to
dlaczego sytuacja w regionie wzbudza takie zaniepokojenie? Rynkowi analitycy
bąkają coś o możliwych kłopotach dla ruchu statków przez Kanał Sueski. Tą drogą
dopływa do Europy około 15 proc. ropy naftowej. Ewentualne zakłócenia ruchu
– mało prawdopodobne, zważywszy na to, że sami Egipcjanie są najbardziej
zainteresowani tym, by do nich nie doszło – na pewno nie byłyby niczym
przyjemnym, ale nawet gdyby rzeczywiście nastąpiły, oznaczałoby to tylko
wydłużenie drogi do Europy. Przełożyłoby się to na wzrost kosztów transportu,
ale stosunkowo niewielki.
Problem leży gdzie indziej. Afryka
Północna to społeczno-gospodarcza bomba z opóźnionym zapłonem. Afryka Północna
to społeczno-gospodarcza bomba z opóźnionym zapłonem. Wprawdzie region odnotował
w minionych siedmiu latach całkiem przyzwoity wzrost PKB, sięgający około 5
proc. rocznie, jednak jednocześnie błyskawicznie rosła populacja (ok. 2 proc.
rocznie). Przeciętny dochód pozostaje więc niski i wynosi 5,8 tys. dol. (według
parytetu siły nabywczej, a więc uwzględniając niższy poziom cen w porównaniu z
Europą; w Polsce to niemal 19 tys. dol.). Do tego rosły dysproporcje dochodowe,
a więc z owoców wzrostu korzystała głównie zamożniejsza część społeczeństwa.
Wreszcie – usiłując zmodernizować i zliberalizować gospodarkę –
kraje regionu wycofywały się z dotacji i subsydiów dla uboższej części
ludności.
W rezultacie dziesiątki milionów ludzi żyją w skrajnej nędzy
– według Banku Światowego w Egipcie dotyka ona jedną piątą mieszkańców, a
straszliwe slumsy 20-milionowego Kairu mógł zauważyć każdy polski turysta, jadąc
autokarem pod piramidy. Masowe bezrobocie, nędza i beznadzieja w szczególności
dotykają młodzież. To tworzy podatny grunt dla rozwoju
ekstremizmu.
Względna stabilność tego wrzącego kotła od dekad utrzymywana
jest przez autorytarne reżimy. Upadek któregokolwiek z nich może doprowadzić do
przejęcia władzy przez islamskich radykałów. Jedną z możliwych konsekwencji
byłoby pojawienie się, tuż pod bokiem Europy, kolejnych nieobliczalnych rządów.
Inną może być fala nielegalnej emigracji. Obecnie z regionu emigruje do Europy
ponad 150 tys. osób rocznie, głównie z Maroka. Gdyby Egipcjanie zaczęli
emigrować równie chętnie, to wielkość tej ludzkiej rzeki wzrosłaby do pół
miliona osób rocznie.
Najgorszy
scenariusz
Jeszcze gorsze konsekwencje gospodarcze mogłyby
wynikać z zaostrzenia sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie. Gdyby władze w
Kairze przejęli antyizraelsko nastawieni arabscy nacjonaliści, nie wspominając
już o radykalnych islamistach z Bractwa Muzułmańskiego, względny spokój panujący
na Bliskim Wschodzie przeszedłby do historii. A to odbiłoby się na cenach ropy
naftowej i na perspektywach rozwojowych całego świata. Wzrost cen ropy wiódłby
do wzrostu inflacji, zmuszając banki centralne do przeciwdziałania. Prowadziłby
on jednocześnie do erozji realnych dochodów i zysków firm w krajach
rozwiniętych, powodując ponowne spowolnienie wzrostu
gospodarczego.
Najgorszy scenariusz jest jednak dopiero przed nami.
Zamieszkany przez 80 mln ludzi Egipt odgrywa w świecie arabskim rolę szczególną.
Jeśli dojdzie tu do znacznej destabilizacji albo jeśli – co gorsza –
władzę przejmą islamiści, zagrożona może być również pozycja prozachodnich
rządów w krajach położonych nad Zatoką Perską. Zwłaszcza w kluczowej dla
bezpieczeństwa energetycznego świata Arabii Saudyjskiej. W ten sposób problemy
Afryki Północnej mogą łatwo przenieść się na cały szeroki region, określany w
żargonie globalnych firm skrótem MENA (Middle East – North Africa),
zamieszkany przez 400 mln ludzi i rozciągający się od Maroka nad Atlantykiem do
Iranu nad Oceanem Indyjskim. Region ten wytwarza wprawdzie tylko 4 proc.
globalnego PKB, ale za to właśnie tutaj znajduje się aż 60 proc.
udokumentowanych światowych zasobów ropy naftowej i 45 proc. zasobów gazu
ziemnego.
Bez dostępu do tych bogactw surowcowych trudno wyobrazić sobie
stabilny rozwój globalnej gospodarki. A gdyby cały region MENA uległ
destabilizacji, w najlepszym przypadku trzeba byłoby się liczyć z tym, że nawet
ponad 200 dol. za baryłkę ropy naftowej mogłoby się okazać ceną zbyt niską, by
zrównoważyć całe skumulowane na Bliskim Wschodzie ryzyko. I to dopiero byłaby
prawdziwa bomba, której wybuch dokonałby spustoszeń w światowej gospodarce.