Piotr Cywiński
Miało być wesoło: do biura Angeli Merkel przybyła gromada karnawałowych
błaznów. Oni w fantazyjnych strojach, tancerki w czerwonych
minispódniczkach robią szpagaty; pani kanclerz – w śmiertelnie poważnym,
czarnym stroju. Oni rozśpiewani i roztańczeni, ona z wymuszonym
uśmiechem na twarzy. Po ostatniej klęsce chadeków w wyborach lokalnych w
Hamburgu oraz kłopotach z członkami własnego gabinetu Angeli Merkel nie
jest do śmiechu.
REKLAMA
Okrzyk złości
„Pomyłka" – taki tytuł nosi wydana właśnie książka Cory Stephan. Na 204
stronach tłumaczy, dlaczego nie będzie głosować na Merkel, która kiedyś
była dla niej „nieoszlifowanym diamentem” i „nadzieją”, a dziś jest
„tępą szklaną kulką” i „rozczarowaniem”. W czasie prezentacji książki
Stephan nie zostawiłana kanclerz suchej nitki za to, że – jak napisała –
nie dotrzymuje obietnic, od tych dotyczących reform w systemie
podatkowym i socjalnym, po ochronę klimatu. Autorce „Pomyłki" można
wytknąć brak rzeczowości i przesadę, ale trudno lekceważyć tę książkę.
Jest ona jak okrzyk złości, która ogarnęła wielu niemieckich wyborców.
Dowodem są wyniki wyborów w Hamburgu, w których partia Merkel uzyskała
najgorszy wynik w powojennej historii i straciła połowę głosów.
Konsekwencje tej porażki wykraczają daleko poza to hanzeatyckie miasto;
rządowa koalicja nie ma obecnie większości w izbie wyższej parlamentu
(Bundesracie), co jeszcze bardziej wiąże jej ręce. Paradoksalnie dzieje
się tak w chwili, gdy Niemcy zbierają najlepsze owoce polityki Merkel:
wzorcowo poradzili sobie z kryzysem finansowym, pod koniec 2010 r.
wzrost PKB sięgnął 3 proc., rośnie produkcja przemysłowa, spada liczba
plajtujących firm, bezrobocie zmalało do 7,9 proc., w niektórych
branżach brakuje rąk do pracy, a na unijnej arenie szefowarządu RFN
dyktuje warunki. Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Unijne ultimatum
Merkel staje się ofiarą własnych sukcesów. Opozycyjni socjaldemokraci z
SPD i postkomuniści z Lewicy odgrzewają hasła o solidarności i
rozwarstwieniu społeczeństwa, co wśród Niemców, latami rozpieszczanych
przywilejami socjalnymi, zawsze trafia na podatny grunt. Wytykają też
Merkel „samotny bieg" w Unii Europejskiej, a nawet zmianę kursu z
integracji na dezintegrację Europy.
Pralka pani kanclerz
Piotr Cywiński
Miało być wesoło: do biura Angeli Merkel przybyła gromada karnawałowych
błaznów. Oni w fantazyjnych strojach, tancerki w czerwonych
minispódniczkach robią szpagaty; pani kanclerz – w śmiertelnie poważnym,
czarnym stroju. Oni rozśpiewani i roztańczeni, ona z wymuszonym
uśmiechem na twarzy. Po ostatniej klęsce chadeków w wyborach lokalnych w
Hamburgu oraz kłopotach z członkami własnego gabinetu Angeli Merkel nie
jest do śmiechu.
Okrzyk złości
„Pomyłka" – taki tytuł nosi wydana właśnie książka Cory
Stephan. Na 204
stronach tłumaczy, dlaczego nie będzie głosować na Merkel, która kiedyś
była dla niej „nieoszlifowanym diamentem” i
„nadzieją”, a dziś jest
„tępą szklaną kulką” i „rozczarowaniem”. W czasie
prezentacji książki
Stephan nie zostawiłana kanclerz suchej nitki za to, że – jak napisała
–
nie dotrzymuje obietnic, od tych dotyczących reform w systemie
podatkowym i socjalnym, po ochronę klimatu.
Autorce
„Pomyłki" można
wytknąć brak rzeczowości i przesadę, ale trudno lekceważyć tę książkę.
Jest ona jak okrzyk złości, która ogarnęła wielu niemieckich wyborców.
Dowodem są wyniki wyborów w Hamburgu, w których partia Merkel uzyskała
najgorszy wynik w powojennej historii i straciła połowę głosów.
Konsekwencje tej porażki wykraczają daleko poza to hanzeatyckie miasto;
rządowa koalicja nie ma obecnie większości w izbie wyższej parlamentu
(Bundesracie), co jeszcze bardziej wiąże jej ręce.
Paradoksalnie
dzieje
się tak w chwili, gdy Niemcy zbierają najlepsze owoce polityki Merkel:
wzorcowo poradzili sobie z kryzysem finansowym, pod koniec 2010 r.
wzrost PKB sięgnął 3 proc., rośnie produkcja przemysłowa, spada liczba
plajtujących firm, bezrobocie zmalało do 7,9 proc., w niektórych
branżach brakuje rąk do pracy, a na unijnej arenie szefowarządu RFN
dyktuje warunki. Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Unijne
ultimatum
Merkel staje się ofiarą własnych sukcesów. Opozycyjni socjaldemokraci z
SPD i postkomuniści z Lewicy odgrzewają hasła o solidarności i
rozwarstwieniu społeczeństwa, co wśród Niemców, latami rozpieszczanych
przywilejami socjalnymi, zawsze trafia na podatny grunt. Wytykają też
Merkel „samotny bieg" w Unii Europejskiej, a nawet zmianę kursu z
integracji na dezintegrację Europy.
Te ostatnie zarzuty można
usłyszeć
także wśród członków Wspólnoty. Pani kanclerz zdołała przekonać
prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego do dopisania suplementu do
traktatu lizbońskiego, tzw. paktu dla konkurencyjności. Przewiduje on
tak istotne zmiany, jak konstytucyjne zakotwiczenie wielkości
budżetowego deficytu, ujednolicenie podatku od zysków, rozluźnienie
ochrony pracowników przed wypowiedzeniami, zniesienie obowiązującej
rewaloryzacji dochodów w sektorze budżetowym czy podwyższenie do 67
lat wieku emerytalnego.
Potrzebę zmian w polityce finansowej
dostrzega
wiele krajów UE, rozbieżności dotyczą zakresu zmian i harmonogramu. Ale
o ustaleniach Merkel z Sarkozym w nadmorskim Deauville pozostali
członkowie Wspólnoty dowiedzieli się z gazet. Niemcy są największym
płatnikiem funduszu stabilizacji (EFSF), z niemieckiej kasy płyną
największe sumy na wydobycie Grecji i Irlandii z finansowej zapaści. –
Niemcy powinny mieć prawo do przewodzenia w UE – oznajmiła bez ogródek
Merkel. Zabrzmiało to jak ultimatum: jeśli nie zostanie zaprowadzona
niemiecka dyscyplina przy zabezpieczaniu strefy euro przed zbiorowym
krachem, niech unijni bankruci i maruderzy radzą sobie sami.
Obronić euro
Czy plan Merkel będzie realizowany? Pakt dla konkurencyjności z
korektami czy bez zostanie przyjęty, bo państwa eurolandu nie mają
alternatywy. Ale bez problemów się nie obędzie. Wystarczy przypomnieć
demonstracje Greków przeciw cięciom budżetowym wymuszonym przez Berlin
czy zamieszki w Paryżu po ogłoszeniu planów podwyższenia wieku
emerytalnego.
Sama kanclerz Merkel znalazła się w klinczu: w kraju
nie
podoba się sukcesywne okrajanie przywilejów socjalnych i dokarmianie
zagranicznych bankrutów, a za granicą słychać zarzuty o „niemieckiej
arogancji".
„Jeśli euro poniesie klęskę, klęskę
poniesie cały europejski
projekt i same Niemcy" – przekonywała w Bundestagu szefowa rządu
RFN,
nakłaniając posłów do dodatkowych wydatków na rzecz państw w finansowych
tarapatach. Joschka Fischer, były lider opozycyjnych Zielonych i były
minister spraw zagranicznych, przyznaje Merkel rację, że konieczne jest
umacnianie stabilności euro, ale krytykuje ją, że nie potrafi dotrzeć do
ludzi. „Choć to my dźwigamy na naszych barkach główne obciążenia
finansowe, Niemcy popadły w UE w izolację, nie pamiętam bardziej
kompromitującej sytuacji od 1949 r.” – skwitował Fischer na łamach
„Der
Spiegel”.
Baron plagiatu
Notowania liberałów z FDP są wręcz katastrofalne i balansują na
granicy
5-proc. progu wyborczego. Nawet postkomunistyczna Lewica cieszy się
dwukrotnie większym poparciem w RFN. O przewodniczącym liberałów, szefie
MSZ i jednocześnie wicekanclerzu Guido Westerwelle głośniej było z
powodu jego niedawnego ślubu z partnerem Michaelem Mronzem niż za sprawą
politycznych dokonań czy pomysłów na wydobycie z dołka własnej partii.
Niemcy pamiętają mu też wypowiedzi o przyzwyczajeniu do państwowej
nadopiekuńczości. Westerwelle jest najgorzej ocenianym ze wszystkich
szefów dyplomacji w dziejach RFN i zamiast być podporą, ciąży na
popularności samej Merkel.
Podobnie jest z „baronem
plagiatu", jak
Niemcy ochrzcili błękitnokrwistego ministra obrony Karla-Theodora zu
Guttenberga, kiedy wyszło na jaw, że w swojej pracy doktorskiej
wykorzystał fragmenty cudzych opracowań bez podania autorów. Jeszcze
wczoraj bawarscy unici z CSU postrzegali go jako alternatywę dla Merkel,
dziś Guttenberg zdany jest na jej ochronę. Pani kanclerz łaskawie
stwierdziła, że „powołała go na ministra obrony, którego dobrze ocenia,
a nie na naukowego asystenta”. „Zgodnie z tą logiką,
hochsztaplerzy i
kanciarze są w przyszłości mile widziani w rządowym gabinecie” –
podsumował komentator „Süddeutsche Zeitung”. Pani kanclerz zyskała
dodatkowych wrogów, torpedując ideę własnej minister pracy Ursuli von
der Leyen, która chciała przeforsować limity wyborcze dla kobiet.
Merkel argumentowała, że sama jest przykładem, iż „kobiety mogą w RFN
robić kariery bez przeszkód, wystarczy tylko chcieć”.
Gdyby
wybory
odbyły się teraz, Merkel, żeby je wygrać, musiałaby stworzyć koalicję z
socjaldemokratami lub szukać porozumienia z Zielonymi. Ten ostatni
sojusz wykluczyły wydarzenia w Hamburgu, gdzie „testowa" koalicja
chadeków i Zielonych rozpadła się po dwóch latach, co wymusiło niedawne,
przedterminowe wybory. Hamburczycy oddali władzę SPD, która dzięki
absolutnej większości może rządzić samodzielnie. Sukces SPD pod wodzą
Olafa Scholza wywołał euforię w szeregach lewicy, która już widzi go w
roli następcy Merkel.
Koalicja obiecuje
Chadecko-liberalna koalicja próbuje odzyskać sympatię wyborców – parę
dni temu ogłosiła zamiar zmniejszenia podatków już od 1 stycznia 2013 r.
Zgodnie z zapewnieniem rzecznika finansowego CDU/CSU w Bundestagu
Klausa-Petera Flosbacha, skorzystają na niej głównie najmniej i średnio
zarabiający Niemcy. Wyborcy lubią takie obietnice, tylko czy to
wystarczy dla odzyskania społecznego poparcia? Można wątpić.
W
„pralce
Merkel", jak potocznie nazywany jest przeszklony budynek Urzędu
Kanclerskiego, trwa przepierka po hamburskim upadku. Wkrótce odbędą się
wybory w kolejnych sześciu landach. Jeśli chadecy nie zdołają poprawić
notowań, w Niemczech może powtórzyć się scenariusz z 2005 r., gdy po
regionalnych porażkach SPD kanclerz Gerhard Schröder zdecydował się na
przedwczesne wybory i stracił władzę.
Według sondażu
„Bilda", aż 60
proc. Niemców wierzy w powrót SPD. Jednak pogłoski o politycznej agonii
Merkel są przedwczesne. „Niezatapialna Angi” nieraz dowiodła, że
jest
mistrzynią taktyki i umie wyjść obronną ręką nawet z największych
opresji.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|