Miało być z pompą: na przedstawienie biografii
wschodzącej gwiazdy
niemieckiej polityki, ministra Karla Theodora Marii Nikolausa Johannesa
Jacoba Philippa Franza Josepha Sylvestra barona von und zu Guttenberga,
wybrano odpowiedni entourage – salę balową w ekskluzywnym hotelu Adlon.
Z jej okien roztacza się widok na triumfalną kwadrygę Bramy
Brandenburskiej i Urząd Kanclerski, w którym ten błękitnokrwisty polityk
miał według wielu zastąpić niebawem Angelę Merkel. Jednak z prezentacji
książki o błyskotliwej karierze Guttenberga i jego rządowych aspiracji
wyszły nici – impreza w Adlonie wyglądała jak stypa po byłym już
ministrze i niedoszłym kanclerzu Niemiec.
„Chciał być znakomity
we
wszystkim, także w tym, czego nie mógł dokonać, choć bardzo by chciał",
skwitował jeden z autorów książki o Guttenbergu Markus Wehner. Już po
jej wydrukowaniu w RFN wybuchł skandal. Okazało się, że praca doktorska
była tak marna, że Guttenberg nie zasługiwał na promocję, a mimo to
został do niej dopuszczony „na zasadach wyjątku”. Dopiero gdy
pojawiły
się zarzuty, że minister dopuścił się plagiatu, uniwersytet w Bayreuth
ponownie wziął doktorat pod lupę. Stwierdził „poważne naruszenia
obowiązku oznaczania materiałów źródłowych i cytatów” i pozbawił
Guttenberga tytułu. Wczoraj wielka nadzieja niemieckiej prawicy, dziś
wielki przegrany zyskał nowy tytuł: „barona plagiatu”. W efekcie
tej
kompromitacji zdruzgotany cichy rywal i niedoszły następca Merkel rzucił
ręcznik na ring. Jednak ogłaszanie jego politycznego pogrzebu byłoby
przedwczesne.
Absmak w CSU Politycy z siostrzanej bawarskiej partii
kanclerz Merkel (CDU) mają
pecha. Swego czasu ich murowanym kandydatem na kanclerza był słynny
premier Bawarii, minister obrony w gabinecie Konrada Adenauera Franz
Joseph Strauss. Ów „car Bawarii" nie zdołał jednak pokonać ani
lidera
SPD Helmuta Schmidta, ani późniejszego rywala z chadeckich szeregów
Helmuta Kohla, którego w wewnątrzpartyjnej rywalizacji nazywał
„cymbałem” i „antytalenciem”. Do kanclerskiego biurka
przymierzał się
później następca Straussa, Edmund Stoiber, i nawet przez chwilę czuł się
już szefem rządu Niemiec; gdy podczas wieczoru wyborczego w 2002 r.
ogłoszono pierwsze wyniki głosowania na jego korzyść, stanął przed
partyjnym tłumem skandującym „Kan-zler-Stoi-ber!” i podziękował za
swe
zwycięstwo. Jednak po godzinie okazało się, że wygrał kandydat lewicy Gerhard
Schröder. Stoiber opuścił wówczas berliński sztab wyborczy tylnymi
drzwiami i tej samej nocy wrócił do Monachium.
Najnowszą nadzieją
CSU
miał być znakomicie wykształcony, młody konserwatysta, nieskazitelny mąż
i ojciec, mający pieniądze, arystokratyczny tytuł i nienaganne maniery.
Dziś zamiast nadziei jest niedowierzanie.
Dzięki honorowemu
ustąpieniu
ze stanowiska Guttenberg ratuje resztki dobrego wizerunku. W chadeckiej
rodzinie CDU/ CSU nastąpiły ostre podziały na tych, którzy otwarcie
krytykują jego postawę, pozwalają sobie na szyderstwa i nie kryją
zadowolenia, że kanclerz Merkel odpadł groźny konkurent, i tych, którzy
stanęli w obronie byłego ministra. Za Guttenbergiem ujął się m.in. szef
CSU, premier Bawarii Horst Seehofer, który wytknął partii Merkel
„wbijanie gwoździ do jego trumny" i kazał im się wstydzić. Tyle że
Seehofer należy do grona tych, którzy nie powinni raczej zarzucać innym
bezwstydu. On sam królował swego czasu na czołówkach tabloidów, które
ujawniły jego podwójne życie: niedziele i święta spędzał z żoną i
dziećmi w Ingolstadt, a dni powszednie w berlińskim mieszkaniu z
kochanką, która notabene urodziła mu córkę. Pod presją opinii publicznej
Seehofer przeprosił żonę i wrócił na łono rodziny. Porzucona kochanka
straciła pracę w rządowej administracji i musiała zarejestrować się na
liście bezrobotnych. Obecna wpadka zu Guttenberga na nowo ożywiła w
Niemczech dyskusję o obłudzie polityków.
Premier Seehofer ma
nadzieję na
rychły polityczny comeback partyjnego kolegi. W jego ocenie Guttenberg
należy do „najgenialniejszych głów" i powinien dostać drugą szansę.
Seehofer wyobraża sobie nawet, że były minister przejmie po nim gabinet
premiera rządu Bawarii. Czas pokaże.
Hosanna i ukrzyżowanie
„My, chrześcijanie,
wiemy, jak blisko jest od hosanny do ukrzyżowania",
rzucił pod adresem kolegów z CDU europoseł z ramienia CSU Markus Ferber.
Sama kanclerz Merkel zachowuje powściągliwość. Chwali pracę ministra i
ubolewa, że odszedł. Przy okazji skandalu wyszło na jaw, ilu ukrytych
wrogów miał zdymisjonowany pupil Niemiec. Przeciwnicy pobuszowali po
internecie i wykryli aż 891 urywków ściągniętych przez doktoranta
Guttenberga z cudzych opracowań. „Ciekawe, jaki byłby efekt kontroli
doktoratów kanclerz Merkel czy wicekanclerza Westerwellego?”, kpią
internauci.
Niemieckim politykom nie jest bynajmniej do śmiechu.
Przypadek Guttenberga podważa zaufanie do całej klasy politycznej.
Nadprokurator Reiner Laib poinformował o badaniu możliwości pociągnięcia
byłego doktora praw do odpowiedzialności karnej za naruszenie praw
autorskich. Do prokuratury wypłynęło już w tej sprawie bez mała sto
skarg, w tym o dokonanie oszustw. Pod ostrzałem znalazła się także
Angela Merkel, której zarzucana jest hipokryzja – uwypuklanie zasług
Guttenberga „w budowie nowoczesnej Bundeswehry" i bagatelizowanie
jego,
jak sama określiła, „błędu”.
Czy Guttenberg, który
zrzekł się posady
ministra obrony oraz mandatu posła do Bundestagu, wyprzedził to, co
musiałoby nastąpić, i odpowie przed sądem za fałszywą pracę doktorską?
Czy bezpowrotnie odsunął się w cień polityki i pozostanie wyłącznie
panem na rodzinnych włościach przy pięknej i tak jak on błękitnokrwistej
żonie Stephanii?
Gutt-en Morgen?
Jego
zwolennicy już zwierają szeregi i liczą, że bulwarowe tytuły
„Gutt-bye" uda im się szybko przekuć na „Gutt-en
Morgen”. Obok doniesień
rujnujących dotychczasowy wizerunek Guttenberga pojawiły się w
internecie wezwania do organizowania od Monachium po Hamburg
demonstracji solidarności z byłym ministrem. „Chcemy pokazać, że jego
ustąpienie było niepotrzebne”, tłumaczy jeden z inicjatorów tego ruchu
Sebastian Clören. Według sondażu Infratest dimap 72 proc. Niemców uważa,
że Guttenberg powinien sobie zrobić przerwę, ale jednocześnie 60 proc.
nie miałoby nic przeciw ponownemu powierzeniu mu odpowiedzialnych
funkcji. Dziennik „Bayernkurier” już przepowiada: „On wróci,
i to nie
jako postać z tylnych rzędów”. Na razie jednak nie ma wielu chętnych do
solidarnościowych demonstracji na rzecz Guttenberga. Była przewodnicząca
rady Kościoła ewangelickiego w Niemczech, biskup Margot Kässmann,
podkreśla, że każdy musi mieć świadomość tego, co robi, i wynikających
stąd konsekwencji. Pani biskup wie, o czym mówi. Nie tak dawno sama
zrzekła się wszystkich piastowanych urzędów po tym, jak policja
przyłapała ją na prowadzeniu auta po pijanemu i odebrała jej prawo
jazdy.
W ostatnim dniu urzędowania na państwowej posadzie baron
zu
Guttenberg postanowił przekazać swe wynagrodzenie za marzec (30 962
euro) na pomoc rodzinom żołnierzy Bundeswehry poległych w zagranicznych
misjach. Na prezentację swej biografii w hotelu Adlon nie przybył. Jej
autorzy obiecali uzupełnienie dzieła opisem „afery plagiatowej".
Choć
„Blitzkarriere” Guttenberga skończyła się równie błyskawicznym
upadkiem,
z pewnością nie będą to ostatnie karty jego zawodowego życiorysu. Kto
choć raz zetknął się z byłym zwierzchnikiem sił zbrojnych w RFN, wie, że
potrafi przeć do celu jak niemiecki czołg Leopard. I na pewno powtarza w
duchu: to jeszcze nie koniec…