Piotr Najsztub:
Dlaczego teraz opublikował pan esej „Nasza przemoc, nasza zaraza" o
polskich faszystach i komunistach, których łączył w latach 30. duch walki ze
wspólnym wrogiem – demoliberalizmem. Bo coś się zbliża? Adam Michnik: Zbliża się od 1914
r., a nazwałbym to modernizacją przez dyktat, a nie przez uprawianie społecznej
kreatywności. Dziś od nowa trzeba sobie postawić te pytania i spróbowałem to
zrobić, sięgając do debat z lat 20. i 30. Wtedy elita młodego pokolenia z
pogardą odnosiła się do tego, co nazywała „demoliberalizmem", chciała
go zastąpić istniejącymi już wzorcami totalitarnych państw: Niemiec i ZSRR.
Dzisiaj chwilami słyszę w debatach podobny pogłos...
Że „szybciej", że
„natychmiast"?
Że to państwo jest właściwie nic niewarte, że to
jest imposybilizm, że „Polsko, przebudź się", bo ona
„śpi", że w gruncie rzeczy jest krajem rozczarowującym, że Polacy
sami z siebie nie są dumni, a nawet „czy warto być Polakiem?".
Podobnie 80 lat temu pisali intelektualiści
zarażeni komunizmem i faszyzmem, postulowali szybką naprawę państwa według zasad
tych dwóch ideologii. A czym zarażeni są dzisiejsi
niezadowoleni?
Rozczarowaniem do demokratycznej Polski. I to rozczarowanie
można rozumieć, bo jest wiele rzeczy, które nurtują nie tylko ich: skandale
korupcyjne czy skłonność do bezmyślnego patrzenia na sondaże.
Ale nie są zarażeni
ideologiami?
Są zarażeni tęsknotą za ideologiami.
Bo ich nie ma?
Nie
ma.
A ideą nie jest rozszerzająca się w
Europie fala populizmu i niezgoda na emigrantów?
Ale jaka to
ideologia?! Nie ma w tym spójnego projektu światopoglądowego, czyli tego, co
było w faszyzmie czy bolszewizmie.
Może
słowo „naród" odmieniane przez przypadki w końcu staje się taką
ideologią?
To nadal tylko tęsknota za ideologią. To raczej jest
przekonanie, że dzisiejsza Europa nie radzi sobie z wielokulturowością, dotarła
do pewnego kresu. To kłopoty filozofii skrajnej wolności i pewnego rodzaju
samozawstydzenia erą kolonializmu. A żyje dziś młode pokolenie, które z tym
wstydem nie ma już nic wspólnego, ten hamulec nie działa i robi się
niebezpiecznie. Jeżeli się popatrzy na kraje, wydawałoby się, najbardziej
stabilne: Skandynawia, Finlandia…
...gdzie dziś współrządzi partia Prawdziwi Finowie.
Potem Szwecja, Norwegia, Dania czy Holandia, ten upadający wzór
sukcesów demokracji wielokulturowej! Europa składa się z państw narodowych i to,
co przeżywa dziś w Europie kryzys, to państwo wielonarodowe, jak Belgia, i
państwo multikulturowe, jak Niemcy. To już przyznają i Angela Merkel, i Sarkozy,
i Cameron.
To może czeka nas droga
Węgier, rządzonych przez Wiktora Orbána, który przeforsował niemal
nacjonalistyczną konstytucję, ma za sobą pierwsze nacjonalizacje, próby
wpływania na media…
Bo o ile droga na Zachodzie
wiedzie przez kulturę polityczną typu Berlusconi, o tyle w naszym kręgu przez
kulturę polityczną typu Łukaszenka i Putin. I retoryka Orbána jest retoryką
lidera autorytarnej partii i autorytarnego państwa. To jest skupienie
wszystkiego na państwie i narodzie. Jednocześnie na świecie mamy też inne
sygnały. Przykład chiński, że jest możliwy ogromny sukces ekonomiczny bez praw
człowieka. I jest pytanie o granice rozwoju tego systemu. Czy w takich państwach
można tak rządzić bez końca? Moim zdaniem nie, bo gdyby tak było, to ta obecna
fala represji, którą obserwujemy w Chinach, łącznie z takim symbolicznym
aresztowaniem chińskiego Warhola...
Pokazuje strach władzy i jej kruchość?
Strach na
pewno. Więc spór o model przyszłości, także w Europie, jest otwarty. Jeżeli
zwyciężą reżimy populistyczne, czyli de facto autorytarne, to wszystko jedno,
czy będą typu Berlusconi, czy Łukaszenka.
Uważa pan, że ten rodzaj nacjonalizmu- -szowinizmu, który grozi
totalizmem, jakoś szczególnie dziś podnosi głowę w Polsce? Przecież te głosy
były zawsze, zawsze ktoś był zdrajcą.
To prawda, dwukrotnie
miałem lęk. Pierwszy raz to była koalicja u boku Wałęsy i rząd Olszewskiego,
jako jej rezultat, rząd skupiający tę publiczność, która nie cierpiała polskich
liberałów. A potem drugi raz lęk pojawił się wobec projektu IV RP, który został
zbudowany na totalnym odrzuceniu całego dorobku III RP.
Drobnostka, ale znamienna: zwolenników Olszewskiego i
tych dzisiaj skupionych wokół Kaczyńskiego łączy też jedno, oni zawsze śpiewają
„Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie", a nie „pobłogosław
Panie".
Bo oni uważają, że Polska nie jest wolna i tak
długo nie będzie wolna, jak długo Kaczyński nie będzie prezydentem, premierem i
prymasem naraz.
Kto jak kto, ale pan
powinien wiedzieć, jaką siłę mają ludzie, którzy wierzą, że walczą o wyzwolenie
kraju.
Wiem o tym i ja nie neguję tej siły. Jeden z
bohaterów mojego eseju też o to walczy, w 1937 r., wskazując na Niemcy
hitlerowskie jako wzór.
Więc jak z nimi
dyskutować, nie odbierając im prawa do patriotyzmu?
Jak dyskutować z
kimś, kto odrzuca dyskusję jako sposób dochodzenia do konsensusu czy kompromisu?
Trzeba powiedzieć tak – są tam ludzie, z którymi, na ich warunkach, nie da
się rozmawiać. Bo to jest takie dziwne skrzyżowanie fanatyzmu z cynizmem. Oni
mają oczywiście przekonanie, że bronią ojczyzny, religii, mają wsparcie dużej
części polskiego duchowieństwa, nawet niektórych biskupów, mają swoich poetów,
jak Rymkiewicz. Więc nie wolno tego, co oni mówią, lekceważyć. Mają realną siłę
i w pewnej konstelacji mogą wygrać, w Sejmie premier mówił o bardzo realnej
koalicji SLD z PiS. To prawdopodobne, zwłaszcza że w SLD widzę ludzi, którzy się
specjalnie nie różnią mentalnie...
Ale „narodu" na ustach nie mają.
Ale mają podobny
stosunek do państwa, naród zaś mogą mieć na ustach jutro jak kiedyś Moczar. Dla
nich polityka jest grą, która ma na celu zdobycie władzy i przejęcie państwa. I
kiedy się przyglądam komuś takiemu jak Czarzasty... Retoryka Jarosława
Kaczyńskiego jest inna, natomiast we wszystkim innym oni z Czarzastym mogliby
się w imię „wyższych wartości" porozumieć.
Wróćmy do tych, z którymi tak trudno się porozumieć,
a ich jest sporo i nie można ich ignorować.
Trzeba próbować rozmawiać z
tymi ludźmi, jeżeli jest cień dobrej woli z ich strony. A tego cienia nie ma np.
przy okazji trwającego sporu o Katyń: czy to ludobójstwo, czy zbrodnia wojenna o
charakterze ludobójstwa. Czytamy w „Rzeczpospolitej" teksty o lęku,
że podważana jest główna doktryna polska, że to było ludobójstwo, a nie zbrodnia
wojenna. Co to za doktryna, kto ją ogłaszał?! To jest przecież jakiś nonsens!
Nawet niektórzy biskupi twierdzą, że to
mit założycielski Polaków.
Jak mawiał mój ulubiony biskup: są ludzie i
ludziska, są księża i księżyska. I różni są biskupi.
Więc nie wchodzić w spory, czy to było ludobójstwo,
czy to była zbrodnia wojenna?
Nie, spokojnie przedstawiać swoje racje,
dlatego też, że to przecież nie chodzi o Katyń! Chodzi o to, czy był zamach, czy
go nie było? To jest mit założycielski tego obozu smoleńskiego, że był zamach,
zabili nam prezydenta, został zdradzony o świcie i poległ za wolną Polskę.
Potrafi pan spojrzeć na najtwardszych
zwolenników Kaczyńskiego jak na opozycjonistów, którzy uważają, że żyją w
świecie, którym jest opresyjny rząd i państwo?
I mówią, że jutro będą ich
aresztować, mordować, delegalizować? Co jest idiotyzmem kompletnie wyssanym z
palca!
A jeśli oni tak myślą, takie mają
strachy?
Oczywiście człowiek jest w stanie wmówić sobie, czy pozwolić na
mówienie sobie, różnych rzeczy absurdalnych. Jak teraz ten hel, wcześniej
sztuczna mgła. Kiedy jestem za granicą, nie bardzo wiem, co mówić, bo jak
objaśnić, że jedna czwarta naszego społeczeństwa po prostu uległa jakiejś
hipnozie?
Ale oni się uważają za
dzisiejszych „jedynych sprawiedliwych". Jak niegdyś członkowie
KOR…
Myśmy w KOR nie uważali, że jesteśmy jedynymi
sprawiedliwymi, tylko że są różne racje. A myśmy byli zdania, że na warunkach
dyktatury w polityce nie chcemy uczestniczyć. Ale dzisiaj nie ma
dyktatury!
Oni nazywają dzisiejsze
państwo dyktaturą Tuska, „dyktaturą zdrajcy Tuska".
Tak,
ale to jest kompletny absurd! Z tymi, którzy w to głęboko wierzą i na tej
płaszczyźnie chcą rozmawiać, nie ma rozmowy. Jednak myślę, że to jest taka
gorączka, która mija.
A jeśli nie minie?
Każda gorączka gdzieś ma swój kres. Pamiętam zauroczenie
milionów ludzi faszyzmem, a pojedzie pan do Chin i będzie rozmawiał z kimkolwiek
w moim wieku, to okazuje się, że wszyscy byli hunwejbinami i wierzyli, że
rewolucją kulturalną blokują drogę kapitalizmowi, który rządzi
światem...
Dla ludzi, o których mówimy,
nie będzie takiego momentu „sprawdzam", jak mieli chińscy komuniści.
Będzie, bo jeżeli po latach się okaże, że wszystko, co
opowiadał Kaczyński, to bajki z tysiąca i jednego popołudnia...
To się nigdy nie okazuje do końca. Jest jedyna
możliwość, że Kaczyński ich „zdradzi", to może będzie ich
„sprawdzam".
On nigdy ich nie zdradzi, bo żeby ten fakt
zaistniał, oni musieliby uznać, że zdradził.
A gdyby porozumiał się z PO?
To
też by im wytłumaczył taktyką. On działa na zasadzie charyzmatycznego lidera i
jego charyzma wymusza wiarę w niego. I młodzi Niemcy jeszcze w 1945 r. wierzyli,
że Führer wie, co robi, że wygrają wojnę. Wyznawca musi być bardzo dogmatycznie
uparty i jednocześnie niesłychanie aprobująco-elastyczny wobec poczynań
wodza.
Pan czegoś temu charyzmatycznemu
liderowi zazdrości?
Wszystkiego mu zazdroszczę!
Na przykład?
Urody, powodzenia u kobiet.
A tej charyzmy? Nie chciał pan nigdy
tak przewodzić tłumowi?
Nie. A tak naprawdę to ja mu
współczuję raczej, poniósł olbrzymią stratę. Śmierć Leszka to dla niego potworny
cios, jakby odrąbali panu rękę albo nogę. A po drugie, współczuję mu, że on,
człowiek niewątpliwie sprawny umysłowo, musi schodzić do poziomu politycznych
troglodytów i demonstrować wspólnie z tymi, którzy opowiadają te brednie. W
które on nie może wierzyć, bo jest zbyt sprawny intelektualnie...
„Jest gotowy do wielkich poświęceń dla
Polski" – tak mówią jego zwolennicy.
No i
pozwólmy im to mówić, mamy wolną Polskę. Wolność jest dla wszystkich: dla
mądrych i dla głupich, dla uczciwych i dla łajdaków, dla idealistów i dla
cyników, fanatyków i dla ludzi tolerancyjnych, wreszcie dla uczciwych i dla
kłamców.
Ich napędza też taka idea
homogenizacji narodowej: że stworzymy, zlepimy ten naród i on wtedy, jak pięść,
da radę naprawiać państwo...
Ale to fikcja, w dzisiejszym świecie nie ma
miejsca dla narodów zhomogenizowanych na tej zasadzie. Państwo z narodem
zhomogenizowanym istniało jako III Rzesza, gdzie było hasło „jeden naród,
jedno państwo, jeden wódz" i mówiło: ja decyduję, kto jest Żydem. Idea
narodu zhomogenizowanego może się zrealizować tylko jako totalitarny projekt. A
nie wierzę, żeby w Polsce można było uzyskać na to przyzwolenie.
Jak pan ucieka z pułapki krytykowania rządu i
równoczesnej niechęci do wspierania w ten sposób Kaczyńskiego?
Sprawa jest
prosta. Rząd trzeba krytykować wszędzie tam, gdzie on na to zasługuje, i to
robimy. To nie jest przybliżanie władzy Kaczyńskiego. Innej rady nie ma.
Ale równocześnie krytykując
rządzących, przybliża się władzę opozycji.
Nie, to jest
kwestia języka tej krytyki. Można mówić, że „zmarnowane cztery lata",
a można mówić o „skandalu z Rychem, Zbychem". Można mówić, że
„Targowica", a można mówić, że „źle się dzieje w
kolejnictwie”. I pokazywać te pomyłki. Dla rządu, który nie ma takich
zapędów robienia tego, co robił premier Kaczyński, minister Ziobro, mam
oczywiście więcej kredytu. Czym innym jest krytyka Sarkozy’ego, a czym
innym jest teza, że Le Pen czy komuniści byliby lepsi. Trzeba mieć jakąś
elementarną wyobraźnię dotyczącą kontekstu. I nie uważam, żebym krytykując
rozmaite absurdy, np. w PAP, które opisywaliśmy piórem Grzegorza Boguty,
przybliżał zwycięstwo Kaczyńskiego. Przybliżam możliwość ukrócenia tych
absurdów. Ale trzeba wszystko widzieć na tle tego, co się dzieje w całym
państwie.
Co pan sobie myśli, kiedy się
dowiaduje, że PiS będzie maszerowało z nacjonalistycznym „NOP-em"?
Już raz to myślałem, jak PiS wchodził w koalicję z Ligą
Giertycha i z Lepperem, że żądza władzy premiera Kaczyńskiego Jarosława nie ma
granic. I pamiętam bardzo dobrze, że ta sprawa była dużą zgryzotą dla Lecha. Co
dziś myślę? Że to jest kolejne nieodpowiedzialne igranie z ogniem.
Bo legalna partia może wprowadzić w legalny obieg
partię nacjonalistyczną?
Dokładnie. Nie nacjonalistyczną, to jest formacja
zbliżona do ONR, a w Polsce nacjonalizm nie jest przestępstwem, natomiast idee o
charakterze totalitarnym są po prostu zagrożeniem dla ładu. I spotyka ich ze
strony Kaczyńskiego daleko idące przyzwolenie dla ich postaw. A można o nim
mówić wiele rzeczy, ale nie, że jest idiotą. Doskonale wie, co to jest za
towarzystwo, wie, czym to grozi, a daje sygnał, że im wolno.
Jest na wojnie, a na wojnie wszystko
wolno.
Jeżeli rywalizację w demokratycznej Polsce traktuje się jak
wojnę, to wszystko wolno. Ale to jest nie tylko zbrodnia przeciw zdrowemu
rozsądkowi, ale to jest zbrodnia przeciw porządkowi demokratycznemu. Dzisiaj dla
autorytarno-nacjonalistycznej myśli nie powinno być moralnego przyzwolenia.
Jak to w praktyce realizować?
Mówię
jasno – z panami ja nie będę demonstrował. Tyle. Tak jak dzisiaj w Polsce
nie ma żadnego przyzwolenia moralnego dla rehabilitacji bolszewizmu czy
Stalina...
Widzi pan pojawiające
się przyzwolenie dla...?
Dla Hitlera nie, ale dla ONR tak.
I podziela pan pogląd prof.
Janusza Czapińskiego, który usłyszał wątki totalitarne w wystąpieniach
rocznicowych 10 kwietnia?
Oczywiście, że podzielam. Jestem w
tej niezręcznej sytuacji, że to jest proces, przed którym przestrzegałem przez
ostatnie 20 lat. To nie jest pierwszy raz. Krzaklewski wzywał na pomoc Polsce
Najświętszą Panienkę i mówił, że konstytucja jest jak „bolszewicka
nawała". To jest ten język, który napędza Rydzyk. Na dodatek w Polsce był
zawsze problem z definiowaniem tego, co się u nas dzieje.
Co u nas się dzieje?
W sensie społecznym,
politycznym, kulturowym my nigdy się nie przyglądaliśmy innym krajom: Litwie,
Węgrom dzisiaj czy przedtem krajom na Bałkanach. Nie docenialiśmy rozmaitych
zagrożeń, które z tych obserwacji płynęły dla nas. I dlatego czytam rozmaitych
młodych „pryszczatych" z nowego tygodnika, który wychodzi przy
„Rzeczpospolitej", że dla nich największym problemem Polski jest to,
że Jaruzelski i Kiszczak nie siedzą w więzieniu, nie zostali skazani. Dla mnie
to w ogóle nie jest problem!
Nazywają
pana ich „przyjacielem", więc trudno, żeby pan miał z tym problem,
tak to wygląda w ich oczach.
Niech oni mnie nazywają, niech plują, jak
chcą. Propagandy PRL-owskiej nie „przeplują". Chociaż zbliżają się do
niej.
Pan czuje silnie tę ich obsesję na
swoim punkcie?
Trudno powiedzieć, że ja czuję… Ona po prostu
jest.
Jako twórca salonu i salonowców,
ja też zresztą do salonu jestem „zapisany"...
Absolutnie! Jesteśmy rękami i nogami w salonie. I oni mówią dwie rzeczy
naraz: że „Gazeta" jest wszechpotężna i drugą, że już nie istniejemy,
skończyliśmy się...
A jak pan
reaguje na antysemickie zachowania wobec siebie, np. wpisy w internecie?
Wpisów nie czytam, dostaję takie listy. Dla mnie
antysemickie akcenty pod moim adresem są tym samym, czym były dla mojego szefa.
Czyli Antoniego
Słonimskiego.
Oczywiście, choć wedle stawu grobla… W gruncie rzeczy
one na mój temat nic nie mówią, mówią tylko wiele o tych, którzy to piszą.
Pokazywano mi, że kibole na stadionie wywiesili jakieś antysemickie hasła o
mnie, więc oni są na poziomie kiboli.
Jesienią wybory. Jest pan w stanie sobie wyobrazić rządy Jarosława
Kaczyńskiego?
Powtórzą się dzisiejsze Węgry.
Czyli nowa konstytucja, przede wszystkim naród,
omnipotentne i wszechwładne państwo…
Tak i „wypchnięcie
chwastów". Pojawiły się już zresztą w polskiej publicystyce od dawna
niesłyszane zdania, że „chwasty trzeba wyplenić" itd.
W praktyce, co to może oznaczać? Oprócz tego, że
wszędzie będą „nasi ludzie", bo to jest główny sposób przejęcia
państwa, czyli władzy.
Wszędzie „nasi" ludzie, a później
będziemy mieli to, co się nazywało kiedyś szczujność, czyli szukamy haków i
demaskujemy. Jak już się ogłosi, że Tusk i Komorowski są wrogami, to człowiek
będzie miał wybór: albo ich potępi publicznie i wtedy będzie mógł pracować, albo
ich nie potępi i stanie się de facto ich zwolennikiem i zdrajcą. Potem wrogiem
będą znajomi odszczepieńca, już nie sam Tusk, normalna kolej rzeczy.
Europa jak by zareagowała na taką
Polskę?
Dziś to jedne Węgry. Ale takie Węgry plus taka
Polska oznacza koniec Unii Europejskiej w dzisiejszym kształcie.
Dlaczego?
To jest oczywiste, ma pan wtedy
Europę dwóch prędkości.
Raczej
Europę, która zmierza w dwóch różnych kierunkach.
Dobrze, ja
to powiedziałem językiem europejskim, ale o to chodzi.
A Europa nie jest skazana na rozpad? Kłopoty
ekonomiczne, głębokie cięcia socjalne, narastające ruchy nacjonalistyczne,
egoizmy narodowe rosną w siłę.
Nie umiem tego wykluczyć, ale
nie uważam tego za pewnik. Oczywiście teraz Europa musi się oswoić ze swoją nową
sytuacją, ale może to pójść i tak, i tak. Ale mnie się wydaje, że korzyści z
przynależności do Unii są nieporównywalnie większe niż kłopoty, jakich Unia
przysparza. Tendencje antyeuropejskie to jest raczej – na razie –
taki „napędzacz" dla populistów. Choć nie uważam, żeby dzisiaj nasz
region był całkiem bezpieczny. Przyglądam się krajom postkomunistycznym, Europie
Zachodniej i widzę, że będziemy stawali wobec zagrożeń nowego typu.
Jakich?
Coraz więcej słyszę głosów ludzi
rozczarowanych porządkiem demokratycznym. Ja to trochę rozumiem.
I podzielam?
Nie
podzielam. Minęły 22 lata. To tyle, ile minęło od powstania warszawskiego do
listu biskupów polskich do niemieckich – epoka. I pokolenie mojego syna ma
prawo patrzeć na te ostatnie lata zupełnie inaczej niż moje, więc ich rozumiem.
Ale z tego, że rozumiem, nie wynika, żebym przestał uważać, że to
niebezpieczne.
Ma pan takie
poczucie, że na pana oczach świat, o który pan walczył i w końcu go wywalczył,
rozpada się albo może się rozpaść?
Tak może być zawsze. Mnie
studia historyczne nauczyły, że żadne zwycięstwo nie jest ostateczne, a też i
żadna przegrana nie jest raz na zawsze. W tym, co gadałem i pisałem przez te 22
lata, cały czas był ten czynnik przestrogi.
I to, przed czym pan przestrzegał, właśnie się zbliżyło?
Stale jest obecne. Ale po 10 kwietnia nie mógłbym z odpowiedzialnością
powiedzieć, że się tego zbliżania nie obawiam. Obawiam się. Trzeba odpowiedzieć
na pokusę modernizacji przez dyktat, autorytaryzm, w świecie, w którym ludzie
zaczynają narzekać na demokrację i jej konsensus. I tutaj bardzo wiele zależy od
nas samych, czy potrafimy znaleźć język mobilizacji.
Pan potrafi?
Próbuję. Dlatego z panem
rozmawiam. Żyjemy w świecie, w który wpisana jest uroda niespodzianki: kładziesz
się spać i budzisz się w innym świecie. Mubarak, Tunis, Kaddafi to ostatnie
przykłady.
Może powinniśmy patrzeć na to
z życzliwą ciekawością?
Tak, właśnie na tym polega uroda życia. Świat się
zawsze będzie zmieniać, tylko nie chciałbym, żeby na moich oczach znowu się
zmieniał na gorsze. Uważam te 22 lata za wielki sukces Polski. Oczywiście, jak
się to obejrzy z bliska, to nie wygląda wszędzie tak dobrze, ale z perspektywy
historycznej ma pan najlepsze 22 lata w historii Polski!
Panu łatwo tak mówić, bo jest pan „człowiekiem
sukcesu" – tak by odpowiedział dziennikarz „Uważam Rze".
To ja bym wtedy poprosił tego dziennikarza…
Jak pan
powiedział?
„Uważam Rze".
„Uważam ŁRzę", żeby mi pokazał lepsze 22 lata.
Miałby problem.