Listonosz z poczty przy Jagiellońskiej w
podwarszawskim Legionowie
poddał się we wtorek 14 czerwca. Zadzwonił do Tomasza Elbanowskiego ze
stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców i powiedział, że nie jest w stanie
przywieźć wszystkich listów, jakie nadeszły na adres stowarzyszenia.
–
Pojechałem na pocztę i przywiozłem 300 listów. W każdym z nich było
około 100 podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o zniesieniu
obowiązku szkolnego dla sześciolatków. W sumie 34 tys. – opowiada
Elbanowski.
– Szczęka nam opadła ze zdziwienia – dodaje jego żona Karolina.
– Bo
wcześniej listy przychodziły powoli, a tu nagle taka lawina.
W tamten wtorek liczba zebranych podpisów przekroczyła 100 tys.,
co
wystarcza, by złożyć projekt w Sejmie. W sumie jest już prawie 250 tys.,
a nowych ciągle przybywa. Do ich liczenia Elbanowscy zasiadają
wieczorem, kiedy już nakarmią, wykąpią i położą do łóżek dzieci.
Mają ich pięcioro: najstarsza Lea skończyła właśnie drugą klasę, a
najmłodszy Jonatan ma zaledwie rok. – Siedzimy do późnej nocy i
otwieramy te koperty. I wie pani co? To jest zaszczyt, bo tak rodzi się
społeczeństwo obywatelskie. Rodzice zamiast marudzić, że nic się nie da
zrobić, wzięli sprawy w swoje ręce – mówi Karolina.
Elbanowscy proszą,
by nie pisać o nich, tylko o ludziach, którzy w terenie koordynują
zbieranie podpisów. Koniecznie o Agnieszce Gralińskiej-Toborek z Łodzi,
która na początku roku dała im impuls do działania, mówiąc, że udało jej
się zebrać 600 podpisów pod obywatelskim projektem nowelizacji ustawy
oświatowej. I choć nie mieli wtedy czasu ani siły, by zajmować się
projektem, który od ponad dwóch lat leżał na półce, uznali, że nie mogą
tych kilkuset ludzi zawieść. O pomoc poprosili wtedy Krystynę Bulę z
Rudy Śląskiej, która od tamtej pory co wieczór zasiada do komputera i
rozsyła w Polskę informacje o akcji. A Barbara Frączek z Rzeszowa sama
zebrała ponad 5 tys. podpisów. – My naprawdę nie zrobiliśmy nic –
zarzeka się Tomasz.
Ratuj maluchy!
Nie byłoby jednak tych 211 tys. podpisów, gdyby nie cała
działalność
Elbanowskich. Mieli niespełna 30 lat, gdy w 2008 r. dowiedzieli się, że
minister edukacji Katarzyna Hall chce, by w ramach wyrównywania szans
edukacyjnych, od września następnego roku wszystkie sześciolatki poszły
obowiązkowo do szkoły. Przerazili się.
Elbanowscy – on
pracujący
dorywczo historyk, ona germanistka po Uniwersytecie Warszawskim
zatrudniona w lokalnej gazecie w Legionowie – wyobrazili sobie, że za
rok do pierwszej klasy pomaszeruje ich czteroipółletni wówczas syn
Joachim. I trafi do szkoły przepełnionej, w której po korytarzach razem
z pierwszakami biegają wyrośnięci gimnazjaliści. Karolina oświadczyła
wtedy mężowi, że „coś z tym trzeba zrobić". Założyli stronę
Ratujmaluchy.pl i zamieścili na niej protest przeciwko obniżeniu wieku
szkolnego. W ciągu kilku dni podpisało się pod nim tysiąc osób.
Elbanowscy już wtedy byli niezwykle skuteczni: dzwonili do dziennikarzy,
spotykali się z parlamentarzystami, pisali petycje. Zwolennicy reformy
przykleili im łatkę „oszołomów", którzy grając na emocjach, próbują
powstrzymać reformatorskie zapały MEN. Elbanowscy zawsze przewidywali
tylko czarny scenariusz ministerialnej reformy. A poza tym zdarzało im
się w dyskusjach używać dramatycznych apeli w rodzaju: „Nie odbierajmy
dzieciom beztroskiego dzieciństwa”.
Cel jednak osiągnęli:
Ministerstwo
Edukacji pozwoliło rodzicom, by jeszcze przez trzy lata, do 2012
r., to oni decydowali, czy chcą, aby ich sześcioletnie dziecko
rozpoczęło naukę. Ale nawet wtedy Elbanowscy nie zaprzestali
krytykowania zmian.
Kto nie lubi
rodziców
Narobili sobie wrogów, przede wszystkim w resorcie
edukacji. – Państwo
Elbanowscy od trzech lat walczą z ministerstwem – mówi kwaśno dyrektor
gabinetu politycznego w MEN Ligia Krajewska. I dodaje, że wprawdzie
popiera zaangażowanie obywatelskie, ale wolałaby, żeby było ono oparte
na prawdziwych przesłankach. A w tym przypadku nie jest. – Tym państwu
chodzi o to, by wykazać, że sześciolatki są niedojrzałe, a szkoły
nieprzygotowane na reformę. Ale skoro były dostosowane do potrzeb
siedmiolatków, to dlaczego niby nie są odpowiednie dla dzieci o rok
młodszych? – pyta Krajewska.
Jej zdaniem akcja zbierania
podpisów to
polityczna zadyma przedwyborcza. Dowód? Niedawne wypowiedzi nowego szefa
PJN Pawła Kowala oraz przedstawicieli PiS, że szkoły nie są w stanie
zagwarantować bezpieczeństwa dzieciom w wieku 6 lat.
Małżonkowie
mają
również chłodne stosunki z rzecznikiem praw dziecka. Marek Michalak
zapowiedział, że sprawdzi, czy szkoły są przygotowane na przyjęcie
sześciolatków, ale poparł obniżenie wieku szkolnego.
Najbardziej
zadarli
jednak ze słynną telewizyjną Supernianią, czyli psychologiem Dorotą
Zawadzką. W 2009 r. zarzucili jej, że jest niewiarygodna, bo reklamuje
margarynę, która – ich zdaniem – jest niezdrowa dla dzieci. Potem
oburzyło ich, że Zawadzka promowała nowy podręcznik do pierwszej klasy,
a jeszcze później zdenerwowała ich, mówiąc w telewizyjnym wywiadzie, że
to nie dzieci, a rodzice są nieprzygotowani do zmian.
Zlikwidujcie gimnazja
W ostatnich dniach
telefony Elbanowskich dzwonią niemal bez przerwy.
Ludzie chcą wiedzieć, kiedy i jak można zbierać podpisy (– Podpisy
składamy w Sejmie 4 lipca – informuje Karolina). W przerwie między jedną
a drugą rozmową karmi piersią małego Jonatana i mierzy gorączkę
Joachimowi.
– Trzy lata temu ruszaliśmy na pomoc
Joachimowi, a tymczasem
okazało się, że ratunek jest potrzebny również jego młodszej siostrze.
Sara ma 4,5 roku, jeśli nie powstrzymamy MEN, to w przyszłym roku będzie
musiała pójść do szkoły w podwójnym roczniku, jako jedna z najmłodszych
– mówi.
Tym razem trudno zarzucić Elbanowskim, że
wyolbrzymiają problem.
Z opublikowanego kilka miesięcy temu raportu Głównego Inspektoratu
Sanitarnego wynika, że blisko połowa z 14 tys. skontrolowanych
podstawówek (w Polsce jest ich 21 tys.) nie jest gotowa na
przyjęcie sześciolatków. Niektóre nie mają ciepłej wody, w innych
brakuje stołówek, a w jeszcze innych sprzęty są zbyt duże dla
najmłodszych uczniów. I małe są szanse, by gminy nadrobiły te opóźnienia
przed 1 września 2012 r.
Dorota Dziamska, nauczycielka i
konsultantka
nauczania początkowego, potwierdza: sytuacja w szkołach jest zła, wręcz
tragiczna. – Oczywiście w takich miastach jak Gdańsk czy Warszawa są
placówki wzorcowe, z salami komputerowymi, a nawet windami dla
niepełnosprawnych dzieci. Ale jest też wiele szkół, w których za
potrzebą idzie się do wychodka na zewnątrz – opowiada.
Ostatnio w sukurs
działaczom z Legionowa przyszedł nawet prof. Krzysztof Konarzewski z
Instytutu Badań Edukacyjnych, który trzy lata temu był entuzjastą
reformy. Dziś uważa, że należałoby znowelizować ustawę oświatową i
wydłużyć okres przejściowy, w którym rodzice decydują, czy chcą wysłać
dziecko do pierwszej klasy. – Jeśli w przyszłym roku do szkoły pójdą dwa
roczniki dzieci, będziemy mieć poważny problem – powiedział w wywiadzie
telewizyjnym.
Elbanowscy na pytanie, czy nie przesadzają z
krytyczną
oceną przygotowania szkół na przyjęcie sześciolatków, odpowiadają
zgodnie: – Jeśli my przesadzamy, to znaczy, że przesadza również 200
tys. ludzi, którzy podpisali się pod naszą ustawą. Nie da się stworzyć
ruchu społecznego. Albo jest zapotrzebowanie społeczne, albo go nie ma.
Teraz najwyraźniej jest.
Zapewniają, że ich akcja nie ma nic
wspólnego z
polityką: – Im lepiej poznajemy polityków, tym mniej ich cenimy. Nie,
nikt nam nie proponował startu w wyborach.
Maja
Majewska-Kokoszka,
mediator rodzinny z Gdańska, poznała Elbanowskich w czasie protestów w
2008 r. – Oni stali się już instytucją. Jeśli gdzieś samorząd chce
zlikwidować małą wiejską szkołę, rodzice dzwonią właśnie do nich z
prośbą o interwencję – mówi.
Ostatnio rodzice coraz
częściej dzwonią do
Elbanowskich z pytaniem, kiedy zajmą się likwidacją gimnazjów.
Odpowiadają, że najpierw muszą zakończyć sprawę podstawówek. Potem wezmą
się do gimnazjów.