Było gorąco. Od 8 do 17.30 non stop przed monitorem. Najtrudniej szło z
kontraktami terminowymi. Na tym rynku trzeba reagować błyskawicznie,
zatwierdzać transakcje, przelewać pieniądze z depozytu na depozyt, bo
kilka minut opóźnienia to strata. Sam się dziwię, że zdążyłem zaparzyć
sobie kawę i zamówić pizzę – wspomina sierpniowy czarny poniedziałek
31-letni Krzysztof Piróg z Wrocławia. Na giełdowych perturbacjach
powiększył swój kapitał o mniej więcej 30 proc. Piróg nie jest
milionerem, ale żyje z giełdy, i to całkiem przyzwoicie. Mówi, że
kluczem do sukcesu jest umiejętność obstawiania. Im precyzyjniej
obstawisz, że rynek akcji, obligacji czy surowców się załamie, tym
więcej zarobisz.
REKLAMA
Globalna ruletka
Podobne zakłady z losem na dużo większą skalę zawierają tacy
„inwestorzy" (z braku lepszych określeń tak nazywają ich media), jak
John Paulson czy Steven A. Cohen (szefowie funduszy hedgingowych) albo
banki Goldman Sachs i JPMorgan Chase. Na czym ich zakłady polegają?
Spróbujmy wyjaśnić na przykładzie operacji przeprowadzonej 21 lipca
przez tajemniczego „inwestora" (plotka głosi, że był to George Soros,
jego rzecznicy zaprzeczają). Za 850 mln dolarów kupił on tzw. kontrakty
terminowe na 10-letnie obligacje amerykańskie, czyli zarezerwował sobie
prawo ich nabycia po z góry określonej cenie w ustalonym terminie.
Liczył, że agencje w międzyczasie obniżą ocenę wiarygodności kredytowej
USA. Normalnie w takich wypadkach cena obligacji spada i na to też
liczyli inni obecni na rynku inwestorzy. On jednak założył, że tym razem
stanie się inaczej – to znaczy, że ich cena wzrośnie, a więc
będzie mógł je sprzedać drożej, niż za nie zapłaci. Tak się faktycznie
stało, gdy 6 sierpnia agencja Standard & Poor’s obniżyła rating USA.
Oczywiście przyjęte założenia mogły się nie sprawdzić i inwestor
straciłby pieniądze. Jednak fakt, że zaryzykował niemal miliard dolarów,
może świadczyć, iż był pewny swego. Zapewne – tak się robi w podobnych
sytuacjach – „zabezpieczył pozycje". To znaczy, że stawiając na wzrosty,
jednocześnie zainwestował w takie instrumenty, które pozwalają zarabiać
na spadkach. Mógł np. w podobny sposób obstawić na rynku walutowym
spadek kursu dolara wobec franka szwajcarskiego.
Gra na krach
Było gorąco. Od 8 do 17.30 non stop przed monitorem.
Najtrudniej szło z
kontraktami terminowymi. Na tym rynku trzeba reagować błyskawicznie,
zatwierdzać transakcje, przelewać pieniądze z depozytu na depozyt, bo
kilka minut opóźnienia to strata. Sam się dziwię, że zdążyłem zaparzyć
sobie kawę i zamówić pizzę – wspomina sierpniowy czarny poniedziałek
31-letni Krzysztof Piróg z Wrocławia.
Na giełdowych perturbacjach
powiększył swój kapitał o mniej więcej 30 proc. Piróg nie jest
milionerem, ale żyje z giełdy, i to całkiem przyzwoicie. Mówi, że
kluczem do sukcesu jest umiejętność obstawiania. Im precyzyjniej
obstawisz, że rynek akcji, obligacji czy surowców się załamie, tym
więcej zarobisz.
Globalna ruletka
Podobne zakłady z losem na dużo większą skalę zawierają tacy
„inwestorzy" (z braku lepszych określeń tak nazywają ich media),
jak
John Paulson czy Steven A. Cohen (szefowie funduszy hedgingowych) albo
banki Goldman Sachs i JPMorgan Chase.
Na czym ich zakłady
polegają?
Spróbujmy wyjaśnić na przykładzie operacji przeprowadzonej 21 lipca
przez tajemniczego „inwestora" (plotka głosi, że był to George
Soros,
jego rzecznicy zaprzeczają). Za 850 mln dolarów kupił on tzw. kontrakty
terminowe na 10-letnie obligacje amerykańskie, czyli zarezerwował sobie
prawo ich nabycia po z góry określonej cenie w ustalonym terminie.
Liczył, że agencje w międzyczasie obniżą ocenę wiarygodności kredytowej
USA. Normalnie w takich wypadkach cena obligacji spada i na to też
liczyli inni obecni na rynku inwestorzy. On jednak założył, że tym razem
stanie się inaczej – to znaczy, że ich cena wzrośnie, a więc
będzie mógł je sprzedać drożej, niż za nie zapłaci. Tak się faktycznie
stało, gdy 6 sierpnia agencja Standard & Poor’s obniżyła rating USA.
Oczywiście przyjęte założenia mogły się nie sprawdzić i inwestor
straciłby pieniądze. Jednak fakt, że zaryzykował niemal miliard dolarów,
może świadczyć, iż był pewny swego. Zapewne – tak się robi w podobnych
sytuacjach – „zabezpieczył pozycje". To znaczy, że stawiając
na wzrosty,
jednocześnie zainwestował w takie instrumenty, które pozwalają zarabiać
na spadkach. Mógł np. w podobny sposób obstawić na rynku walutowym
spadek kursu dolara wobec franka szwajcarskiego.
Tak zrobił
Mariusz
Patrowicz, jeden z najaktywniejszych polskich graczy. – Zainwestowaliśmy
z synem w parę dolar-frank kilka milionów złotych i w dwa dni mieliśmy 4
proc. zysku, ale nerwów trochę było – śmieje się Patrowicz. Równie
nerwowo byłoby, gdyby skorzystał np. z tzw. krótkiej sprzedaży. Polega
ona na tym, że inwestor, zakładając, że akcje bądź surowce potanieją,
pożycza je (najczęściej od banku), sprzedaje i czeka na spadki. Gdy do
tego dochodzi, odkupuje walory po niższych cenach i oddaje. Zysk to
różnica cen minus ustalona prowizja. Ostatnio krótkiej sprzedaży czasowo
zakazały Francja, Włochy, Hiszpania, Belgia, obawiając się
destabilizacji, jaką wprowadza na rynki. Dlaczego? Bo pojawia się grono
graczy zainteresowanych spadkami, można się na przykład obawiać, że będą
podsycali plotki o złej sytuacji nie tylko konkretnej firmy, ale i całej
gospodarki.
Jeszcze gorsze skutki daje tzw. naga krótka sprzedaż.
Polega
ona na sprzedaży akcji czy obligacji jeszcze… przed ich pożyczeniem. De
facto jest to obietnica dostarczenia „towaru", którego się nie ma.
Żeby
uniknąć straty, musimy go kupić taniej, niż „chodzi” na rynku w
chwili
zawarcia transakcji. Między innymi o podobnych instrumentach znany
inwestor Warren Buffett mówi, że to finansowa broń masowego rażenia. –
Można np. sprzedać 10 razy więcej obligacji skarbowych danego państwa,
niż to państwo w ogóle wyemitowało! To absurd! – oburza się Piotr
Kuczyński, główny analityk firmy Xelion. Skutki takiej hipotetycznej
operacji? Rynkowa cena obligacji spada, za to koszty, po których państwo
pożycza pieniądze, dramatycznie rosną.
Stresujące życie tradera
Oczywiście Paulson, Cohen czy Soros nie inwestują osobiście. Oni
tylko
„wypracowują strategię" i zajmują się „tworzeniem
relacji” z politykami,
by ci nie utrudniali im zarabiania pieniędzy. Od naciskania przycisków z
napisem „buy” i „sell” mają traderów. Traderów z kolei
motywacyjne
prowizje od zysków zachęcają do ryzyka.
– Rano wchodzisz w kilka kontraktów terminowych, idziesz do
starszego
tradera, informujesz go o swoich inwestycjach, a potem obgryzając
paznokcie, wpatrujesz się przez 12 godzin w ekran i czekasz, co będzie –
opowiada pracownik domu inwestycyjnego w londyńskim City. Sam, jak mówi,
obstawił wzrost indeksu S&P500, ale ten (rozmawiamy w czwartek 18
sierpnia) zaczął akurat lecieć w dół.
Stres i presja na wyniki na
pewno
nie ułatwiają racjonalnego podejmowania decyzji. Dlatego coraz częściej
ludzi zastępują komputery. – W naszej londyńskiej siedzibie nie znajdzie
pan rozgorączkowanych traderów nawet w czasie największych krachów.
Bardziej przydatni są programiści i… fizycy – stwierdza Jakub
Kaszuba,
polski przedstawiciel firmy inwestycyjnej Man Group.
Po co w funduszu hedgingowym zatrudniać fizyków? Bo mają lepszy kontakt
z rzeczywistością niż matematycy. Umieją przekładać namacalną
rzeczywistość na liczby. – Ale matematyków, statystyków czy
ekonometryków też zatrudniamy. Pracują w ośrodku badawczym w Oksfordzie
i wymyślają algorytmy, na bazie których komputer inwestuje pieniądze
klientów zgromadzone w funduszu o nazwie AHL i przeprowadza w sumie ok.
1,5 tys. transakcji dziennie. Czynnik ludzki sprowadza się do nadzoru
informatyków. Choć już na przykład wycofanie się z inwestowania w danym
kraju, jak to miało miejsce po trzęsieniu ziemi w Japonii, jest decyzją
naszą, nie programu – dodaje Kaszuba.
Jeśli giełda pikuje,
to komputer
„zajmuje krótką pozycję", czyli podąża za trendem, by nie tracić
pieniędzy. Efekt? Miliardy dolarów (w wypadku AHL – 24 mld)
przyśpieszają giełdowe spadki.
Wielka wyprzedaż
Niektórzy traktują giełdowe krachy jak okazyjne wyprzedaże.
Mariusz
Patrowicz od 8 sierpnia kupił akcji za ponad 100 mln zł. – Na takie
okazje mam rezerwę w portfelu – przyznaje. Biznesmen liczy teraz na
kilkusetprocentowe zyski. W podobnej sytuacji na działającej w sektorze
paliwowym firmie Skotan zarobił kiedyś ponad 1000 proc. – Nie wyczułem
„górki" i sprzedałem trochę za wcześnie. Zamiast tysiąca mogłem
mieć
trzy tysiące procent zysku – dodaje z żalem Patrowicz. Także Zbigniew
Jakubas, właściciel m.in. Mennicy Polskiej, był na zakupach. – Wybrałem
dwie porządne firmy. Uznałem, że spadek ich wartości giełdowej jest
zdecydowanie zbyt duży i cena wróci do niedawnych poziomów – mówi, choć
oczywiście nazw spółek nie wymienia.
Mistrzem Polski korzystania z
giełdowych wyprzedaży jest Roman Karkosik, numer pięć na liście 100
najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost". Gdy po wybuchu kryzysu
finansowego w 2008 r. wartość akcji firm z przemysłu motoryzacyjnego
znacząco spadła, natychmiast się nimi zainteresował. Niemal za bezcen
(70 mln zł) kupił Maflow, spółkę w tak złej kondycji, że rządził nią już
syndyk, a nie prezes. Za to świetnie pasowała mu do strategii wejścia do
grona największych producentów części samochodowych na świecie. Dziś
Maflow (produkuje przewody do klimatyzacji) to jeden z klejnotów
koronnych Karkosika.
Na wyprzedaże ruszają także drobni
inwestorzy. –
Ci, którzy w 2008 r. kupili akcje KGHM Polska Miedź po mniej więcej 20
zł, po trzech latach mogli je odsprzedać prawie 10-krotnie drożej. Z
kolei na ostatnich wahaniach, z użyciem kontraktów terminowych, można
było zarobić na KGHM prawie 300 proc. Podobnie na PZU – analizuje Marek
Wołos z Domu Maklerskiego TMS Brokers.
W piątek 5 sierpnia
spieniężyłem wszystkie akcje. Za chwilę nastąpił krach i za bezcen
kupiłem kilka fajnych spółek. Znów je spieniężę za dwa, trzy tygodnie –
cieszy się Damian Gastół, jeden z kilku tysięcy Polaków, których głównym
źródłem utrzymania jest giełda. Jego pierwsza inwestycja miała wartość…
100 zł, a on sam – jak mówi – jest „totalnym giełdowym
samoukiem".
Teraz, w dobie niepewnej sytuacji makroekonomicznej, ledwie zipiącej
gospodarki USA i strefy euro balansującej nad przepaścią, gwałtowne i
krótkotrwałe załamania oraz przeceny na giełdach będą zdarzać się
częściej. Zarówno ekonomiści teoretycy, jak i giełdowi inwestorzy
twierdzą, że już od kilku lat giełdy nie znają pojęcia stabilności. –
Musimy się przyzwyczaić do dużej zmienności na rynkach. Kiedyś krew się
lała na europejskich polach bitew. Dzisiaj takimi polami są giełdy i
rynki walutowe – opowiada obrazowo Roman Karkosik.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|