3 grudnia 2004 r. 20. rocznica katastrofy w indyjskim
Bhopalu. Wyciek z
należącego do firmy Union Carbide zbiornika z izocyjanianem metylu
(używanym do produkcji pestycydów oraz gumy) zabił dwie dekady wcześniej
ok. 20 tys. osób. – Czy teraz przyjmujecie odpowiedzialność za to, co
się stało? – pyta prezenter BBC w wywiadzie „na żywo"
przedstawiciela
Dow Chemicals, firmy, która przejęła Union Carbide.
– Tak. Przeznaczymy
2 mld dolarów, pozbywając się aktywów Union Carbide, by w pełni
zrekompensować szkody wyrządzone przez tę firmę. Nasi udziałowcy mogą
jednak ponieść delikatne straty – pada zaskakująca odpowiedź.
I
zaczyna
się. Światowe media obiega informacja, że szefowie jednej z największych
firm sektora chemicznego przywdziali pokutny worek. Inwestorzy wpadają w
panikę, nie wiedząc, jak tłumaczyć nagły zwrot w polityce firmy, która
dotychczas twierdziła, że w najmniejszym stopniu nie ponosi winy za
tragedię. Masowo wyprzedają akcje. Zaniepokojeni kontrahenci wydzwaniają
szefów koncernu. W końcu okazuje się, że… to wszystko nieprawda. Rzekomy
rzecznik firmy jest w rzeczywistości aktywistą walczącym o prawdę o
wydarzeniach z 1984 r.
Wpuszczenie na antenę blagiera to blamaż
poważnej stacji,
jaką jest BBC, ale to nic w porównaniu z kłopotami Dow Chemicals. Świat
przypomina sobie o tragedii i firma ponownie musi się z niej tłumaczyć.
Tylko czy do tego musiało w ogóle dojść?
Zepsułeś? Napraw
– Oczywiście, że nie – przekonuje Aleksandra Stasiak z firmy Omega
Communications, zajmująca się doradzaniem firmom w kwestiach Corporate
Social Responsibility (CSR), czyli społecznej odpowiedzialności biznesu.
– Gdyby tylko przestrzegano zasad, którymi powinna się kierować
społecznie odpowiedzialna firma, tragedii być może dałoby się uniknąć.
Społeczna odpowiedzialność polega przede wszystkim na zrozumieniu, że
działanie firmy dotyka jej „interesariuszy", czyli nie tylko szefów
i
akcjonariuszy, lecz także klientów i wszystkie podmioty, na których
przedsiębiorstwo wywiera wpływ. Ot, choćby tych mieszkających w okolicy
zakładów produkcyjnych – uważa Stasiak.
Według ekonomistów
tego typu
„koszty zewnętrzne" wiążą się z funkcjonowaniem prawie każdej
firmy.
Gdyby zatem w 1984 r. Union Carbide był firmą odpowiedzialną,
zabezpieczenia jej systemów produkcyjnych zapobiegłyby tragedii. A nawet
jeśliby do niej doszło, szefowie za punkt honoru przyjęliby pełną
rekompensatę wyrządzonych szkód, bez względu na to, kto ponosił za nie
bezpośrednią winę. Woleli jednak wypierać się odpowiedzialności, a w
kwestii pomocy ofiarom robić tylko tyle, ile wymagało od nich kulawe
indyjskie prawo.
Chociaż przykład Union Carbidepowinien stanowić
przestrogę dla szefów pozostałych firm, balansujących na granicy etyki
biznesu, przypadek Coca-Coli i BP pokazuje, że najlepiej uczy się na
własnych błędach. Ci pierwsi przez lata pozwalali, by indyjska filia
Coca-Coli niszczyła środowisko wokół swoich zakładów. Co prawda
Coca-Cola nigdy nie przyznała się do winy, ale protesty społeczności
lokalnej wsparte działaniami organizacji pozarządowych sprawiły, że w
2003 r. rząd Indii zamknął jeden z największych zakładów firmy, a w
zeszłym roku nałożył na nią 47 mln dolarów kary.
W wypadku BP z
kolei
wydawało się oczywiste, że firma wydobywająca ropę z dna morskiego, a
więc prowadząca ryzykowne działania, ma zasady CSR w małym palcu. W
kwietniu 2010 r. okazało się jednak, jak zawodne były wymogi
bezpieczeństwa koncernu. Doszło do wybuchu na platformie wiertniczej w
Zatoce Meksykańskiej i olbrzymiego wycieku ropy. Szkody? Śmierć 11 osób,
zanieczyszczenie wód oceanu, śmierć setek tysięcy ryb i ptaków.
Gdy
znane już były tragiczne skutki wycieku, BP odmówiło wzięcia na siebie
realnej odpowiedzialności. Koszty rekompensat i rekultywacji środowiska
dwukrotnie przekraczają wyasygnowane przez BP 20 mld dolarów, więc muszą
je ponosić również amerykańscy podatnicy. Sama firma wciąż nie
otrząsnęła się po stratach. Obecnie giełdowa kapitalizacja BP jest o 40
proc. mniejsza niż przed tragedią.
Słowa, słowa, słowa
Między koncernami
BP a Union Carbide jest jednak ważna różnica. Koncern
BP wypadł lepiej, jeśli chodzi o to, w jaki sposób komunikował się ze
światem po tragedii. Gdyby słuchać jego przedstawicieli, można by się
spodziewać, że BP rzeczywiście pokryje wszystkie wynikłe koszty.
Niestety, rozdźwięk pomiędzy deklaracjami a czynami ocenia się jako zbyt
duży.
– Rozumienie CSR jako i wyłącznie wzniosłych deklaracji jest spłyceniem
tego pojęcia. Firma i jej pracownicy muszą oczywiście mieć czarno na
białym wypisane wartości, którymi mają się kierować, ale to nie
wystarczy – przekonuje Aleksandra Stasiak. Enron, niegdyś gigant sektora
energetycznego, podobnie jak wiele innych amerykańskich koncernów miał
rozbudowany kodeks etyczny.
Niestety, 65 stron szumnie brzmiących
deklaracji o poszanowaniu standardów moralnych i prawnych nie przełożyło
się na równie etyczne działania. Efekt? W 2001 r. po ujawnieniu
nieprawidłowości finansowych firma, przez lata zajmująca wysoką pozycję
na liście 100 najlepszych pracodawców w USA, ogłosiła bankructwo.
Spektakularny upadek, którego koszt szacowany jest na 63 mld dolarów, to
nie tylko ciekawe „case study" w podręczniku zarządzania, lecz
także
dramat kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy stracili pracę i
oszczędności (głównie akcje firmy, których cena spadła z 90 do 4
dolarów). Na pieńku z zasadami CSR miewały kiedyś również inne firmy,
m.in. koncerny wydobywające gaz łupkowy oraz agencje ratingowe i banki
inwestycyjne.
Zapominały, że CSR oznacza pełną odpowiedzialność
za swoje
działania i ich efekty – zamierzone bądź niezamierzone. Co ciekawe, w
opinii przeciętnego Kowalskiego (badania GFK Polonia, maj 2010 r.) pod
pojęciem społecznej odpowiedzialności biznesu kryje się przede wszystkim
dobre traktowanie pracowników, uczciwe płacenie podatków, zatrudnianie
osób niepełnosprawnych i dbanie o środowisko. Dodatkowe aktywności,
które firmy eksponująjako działania typu CSR, czyli np. wspieranie
lokalnych społeczności, sportu czy kultury, są dla Kowalskiego mniej
istotne. Większość respondentów uważa też, że CSR to dla firmy przede
wszystkim kwestia wizerunkowa, która ma na celu tak naprawdę zwiększenie
zysków.
Tylko PR?
Eksperci zgodnie przekonują, że CSR nie jest wyłącznie elementem
marketingu, choć może nawet powinien być tak wykorzystywany. – Jeśli
firmy robią coś dobrego, powinny o tym mówić. Załóżmy, że jakaś firma
robi wszystko, by jej produkty były jak najbardziej ekologiczne. Skąd
konsument miałby o tym wiedzieć, gdyby nie przeprowadziła na ten temat
kampanii informacyjnej? – pyta retorycznie Aleksandra Stasiak. Problem w
tym, że firmy nie zawsze umiejętnie dobierają działania CSR-owe do
profilu swojej aktywności, chociaż coraz lepiej rozumieją, jak włączyć
CSR do codziennej działalności. Ubezpieczyciel prowadzi np. kampanie
uczące dzieci i młodzież bezpiecznego zachowania na drodze, a firma
kurierska pomaga dostarczać żywność do biednych rejonów świata.
Jak
jednak pogodzić CSR z podstawowym celem przedsiębiorstwa, jakim jest
przecież zarabianie pieniędzy? W praktyce biznesmeni dzielą się na dwa
typy. Tacy jak Warren Buffett, Bill Gates czy Richard Branson są w
stanie przeznaczyć miliardy dolarów na działalność charytatywną,
edukację czy pomoc rozwojową dla biednych krajów.
Tacy jak Carlos
Slim
Helú, najbogatszy człowiek świata, poprzestają po prostu na robieniu
biznesu. – Gates pomógł innym bardziej, produkując komputery, niż
rozdając swój majątek – przekonywał Slim Helú w jednym z wywiadów. Jak
mawiał słynny ekonomista Milton Friedman: „podstawowym społecznym celem
biznesu jest zwiększanie zysku". W końcu na odszkodowania trzeba
najpierw zarobić…