Zanim wpuściła mnie do jego gabinetu, Trudy –
legendarna wieloletnia
asystentka Zbigniewa Brzezińskiego – obrzuciła mnie cierpkim spojrzeniem
od stóp do głów. Nie bardzo chyba wierzyła, że nie zmarnuję cennego
czasu jej szefa.
Byłem oczywiście ubrany w świeżo wyprany
garnitur,
koszulę i bardzo konserwatywny krawat w paski.
Spotkanie z
profesorem to
trudne doświadczenie. Brzeziński jest zawsze niezwykle uprzejmy dla
swoich rozmówców. Ale jego stalowo zimne oczy wysyłają ostrzeżenie:
„Jeśli się okaże, że nie jesteś dobrze przygotowany do tej rozmowy,
zgniotę cię jak robaka".
Wśród polskich
dziennikarzy krąży opowieść o
pewnym nieszczęśniku, który zadawał profesorowi zbyt długie pytania
mające wykazać elokwencję pytającego. Brzeziński zirytował się tym do
tego stopnia, że do końca rozmowy na każde pytanie odpowiadał wyłącznie
„tak" lub „nie". Wywiadu nie dało się potem opublikować.
Dostałem wtedy
od Trudy pół godziny na rozmowę. Wywiad nagrywałem dla pewności na dwa
dyktafony jednocześnie. Kiedy wyszedłem z biura profesora przy K Street,
kilka przecznic od Białego Domu, odsłuchałem oba. I okazało się, że oba
urządzenia nawaliły. Słychać było jedynie szum.
Chciało mi się
płakać.
Panicznie bałem się prosić Brzezińskiego o powtórzenie wywiadu, do dziś
bym się na to nie odważył. Usiadłem na ulicy, na krawężniku, i z pamięci
spisałem cały wywiad. Profesor bez słowa autoryzował rozmowę, a Trudy z
czasem zaczęła się nawet do mnie uśmiechać.
Bój się profesora
Waszyngton jest miastem ludzi pewnych siebie. Wiedzą oni, czego
chcą,
wierzą, że im się to należy, i mają plan, jak swoje ambicje zrealizować.
Nawet na tle tego tłumu Brzeziński wyraźnie się wyróżnia. W mieście, w
którym poziom adrenaliny mieszkańców jest w okolicy poziomu adrenaliny
piłkarzy grających w finale mundialu, Zbigniew Brzeziński jest jednym z
najbardziej szanowanych, ale jednocześnie budzących strach i niechęć
ludzi.
Brzezińskiego boją się naprawdę wszyscy. No, może z
wyjątkiem
Henry’ego Kissingera, odwiecznego rywala Brzezińskiego w walce o tytuł
najmądrzejszego nestora amerykańskich specjalistów od polityki
zagranicznej. Kiedyś z wysokiej rangi polskim politykiem rozmawiałem o
planach jego wizyty w Waszyngtonie. Miał spotkania na bardzo wysokim
szczeblu w Białym Domu i w Departamencie Stanu, ale najbardziej
stresował się rozmową z profesorem. – Co ja zrobię, jak palnę jakąś
głupotę? No nic, tylko w łeb sobie strzelić – mówił.
Wysoki,
postawny,
szczupły, rzadko się uśmiecha, zawsze niezwykle uprzejmy, ale zawsze
równie chłodny. Ludzi, którzy go nudzą lub irytują, potrafi usadzić
jednym spojrzeniem.
Kilka lat temu w programie telewizji
śniadaniowej
prowadzący z nim rozmowę dziennikarz wdał się z Brzezińskim w polemikę
dotyczącą sytuacji w Strefie Gazy. Gdy dziennikarz stwierdził, że
administracja George’a Busha nie ponosi odpowiedzialności za pogorszenie
się sytuacji na Bliskim Wschodzie, Brzeziński z uśmiechem na twarzy i ze
stalowo zimnymi oczami powiedział: – Wiesz co? Masz tak zdumiewająco
powierzchowną wiedzę na ten temat, że słuchając cię, po prostu się
wstydzę.
W pracy jest taranem. Nie tyranem, lecz właśnie taranem.
Spycha
na bok wszystkich, którzy – według niego – przeszkadzają w
osiągnięciu
celów. Sam nie lubi porównań z Henrym Kissingerem, ale
obaj znani byli z tego, że pracując w Białym Domu, niepodzielnie, wręcz
dyktatorsko rządzili polityką zagraniczną. Obaj zepchnęli na boczny tor
sekretarzy stanu, obaj zazdrośnie strzegli dostępu do prezydenta.
Jego
siłę odczuli na własnej skórze polscy politycy podczas kampanii na rzecz
wejścia Polski do NATO w latach 90. Brzeziński pozostawał wówczas jak
zwykle w cieniu, ale każdy polski polityk odwiedzający Waszyngton bywał
w jego biurze. Profesor potrafił ostro besztać rozmówców, zarzucając im
opieszałość lub niezrozumienie priorytetów. Gdy polscy politycy spierali
się np. o to, czy rehabilitować płk. Ryszarda Kuklińskiego skazanego
zaocznie na śmierć za szpiegostwo na rzecz CIA, Brzeziński taktownie,
ale zdecydowanie wbijał do głów kolejnym swoim gościom z Warszawy, że
pułkownika rehabilitować trzeba. Pierwsze spotkanie polskich urzędników
z Kuklińskim odbyło się w biurze profesora.
Tańczący z wrogami
W swojej nowej biografii Brzezińskiego Andrzej Lubowski pisze, że
Amerykanie, z którymi rozmawiał w USA o Brzezińskim, „częściej czują do
niego szacunek niż sympatię": – Niezwykła pewność siebie, żelazna
logika, wysokie wymagania wobec innych, niska tolerancja dla głupców,
pustosłowia i hipokryzji sprawiały i sprawiają, że przyklejano mu
notorycznie etykietę aroganta.
Bardzo trudno jest znaleźć w Waszyngtonie prywatnych przyjaciół
Brzezińskiego. Profesor chroni swoją prywatność – zaszczytu wizyty w
jego podwaszyngtońskim domu dostąpiło naprawdę niewielu.
Łatwo za
to
znaleźć jego wrogów. Są wszędzie. To dziennikarze, którym Brzeziński
zarzucił brak wiedzy, oraz byli urzędnicy i politycy oskarżeni przez
niego o cynizm lub politykierstwo. Andrzej Lubowski uważa, że Brzeziński
był jednym z najbardziej błyskotliwych doradców ds. bezpieczeństwa
narodowego w historii Białego Domu, ale nawet on sam przyznaje, że
profesor jest jednocześnie powszechnie uważany za osobę niezwykle
kontrowersyjną.
Postawiono mu dwa najpoważniejsze zarzuty, jakie
może
usłyszeć amerykański polityk – o antysemityzm i molestowanie seksualne.
Oba całkowicie bzdurne, oba potrzebne wrogom Brzezińskiego.
Zarzut
antysemityzmu wziął się z przekonania Brzezińskiego, że Izrael nie
zapewni sobie bezpieczeństwa, po prostu zajmując kolejne kawałki ziemi,
lecz negocjując pokój z Palestyńczykami. To przekonanie wynikało z
zimnej analizy sytuacji, a nie z jakichkolwiek osobistych przekonań
Brzezińskiego. Krytyka rządów Izraela ściągnęła jednak na jego głowę
gromy.
W samym Izraelu nikt poważny tych zarzutów nie podtrzymuje
– gdy
domniemany antysemityzm Brzezińskiego był tematem numer jeden wśród
waszyngtońskich plotkarzy, przebywający akurat wstolicy USA Menachem Begin w
geście poparcia spotkał się z Brzezińskim, by wręczyć mu dokumenty dotyczące
jego ojca, dyplomaty II RP, który na placówce w Niemczech w latach 30.
uratował życie wielu uciekającym przed nazizmem Żydom.
W1979 r.
znana reporterka „The Washington Post" oskarżyła Brzezińskiego,
wówczas pracującego w Białym Domu, o to, że obnażył się przed „pewną
reporterką" i zaproponował jej współżycie. Rozpętało się piekło –
ale tylko na jeden dzień. Następnego dnia „The Washington Post"
przeprosił Brzezińskiego, twierdząc, że opisane zdarzenie w ogóle nie miało
miejsca. Autorka oskarżeń tłumaczyła się, że owydarzeniu usłyszała z drugiej
ręki.
Doradca z cienia
W przeciwieństwie do wielu byłych wysokich urzędników Białego
Domu
Brzeziński nie jest celebrytą w świecie waszyngtońskiej polityki. Nie
udziela się publicznie poza wywiadami. W USA do dziś nie ukazała się ani
jedna biografia Brzezińskiego ( jest co najmniej 12 biografii
Kissingera).
Jemu samemu brak takich oznak uznania wydaje się
zupełnie
nie przeszkadzać. Syn polskiego imigranta w Kanadzie zdobył swoją
pozycję – miał biura oddalone 20 metrów od Gabinetu Owalnego –
wbrew
stereotypom, uprzedzeniom i bardzo licznym przeszkodom, od własnego
trudnego charakteru począwszy.
Doradza prezydentom, premierom,
ministrom, ale robi to, zazwyczaj pozostając w cieniu. Każda jego
książka jest wydarzeniem szeroko komentowanym w mediach, lecz sam
Brzeziński po odejściu z Białego Domu na początku lat 80. nie miał już
szans na żadne publiczne stanowisko.
Andrzej Lubowski ma rację,
twierdząc, że w przeciwieństwie do wielu polityków Brzeziński nigdy
nikomu nie sprzedał swoich poglądów i płacił za to wysoką cenę. Można i
należy podziwiać Brzezińskiego za wiedzę i przenikliwość analityka. Ja
jednak podziwiam profesora najbardziej właśnie za tę bezkompromisową,
wręcz arogancką wolę walki o swoje.
I nie mam wątpliwości, że
historycy
zastanawiając się, w jaki sposób Ameryka doszła do tak dominującej
pozycji w XX w., będą studiować biografie właśnie takich ludzi jak Zbig
Brzeziński, syn polskiego konsula w Charkowie.
Autor jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej"