Sprzedajemy iluzję. Iluzję miłości. Kobieta musi ją tworzyć, inaczej nie
ma za co żyć – mówi w jednym z wywiadów Armin Lobscheid, właściciel
Paschy, największego burdelu w Europie. Daje pracę, a także zapewnia
komfortowe warunki i opiekę medyczną ponad 120 sekspracownicom, które w
jego 12-piętrowym przybytku zadowalają 365 tys. klientów rocznie. Jest
piętro „usług niskokosztowych", piętro transseksualistów. Wszystko,
czego ciało zapragnie.
Lobschied nie ukrywa nazwiska ani twarzy. W Kolonii, gdzie prowadzi
biznes, jest przedsiębiorcą, bo w Niemczech seksbiznes jest legalny. W
Polsce byłby sutenerem. Przestępcą, któremu grozi do trzech lat
więzienia.
REKLAMA
Errare humanum est
– U nas prostytucja to szara, niekontrolowana strefa. Zepchnięcie
jakiegoś rynku do szarej strefy zawsze daje pole do popisu mafii. Efekty
prohibicji alkoholowej lat 20. w Stanach pan pamięta? – pyta retorycznie
poseł i rzecznik prasowy Ruchu Palikota Andrzej Rozenek. To on złożył
propozycję, by „zalegalizować sutenerstwo".
– Wolę mówić o rynku usług erotycznych – łagodzi retorykę Rozenek. –
Wszyscy wiedzą, że w agencjach towarzyskich nie gra się w warcaby, tylko
uprawia płatny seks. Wszyscy wiedzą, kto na tym zarabia, a skarb państwa
nie ma z tego ani grosza. Zróbmy coś z tym. Najlepiej przed Euro 2012,
czyli wielką mobilizacją seksbiznesu – peroruje poseł. Że „coś" zrobić
trzeba – to pewne. Żyjemy w legislacyjnej schizofrenii: kobieta nie
łamie prawa, uprawiając seks za pieniądze, ale jej usługi nie mogą być
przedmiotem sformalizowanych transakcji. W praktyce państwo daje
prostytutkom przywilej niepłacenia podatków. Natomiast działalność
stręczycieli (osób namawiających kobiety do nierządu), sutenerów (osób
czerpiących korzyści z czyjegoś nierządu) i kuplerów (osób ułatwiających
nierząd), choć zakazana, kwitnie w najlepsze. Bo jak udowodnić komuś, że
zarabia na prostytutkach, skoro są one z nim w zmowie albo przez niego
zastraszone? Sutenerzy lądują w więzieniu tylko, gdy podkabluje ich
konkurencja albo pyskata i odważna prostytutka. Czyli rzadko. – Temu
środowisku przydałyby się jakieś regulacje. Zamykanie oczu na
prostytucję nie sprawia, że przestaje ona istnieć. Zalegalizujmy ją! –
przyklaskuje pomysłowi Ruchu Palikota Paweł O., właściciel jednej z
warszawskich agencji towarzyskich. Sutener. Nie myśli o sobie jako o
przestępcy. Raczej jako o realiście – jest popyt, to jest i podaż. Że
prostytucja to zło? – Zgadzam się, ale errare humanum est, błądzić jest
rzeczą ludzką – odpowiada filozoficznie.
Seks na fakturę
Sprzedajemy iluzję. Iluzję miłości. Kobieta musi ją
tworzyć, inaczej nie
ma za co żyć – mówi w jednym z wywiadów Armin Lobscheid, właściciel
Paschy, największego burdelu w Europie. Daje pracę, a także zapewnia
komfortowe warunki i opiekę medyczną ponad 120 sekspracownicom, które w
jego 12-piętrowym przybytku zadowalają 365 tys. klientów rocznie. Jest
piętro „usług niskokosztowych", piętro transseksualistów. Wszystko,
czego ciało zapragnie.
Lobschied nie ukrywa nazwiska ani twarzy. W Kolonii, gdzie prowadzi
biznes, jest przedsiębiorcą, bo w Niemczech seksbiznes jest legalny. W
Polsce byłby sutenerem. Przestępcą, któremu grozi do trzech lat
więzienia.
Errare humanum est
– U nas prostytucja to szara, niekontrolowana strefa. Zepchnięcie
jakiegoś rynku do szarej strefy zawsze daje pole do popisu mafii. Efekty
prohibicji alkoholowej lat 20. w Stanach pan pamięta? – pyta retorycznie
poseł i rzecznik prasowy Ruchu Palikota Andrzej Rozenek. To on złożył
propozycję, by „zalegalizować sutenerstwo".
– Wolę mówić o rynku usług erotycznych – łagodzi retorykę Rozenek.
–
Wszyscy wiedzą, że w agencjach towarzyskich nie gra się w warcaby, tylko
uprawia płatny seks. Wszyscy wiedzą, kto na tym zarabia, a skarb państwa
nie ma z tego ani grosza. Zróbmy coś z tym. Najlepiej przed Euro 2012,
czyli wielką mobilizacją seksbiznesu – peroruje poseł.
Że
„coś" zrobić
trzeba – to pewne. Żyjemy w legislacyjnej schizofrenii: kobieta nie
łamie prawa, uprawiając seks za pieniądze, ale jej usługi nie mogą być
przedmiotem sformalizowanych transakcji. W praktyce państwo daje
prostytutkom przywilej niepłacenia podatków. Natomiast działalność
stręczycieli (osób namawiających kobiety do nierządu), sutenerów (osób
czerpiących korzyści z czyjegoś nierządu) i kuplerów (osób ułatwiających
nierząd), choć zakazana, kwitnie w najlepsze. Bo jak udowodnić komuś, że
zarabia na prostytutkach, skoro są one z nim w zmowie albo przez niego
zastraszone? Sutenerzy lądują w więzieniu tylko, gdy podkabluje ich
konkurencja albo pyskata i odważna prostytutka. Czyli rzadko.
– Temu
środowisku przydałyby się jakieś regulacje. Zamykanie oczu na
prostytucję nie sprawia, że przestaje ona istnieć. Zalegalizujmy ją! –
przyklaskuje pomysłowi Ruchu Palikota Paweł O., właściciel jednej z
warszawskich agencji towarzyskich. Sutener. Nie myśli o sobie jako o
przestępcy. Raczej jako o realiście – jest popyt, to jest i podaż. Że
prostytucja to zło? – Zgadzam się, ale errare humanum est, błądzić jest
rzeczą ludzką – odpowiada filozoficznie.
Dziewczyny z jego
agencji to
„eskorty", czyli prostytutki luksusowe („Są czyste, zdrowe i
mają ładne
buzie"), znające języki („Umieją po angielsku”), wykształcone
(„Mają
debilne licencjaty, po których oprócz dawania d… niczego nie
potrafią”).
Do klienta dojadą i zapewnią mu rozrywkę i towarzystwo na poziomie. Za
1000 zł za godzinę. Z szefem dzielą się po równo.
Dlaczego Paweł
popiera
legalizację? Przecież to same koszty! Będzie musiał podzielić się
zyskami z fiskusem, zapewnić dziewczynom badania lekarskie i pokornie
znosić kontrole. A oszukany klient będzie miał prawo pozwać go do sądu –
np. za dostarczenie usługi nieodpowiadającej opisowi. Albo za zarażenie
wirusem HIV (obecnie bardzo duże ryzyko).
Ale koszty da się
przeboleć.
Legalizacja to dla Pawła O. certyfikat jakości i wabik na klientów. Jego
główny „target", a zatem zamożny cudzoziemiec – choćby
inwestor z
Niemiec – nie będzie się obawiał, że go w burdelu okradną. Dotrze do
niego przekaz: to legalne, a więc bezpieczne. Legalizacja to dla
sutenerów również prestiż. W pełnej zgodzie z prawem będą mówić o sobie
z dumą tak jak Armin Lobschied: my, biznesmeni. I że tworzą miejsca
pracy.
Ile tych miejsce jest obecnie? Z najnowszych (2008 r.)
danych
TAMPEP, amsterdamskiej organizacji promującej prewencję HIV i chorób
wenerycznych wśród prostytutek, wynika, że w Polsce jest ich ok. 10
tys., z czego jedna czwarta to mężczyźni. 64 proc. prostytutek
pracujących w naszym kraju pochodzi z Polski, reszta głównie z Ukrainy,
Mołdawii, Białorusi czy Rosji. Tylko 40 proc. prostytutek pracuje na
ulicy. Większość w burdelach, klubach, barach, domach klientów lub
wynajmowanych mieszkaniach.
Tak jak 26-letnia Monika. W biznes
weszła,
gdy zniknął ojciec jej dwojga dzieci. Przekonuje, że prostytucja w jej
wypadku to jedyne wyjście. Co sądzi o legalizacji? – A jakby się matka
dowiedziała, co robię? Nie ma mowy. I jeszcze podatki, a już teraz ledwo
stać mnie na opłacenie mieszkania – żali się, przypalając papierosa.
–
Kryzys – tłumaczy Paweł O. – Polska klasa średnia wymiera, mały
popyt.
Ludzie płacą za godzinę 150-250 zł. Z drugiej strony większa podaż,
coraz więcej chętnych dziewczyn.
Seks za 10 miliardów
– Jesteśmy najbardziej skur… narodem w Europie – twierdzi
pan Bartek,
właściciel domu publicznego przy granicy z Niemcami. W Polsce
prostytucja kwitnie nie tylko w Warszawie i dużych miastach, ale również
na obszarach przygranicznych i wzdłuż tras szybkiego ruchu. Na trasie z
Warszawy do Katowic roi się od tirówek i regularnych burdeli. Ale nawet
na biednym Podkarpaciu seksbiznes funkcjonuje z rozmachem. – Wczytywałem
się kiedyś w rzeszowskim sądzie w akta dotyczące mafii na Podkarpaciu.
Przez te przybytki przechodzą miliony złotych! – wspomina Jakub
Stachowiak, dziennikarz śledczy programu „Superwizjer" nadawanego
przez
TVN. O tym, że ma rację, świadczy historia z zeszłego roku, gdy spłonął
Prince, jeden z najstarszych rzeszowskich burdeli. Wraz z Prince’em
poszło z dymem 2 mln zł w gotówce.
Czyje to były pieniądze?
– To
pieniądze mafijne. Może agencje się ucywilizowały w tym sensie, że już
nikt nikogo do pracy w nich nie zmusza, nie narkotyzuje i nie torturuje,
ale właściciele najczęściej działają jednocześnie w innych przestępczych
branżach. Akurat agencje biznesowo są obecnie najmniej dochodowe –
przekonuje jeden z funkcjonariuszy policji zajmujący się problemem
prostytucji. Jako przykład podaje poznańskie Naomi i Cindy, kiedyś
najbardziej ekskluzywne burdele w Polsce. Ich klienci na panienki i
wypijane w jacuzzi drinki wydawali nawet 20 tys. zł. W jedną noc. Od
roku Naomi i Cindy nie istnieją, a ich szef Dreks siedzi za kratkami i
czeka na wyrok. Ten 43-letni miłośnik luksusowych BMW, jeden z
największych poznańskich gangsterów ostatniego 20-lecia, majątek zbił
jednak raczej na haraczach niż seksbiznesie.
Która mafia rządzi na
rynku? Zależy od rodzaju usług. Tirówki? Bułgarscy Turcy i Ukraińcy.
Duże miejskie agencje? Raczej Polacy, coraz częściej kobiety. Eleganckie
dziewczyny, które docelowo mają wylądować na Zachodzie? Arabowie. W
żadnej niszy jednak nie ma narodowego monopolu. Towarzystwo się
wymieszało.
Mimo skąpych danych na temat seksbiznesu w Polsce
można
oszacować jego wartość, porównując nasz kraj z lepiej zbadanymi rynkami.
Z całym dobrodziejstwem inwentarza – a więc również z drinkami w jacuzzi
– to jakieś 10 mld zł rocznie. Gdyby pobierać od tego podatki na
poziomie innych rodzajów działalności gospodarczej, dla budżetu
oznaczałoby to nawet 2 mld zł rocznie.
– Tylko jak państwo
miałoby się
do tych pieniędzy zabrać? Nie wyobrażam sobie kontroli, które
przeprowadzaliby urzędnicy fiskusa. Musieliby przecież zamawiać usługę,
korzystać z niej, a potem sprawdzać, czy dostaną paragon… –
zastanawia
się prof. Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP.
Parkometry i „darmówki"
Ale na przykład w Niemczech i Holandii, gdzie prostytucja jest legalna,
te problemy rozwiązano. Zrezygnowano z łatwych do obśmiania dogłębnych
kontroli podatkowych. Sprawdził się ryczałt. Za Odrą domy publiczne
muszą płacić lokalnym władzom 15-30 euro dziennie za każdą
sekspracownicę. Sama Kolonia uzyskuje z tego tytułu 700 tys. euro
miesięcznie. A w Bonn w sierpniu tego roku zaczęto ściągać podatki nawet
od prostytutek ulicznych. Dziewczyny, które szukają klientów na ulicy,
muszą legitymować się odpowiednim „biletem" (6 euro za noc),
nabytym w
maszynie podobnej do parkometru. Trudno oszacować, ile Niemcy zyskują na
opodatkowaniu prostytucji, bo dane są gromadzone tylko na poziomie
poszczególnych landów, ale w Holandii legalna prostytucja wzbogaca
budżet o 625 mln euro.
Z zagranicznych doświadczeń wynika, że
korzyści
społeczne z legalizacji prostytucji są mniejsze, niż zakładano.
Prostytutki znikają z ulic, ale to nie znaczy, że zmniejsza się ich
liczba. Legalnie zatrudnione prostytutki krajowe mogą liczyć na opiekę
zdrowotną i emerytalną, ale nie dotyczy to kobiet przybyłych z
zagranicy, które nie mają pozwolenia na pracę. Z szarej strefy
(nielegalnej, ale tolerowanej) spadają do czarnej (łamanie prawa), gdzie
mogą konkurować tylko ceną.
Z drugiej strony, jakie efekty daje
prawna
walka z prostytucją? Przykład Chicago, gdzie nierząd jest czynem
karalnym, pokazuje, że niewielkie. Każdego dnia aktów nierządu dopuszcza
się tam ok. 4,4 tys. osób, a policjanci, których zadaniem jest
oczyszczanie ulic z cór Koryntu, wolą korzystać z ich usług. „Spośród
wszystkich numerów wykonywanych przez prostytutki około 3 proc. stanowią
tzw. darmówki dla policjantów. Uliczna prostytutka z Chicago prędzej
będzie uprawiać seks z gliniarzem, niż zostanie przez niego aresztowana"
– piszą autorzy amerykańskiego bestsellera „Freakonomia".
W Szwecji
przyjęto inną strategię. Karane są nie prostytutki, tylko ich klienci:
grzywną, upublicznieniem wizerunku albo karą do sześciu miesięcy
więzienia. Choć statystyki wykazują zmniejszenie prostytucji, to zdaniem
wielu ekspertów prawo skłoniło Szwedów do seksturystyki. Biedniejsi
jeżdżą do Estonii, bogatsi – latają do Tajlandii. Wiele wskazuje na to,
że ani dogmatyczne „nie", ani dogmatyczne „tak" dla
legalizacji
prostytucji nie ma sensu. Pomysł Ruchu Palikota może – jak wiele innych
pomysłów jego lidera – mieć krótki żywot. Jest zbyt kontrowersyjny, by
zyskać szersze poparcie.
– Prostytucja jest najzwyczajniej w
świecie zła
i odmawiam rozmowy na temat, czy jej legalizacja byłaby ekonomicznie
opłacalna. Optyka ekonomiczna jest tutaj niedopuszczalna – ucina pytanie
o sensowność argumentów za prof. Jacek Kurzępa, który w Szkole Wyższej
Psychologii Społecznej w Warszawie prowadzi badania tego zjawiska.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|