Władimir Putin, obecnie premier, dawniej i w
niedalekiej przyszłości –
rosyjski prezydent, widzi siebie jako osamotnionego na szczytach władzy
przywódcę, który haruje od świtu do zmroku, nie szczędząc sił dla dobra
narodu.
– Ludzie władzy nie powinni nikogo do siebie
przybliżać, nie
powinni mieć ulubieńców, bo wszyscy chcą od najważniejszych osób w
państwie coś uzyskać – stwierdził Putin kilka tygodni temu.
Wcześniej,
gdy odchodził z Kremla, na konferencji prasowej zauważył: „Osiem lat
harowałem jak niewolnik na galerach". Ale czy Rosjan można wziąć na
litość? Putin najwyraźniej uważa, że można. Dlatego stosuje sprawdzone
metody – z jednej strony wywołuje współczucie, z drugiej –
reklamuje się
jako samiec alfa: nagi tors, samoloty bojowe, usypianie tygrysów i
ściganie wielorybów na szybkich łodziach motorowych. Po drodze sam
zaczyna wierzyć w wizerunek stworzony przez siebie i posłuszny mu dwór.
– Putin nie czyta gazet. Bo nawet w rosyjskich mediach czasem
może
znaleźć coś, co mu się nie podoba. Za to chętnie korzysta z notatek,
jakie kładą mu na stół różne służby. A w takich notatkach zawsze można
opisać świat tak, jak chce szef – mówi politolog Stanisław
Biełkowski.
Problem w tym, że nawet służby nie mogą sprawić, że świat stanie w
miejscu i przestanie się zmieniać. Wynoszonego jeszcze kilka lat temu
pod niebiosa Putina popiera dziś zaledwie 51 proc. Rosjan – to bardzo
mało, jeśli wziąć pod uwagę, że telewizja wyłącznie go chwali. Dla
Putina ten spadek poparcia musi być poważnym dzwonkiem alarmowym –
naród, jak kobieta, już nie zachwyca się nim tak jak wcześniej. Już nie
wystarcza PR – brylowanie wśród harleyowców na wielkim motocyklu i
zasiadanie za sterami samolotu strażackiego, który gasi pożary lasów.
Zmarszczek przybywa, atrakcyjność spada. Nie pomaga nawet zastosowanie
metody przyjaciela, który zawsze mu imponował – Silvio Berlusconiego.
Kuracja botoksowa, której się poddał, niedawno wywołała tylko falę
plotek i zjadliwych komentarzy. Spadku notowań w żadnym razie nie
powstrzymała. I to trzy miesiące przed wyborami. Pomyśleć, że gdyby
odszedł na emeryturę cztery lata temu, byłby najbardziej uwielbianym
rosyjskim przywódcą wszech czasów.
Porzucone reformy
W 1998 r., gdy
Rosją wstrząsnął kryzys, który ostatecznie dobił
prezydenta Borysa Jelcyna (rosyjska waluta z dnia na dzień straciła na
wartości 400 proc.), baryłka rosyjskiej ropy naftowej kosztowała ok. 10
dolarów.
Gdy w 2000 r. prezydentem został Putin, cena baryłki wynosiła już ponad
30 dolarów. W 2008 r., gdy kończył drugą kadencję prezydencką, za ropę
płacono już 150 dolarów, a poparcie dla Putina przekraczało 80 proc.
Złoty deszcz spadł nie tylko na oligarchów, ale także na zwykłych
Rosjan. Ludzie zaczęli kupować domy, mieszkania, samochody, wyjeżdżać na
wczasy za granicę. A Rosja w tym czasie zgromadziła trzecie co do do
wielkości na świecie rezerwy złota i waluty. Był to znakomity moment na
reformowanie Rosji.
– Putin na początku swojej pierwszej
kadencji
zachowywał się jak całkiem liberalny polityk. Zaczynał od rozsądnych
reform gospodarczych.
– Tyle że dzisiaj stał się swoim przeciwieństwem – mówi politolog
Iwan
Preobrażenski.
Rosjanie chcieli wtedy tylko jednego – żeby
każdego
obowiązywały takie same prawa i obowiązki. Putin im to dał. Wszyscy
zaczęli płacić podatki, pojawiły się zarysy rynku, powstrzymano wywóz
kapitału. To przecież Putin wprowadził najniższy w Europie liniowy
podatek dochodowy – 13 proc. Dokonał też rewolucyjnej zmiany w
sądownictwie: doprowadził do przyjęcia ustawy, zgodnie z którą decyzję o
areszcie mogą podejmować tylko sądy, a nie prokuratury, jak w czasach
radzieckich. Na tym jednak reformy się skończyły.
Błyskawicznie
rosnący
strumień petrodolarów wybił Putinowi z głowy resztki
liberalnych skłonności. Myślał: po co męczyć społeczeństwo reformami,
skoro za ropę i gaz można kupić wszystko? Reformowanie Rosji to ciężka
praca, a Putin, wbrew temu, co sam mówi, nie lubi się przemęczać. O tym,
że się nie przepracowuje, krążą legendy, podobnie jak o jego
niepunktualności. Gubernatorzy muszą godzinami czekać na
wideokonferencję z Putinem i mają szczęście, jeśli odbędzie się trzy lub
cztery godziny po czasie. Ale czekają cierpliwie, bo wiedzą, że
lojalność wobec wodza popłaca. Lojalność to cecha, którą Putin ceni
najbardziej.
Sam jest absolutnie lojalny wobec ludzi, którzy mu
pomogli.
Jest wśród nich Anatolij Sobczak, w pierwszej połowie lat 90. mer
Petersburga. To on zaopiekował się młodym pułkownikiem KGB, który potem
nie wahał się zaryzykować stanowiska dyrektora FSB, by uchronić Sobczaka
przed aresztowaniem. Był wśród nich Borys Jelcyn – to on zrobił Putina
prezydentem.
W zamian Putin, chociaż krytykował chaos lat 90.,
uchronił
rodzinę byłego prezydenta przed utratą biznesów i odpowiedzialnością za
korupcję. Dziś lojalność, na której opiera się putinowska Rosja, jest
także przyczyną kłopotów lidera. Skorumpowana kasta lojalnych urzędników
robi w Rosji, co chce, bo wie, że szef rządu za łapówki nikogo nie
wyrzuci. Już kilka lat temu zasada, że wszystkich obowiązują identyczne
reguły gry, przestała obowiązywać, o czym wielu przekonało się na
własnej skórze.
Rodzina pod
ochroną
Igor Izmiestiew pięć lat temu był w setce najbogatszych Rosjan z
majątkiem ocenianym na co najmniej 200 mln dolarów. Kupił dwa hektary
ziemi w okolicach Rublowki, a więc w najbardziej elitarnym miejscu pod
Moskwą. Zbudował dom – nędzne 1400 mkw. w odległości zaledwie 600 m od
rezydencji Putina. Ta bliskość go zgubiła, bo Izmiestiew lubił głośne
zabawy, z alkoholem, panienkami i fajerwerkami. Hałasy nie spodobały się
rosyjskiemu prezydentowi.
Federalna Służba Ochrony (FSO,
odpowiednik
polskiego BOR) zaproponowała odkupienie posiadłości wartej podobno 40
mln dolarów za jedną czwartą jej wartości. Izmiestiew, zamiast oddać dom
Putinowi w prezencie, próbował wierzgać, ściągając ekspertów od
nieruchomości, którzy podali własną wycenę. Szybko się okazało, że dom
został zbudowany ze złamaniem prawa budowlanego i że trzeba go zrównać z
ziemią.
Samego Izmiestiewa skazano na dożywocie za terroryzm i
liczne
zabójstwa na zlecenie. Gdyby nie naraził się Putinowi, zapewne nadal
opływałby w luksusy.
Holender Jorrit Ioole Faassen jeszcze kilka lat temu był młodzieńcem
opisującym w blogu swoje podróże. W ciągu czterech lat zrobił zawrotną
karierę – został dyrektorem wysokiego szczebla w firmach podległych
Gazpromowi. Mało kto o tym wiedział do niedzieli 14 listopada 2010 r.,
gdy Faassen, jadąc po Rublowce, nie przepuścił kolumny samochodów
bankiera Matwieja Urina. Ten się zdenerwował i kazał ochroniarzom
nauczyć go rozumu.
Uzbrojeni w kije bejsbolowe i pistolety goryle
zdemolowali samochód Holendra, a jemu samemu rozbili głowę. Urin z
ochroną został kilkadziesiąt minut później zatrzymany przez FSB. Bank
Centralny Rosji przeprowadził kontrolę w należących do niego bankach.
Przypadków łamania prawa było tyle, że Urinowi odebrano licencje na ich
prowadzenie.
Rok później byłego już bankiera skazano na cztery i
pół
roku kolonii karnej. Kara była surowa, bo podobno zaatakowany przez
goryli Urina Holender to narzeczony, a może nawet mąż jednej z dwóch
córek Putina. Której – i tak nie wiadomo, bo rosyjskie służby specjalne
pilnie strzegą prywatności rodziny Putina. Chociaż obie córki są już
dawno dorosłe, nikt nie wie, co robią, czy wyszły za mąż, a nawet jak
wyglądają. Pozostają plotki, jak ta o kochance premiera, która rzekomo
urodziła mu syna. Osobiste życie szefa rosyjskiego rządu kwitnie. Czego
nie można powiedzieć o samej Rosji.
Przyparty do muru
Z
najważniejszego hasła Putina – o odbudowie potęgi Rosji – zostało
może
nawet mniej niż pod koniec lat 90. Dziś decyzjom, które zapadają na
Kremlu, sprzeciwiają się nawet całkowicie uzależnione od Moskwy reżimy,
jak Osetia Południowa czy Naddniestrze.
Specjaliści z
przerażeniem
patrzą na sytuację na Kaukazie, przypominając, że to dzięki wojnie w
Czeczenii Putin doszedł do władzy w 2000 r. Dzisiaj płomień wojny
ogarnia już cały Kaukaz, a radykalni islamiści próbują obalić rosyjskie
panowanie. Putin nie przyjmuje tego do wiadomości. Podejrzliwość wpojona
mu w czasach służby w KGB podpowiada mu zagraniczne spiski. Islamiści
przecież nie sami z siebie wysadzają się w powietrze w Moskwie czy
ponawiają ataki na Kaukazie.
Są opłacani z zagranicy. Podobnie
jak
Rosjanie protestujący przeciwko fałszerstwom wyborczym. Putin traci
cierpliwość. Najpierw zgodnie ze wskazówkami speców od wizerunku
stwierdza, że przyjemnie mu było oglądać młode, świeże twarze ludzi,
którzy aktywnie wyrażali obywatelskie stanowisko. – Jeśli to efekt
istniejącego rzekomo reżimu Putina, to jestem szczęśliwy – mówił
premier.
I za chwilę okazuje się, to już oficjalna wykładnia, że
studentom, których nazywa baranami, zapłacono za udział w demonstracji,
a białe kokardy, które zakładają jako symbol protestu, przypominają mu
prezerwatywy. Putin traci kontrolę nad sytuacją i nad sobą. Wszyscy
zaczynają się zastanawiać, do czego może się posunąć, gdy zostanie
przyciśnięty do muru. Wiadomo, że wrogów jest gotów ścigać bezwzględnie
i – jak zadeklarował na początku publicznej kariery – „topić
ich w
kiblu".
Chwilę potem stolicę Czeczenii Grozny zmieciono z
powierzchni
ziemi. Już jako prezydent Putin nie mógł nie akceptować zamachu na
Zelimchana Jandarbijewa, poetę i byłego prezydenta niezależnej
Czeczenii, dokonanego w Katarze w 2004 r. przez agentów FSB. Do dzisiaj
nie wiadomo też, co kryje się za śmiercią byłego oficera FSB Aleksandra
Litwinienki, który zmarł w męczarniach po otruciu radioaktywnym polonem.
Putin trzyma się od tych wydarzeń z daleka.
Także po zamachach
terrorystycznych w teatrze na Dubrowce w 2002 r. i w szkole w Biesłanie
w 2004 r., gdy terroryści brali wielką liczbę zakładników, Putin znikał,
zupełnie jakby rzeczywistość go przerastała. Dzisiaj podobnie reaguje
już nie na wielkie tragedie, ale nawet na niezbyt wielkie protesty
wyborcze. Putin, żyjąc w szklanym pałacu, odizolowany od zwykłych ludzi,
oduczył się walczyć o sympatię wyborców. Dlatego nie jest w stanie
zrozumieć, dlaczego na niego gwiżdżą, a nie biją brawo.
Jeśli nie wróci
do rzeczywistości, to jego najbliższe otoczenie może go zmusić do
dymisji i zrobić z niego kozła ofiarnego w zamian za gwarancję
nienaruszalności zdobytych fortun. Tego Władimir Putin boi się dziś
chyba najbardziej.