Wybory dopiero za dziesięć miesięcy, ale obie armie
ustawiły się już na
upatrzonych pozycjach. Z grubsza znamy ich strategię i wiemy, jakim
dysponują potencjałem. Społeczne poparcie dla polityki prezydenta
wzrosło – według CNN z 44 proc. w listopadzie do 49 ostatnio.
Republikański Kongres pozytywnie ocenia 16 proc. Amerykanów, tylko że
demokrata nie będzie stawiał czoła niepopularnym ustawodawcom, ale
kandydatowi republikanów. Choć jeszcze nie wiadomo, kto tym kandydatem
będzie, to wiadomo, że idzie z Obamą łeb w łeb (43:43 proc.). Spece od
słupków mówią, że prezydent ma w tej chwili tylko jeden duży plus: aż 76
proc. Amerykanów uważa go za sympatycznego faceta.
Trzy grzechy główne
Kampania będzie się koncentrować wokół trzech problemów.
Najważniejszy
to gospodarka. Od końca lat 40. do początku nowego stulecia amerykański
PKB rósł co dekadę o 37 proc. W pierwszej dekadzie tego wieku tempo
spadło do 15 proc. Nic dziwnego, że wielu mieszkańców USA boi się końca
american dream. Oczekiwania są wielkie, rzeczywistość marna – rekordowo
wysokie bezrobocie, zamrożenie dochodów i spadek realnej wartości
uciułanego kapitału, gdy Fed (amerykański bank centralny) tnie stopy
procentowe do kości, próbując ożywić koniunkturę, a ceny domów są niższe
niż wartość pożyczek, które wzięli na nie właściciele. Trudno winić za
to Obamę, lecz elektorat nie składa się z ekonomistów. Stan gospodarki
był i będzie głównym wyznacznikiem popularności przywódcy. Prezydent sam
zresztą nawarzył piwa, które musi wypić.
Podczas kampanii
wyborczej
obiecywał tak dużo, że spełnienie tych obietnic było niemożliwe.
Twierdził, że pakiet stymulacyjny rozrusza gospodarkę, a bezrobocie
spadnie poniżej 8 proc. Tymczasem budżetowe pieniądze w dużej mierze
pożarła biurokracja, a firmy, widząc, że z siłą nabywczą konsumentów
jest marnie, nie inwestują albo inwestują w Chinach. Argumentacja, że
zastrzyk finansowy z budżetu zapobiegł epidemii na większą skalę, nie
przekonuje wyborców, którzy nie mają co włożyć do garnka. W 2008 r.
Obamie trafiło się niemal identyczne rozdanie jak Clintonowi w roku
1992.
Obaj byli uznawani za niepoprawnych liberałów przez tak
zwaną
milczącą większość, znienawidzeni przez prawicę, popełnili w pierwszej
połowie kadencji te same błędy i zapłacili za nie utratą przewagi w
Kongresie. Tyle że Clinton, który też toczył z republikanamiwojnę o
budżet i reformę opieki zdrowotnej, był politykiem skutecznym. Rozmawiał
z przeciwnikami, szedł na drobne kompromisy, nie tracąc z oczu głównego
celu. Obama wkroczył do bagna polityki z przekonaniem, że uda mu się je
przejść suchą stopą. Zamiast współpracować, grał republikanom na nosie,
ogłaszając kolejne zwycięstwa.
Teraz musi świecić oczami za
pakiet
stymulacyjny, który nie spełnił oczekiwań. Nie chciał się dzielić z
prawicą sukcesem, nie może się z nią dzielić odpowiedzialnością.
Zwolennicy prezydenta porównują go nawet do Franklina Delano Roosevelta.
FDR udało się jednak stworzyć coś na kształt dwupartyjnej koalicji, a
poza tym różniła go od Obamy konsekwencja. Skoncentrowałsię na
gospodarce. Wyborcy – czy się z nim zgadzali, czy nie – musieli
przyznać, że robi wszystko, by wydobyć kraj z Wielkiego Kryzysu. Obecny
lokator Białego Domu po przeforsowaniu ustaw stymulacyjnych umył ręce i
zajął się reformami socjalnymi. FDR zaczął o nich myśleć dopiero w 1935
r., gdy sytuacja ekonomiczna się poprawiła. Według pytanych przez „Wall
Street Journal" ekonomistów PKB wzrośnie w 2012 r. o 2,3 proc.,
bezrobocie utrzyma się na poziomie 8,5, a ceny nieruchomości pozostaną
bez zmian.
Z punktu widzenia Amerykanów bardzo źle, z punktu
widzenia
prezydenta – fatalnie. Porażka gospodarcza to ledwie część bagażu, który
niesie Obama. Kolejną jest reforma opieki medycznej. Republikanie
demonizowali „socjalistyczne" postanowienia o
„ubezwłasnowolnieniu
pacjentów" tak długo, aż część niezależnego elektoratu uwierzyła i
oddała im Izbę Reprezentantów. Prezydent lansował ustawę jako sposób na
redukcję kosztów leczenia.
Obywatele pozbawieni ubezpieczenia
mieli
zostać nim objęci, ubezpieczeni – płacić niższe składki, a wszyscy
wyłożyć mniej pieniędzy na pomoc nieubezpieczonym. Zdaniem ekspertów
bilans w najlepszym razie wyjdzie na zero. Prawica nie omieszkała
przypomnieć wyborcom, że podczas debaty nad reformą Obama pojawiał się i
znikał, to przejmując inicjatywę, to oddając ją większości. Wówczas
Amerykanie po raz pierwszy odnieśli wrażenie, że prezydent po pierwsze,
rządzi w kratkę, a po drugie, zamiast zgodnie z obietnicami szukać
porozumienia, wszystko wie lepiej niż opozycja. Trzeci problem Obamy to
deficyt budżetowy. Także w tym przypadku podejrzany jest niewinny.
Podczas kryzysu zawsze maleją podatki, a rosną świadczenia społeczne.
Problem w tym, że prezydent nawet nie próbował przełamać impasu w
negocjacjach z republikanami.
Wolał straszyć obniżką
wiarygodności
kredytowej USA. W rezultacie debata zakończyła się fiaskiem. Zadłużenie
państwa wynosi 15 bln dolarów, ale nic to! Republikanie pokazali, że
umieją szarżować jak słonie w obronie ulg podatkowych dla milionerów.
Demokraci – że niczym osły trwają na straży zasiłków społecznych. A
Obama wyniośle milczał. Najwyraźniej uznał, że po konfrontacji
zakończonej porażką zostałby uznany za przywódcę nieefektywnego.
Wolał
nic nie robić i oskarżać przeciwników o sabotowanie kompromisu.
Amerykanie woleliby jednak w Białym Domu człowieka czynu, a nie
koniunkturalistę. Porażka oznacza, że od stycznia 2013 r. wejdą w życie
cięcia wydatków na obronę i programy społeczne, ale dług będzie rósł, bo
maleją dochody. W perspektywie mamy kolejną obniżkę ratingu obligacji
USA.
Znikający elektorat
Przyszłoroczna kampania będzie dotyczyć kwestii przyziemnych. W 1980 r.,
podczas debaty z prezydentem Jimmym Carterem Ronald Reagan spytał
Amerykanów: „Czy powodzi wam się dziś lepiej niż cztery lata
temu?".
Odpowiedź brzmiała „nie" i tak samo brzmi dziś. Republikanie będą
próbowali pogrążyć Obamę, przypominając, że zamiast walczyć z
bezrobociem, przeforsował nieskuteczny pakiet stymulacyjny,
skoncentrował się na ideologicznie motywowanej reformie medycznej i
doprowadził do krachu negocjacji budżetowych.
Co zrobi Obama?
Najpierw
się zastanawiał, w jaki uderzyć ton. Zagrać na niezadowoleniu Okupuj
Wall Street? A może uśmierzać lęki spragnionych stabilizacji wyborców
środka? Ostatecznie pokazał pazur. Pierwszy strzał kampanii oddał w
Osawatomie. Kiedyś w tym miasteczku przemawiał abolicjonista John Brown
– orędownik zniesienia niewolnictwa. Teddy Roosevelt wygłosił w
Osawatomie najbardziej lewicową ze swoich mów, uznając, że walka o
postęp toczy się między „tymi, co mają więcej, niż zarobili, a tymi, co
zarobili więcej, niż mają".
Obama uważa podobnie. Twierdzi,
że
republikanie chcą „wypatroszyć rząd" i zostawić
obywateli na pastwę igraszek najsilniejszych, prowadzonej według reguł,
które panowie świata sami ustalają. Podkreślił, że deregulacja i cięcia
podatków nie pomogą, bo właśnie one doprowadziły do kryzysu
gospodarczego. Sukces musi być oparty na „uczciwej grze, uczciwych
szansach dla wszystkich oraz uczciwym podziale przywilejów i
obowiązków".
Ton wystąpienia wskazywał, że prezydent nie
tyle zamierza
rywalizować z kandydatem republikanów o wyborcę środka, ile raczej
oprzeć się na swoim elektoracie z 2008 r. Udało mu się wówczas
zmobilizować ludzi młodych, często głosujących po raz pierwszy, oraz
zawłaszczyć niemal cały elektorat kolorowych mniejszości – Murzynów i
Latynosów. Jego doradcy wierzą, że również tym razem demografia zwycięży
gospodarkę w chwiejnych stanach zachodu oraz „nowego południa"
(Karolinie Północnej, Wirginii i na Florydzie). Studenci wielkich
uniwersytetów mają zapewnić prezydentowi głosy elektorskie Ohio i
Michigan. Nikt nie wątpi, że Obama zdobędzie duże poparcie wśród
młodzieży i mniejszości, ale zdaniem wielu ekspertów przyjął zbyt
optymistyczne założenia.
O ile Afroamerykanie stoją murem za
Partią
Demokratyczną, o tyle Latynosi już niekoniecznie. Kubańczycy z Florydy
wolą republikanów nadal traktującychich rodzinną wyspę jak przyczółek
wrogiego mocarstwa i od pół wieku z uporem maniaka lansujących tezę, że
reżim Castro da się zagłodzić. Pozostałe grupy hiszpańskojęzyczne to
wyborcy chwiejni. Skłaniają się ku demokratom, lecz w sytuacjach
podbramkowych głosują na prawicę. Obama jako symbol emancypacji już się
opatrzył.
Latynosi mogą uznać, że ograniczający ich szklany sufit
został
stłuczony, pierwszy w historii czarnoskóry prezydent zasiadł w Białym
Domu i czas myśleć o portfelach.
Zostaje teleprompter
Doradcy prezydenta mają nadzieję, że jego notowania uda się poprawić
dzięki odpowiedniej retoryce. W ostatnich miesiącach Obama wielokrotnie
przekonywał, że nadal chce realizować politykę, którą uważa za słuszną,
choć niekoniecznie popularną. Będzie przezwyciężał kryzys i tworzył
miejsca pracy, uzdrawiał system finansowy oraz inwestował w naukę.
Egzekwowanie umów handlowych i zawieranie kolejnych ma zwiększyć
eksport. Inicjatywy energetyczne i inwestycje w czyste technologie
zapewnią pracę tysiącom ludzi. Zakończył wojnę w Iraku, zabił Osamę bin
Ladena, a samoloty bezzałogowe eliminują kolejnych liderów Al-Kaidy.
Republikanie zaś są niebezpiecznymi radykałami, którzy próbują
rozmontować budowany przez dziesiątki lat system opieki społecznej,
odebrać biednym i dać bogatym, odchudzić rząd federalny tak, że straci
zdolność wypełniania swoich obowiązków. Debata zadłużeniowa umocniła
przekonanie, że Obama woli siedzieć w ławce rezerwowych i obserwować
grę, rzucając dobre rady. Szansy przejęcia piłki nie wykorzystuje. Gdyby
to zrobił, mógłby mówić, że od początku przyświecała mu myśl, by
najpierw obronić kraj przed bankructwem.
Okazało się, że największa
nawet charyzma nie jest tym samym co zdolności przywódcze. Obama nie
roztrwonił jeszcze całkiem zaufania, którym go obdarzyli wyborcy, i nie
stracił ich sympatii. Tyle że Amerykanom coraz trudniej się zorientować,
kim jest prezydent i o co mu chodzi. Widzą przeciwnika przymusowego
ubezpieczenia, który uczynił przymus ubezpieczeniowy głównym elementem
reformy medycznej. Orędownika pomocy dla klasy średniej, który pomógł
jedynie potężnym instytucjom finansowym i otoczył się baronami Wall
Street.
Obama mówi pięknie i wysłuchamy jeszcze wielu doskonałych
popisów sztuki oratorskiej. Wyborcy jednak nie chcą przemówień, tylko
decyzji. A prezydent wciąż jest niezdecydowany.