Gdy w czerwcu 2008 r. Słowenia obejmowała
przewodnictwo w UE jako
pierwszy z nowo przyjętych krajów postkomunistycznych, instytucja
prezydencji narodowej już tylko siłą rozpędu zachowywała swoje
wcześniejsze znaczenie. W zamierzchłych czasach, gdy wschodnia część
kontynentu aspirowała dopiero do członkostwa w Unii, rotacyjna półroczna
prezydencja uchodziła za wielki honor.
Sprawujący ją kraj
organizował i
koordynował zjazdy przywódców krajów członkowskich zwane Radą
Europejską. Na czele Rady stał przywódca (prezydent bądź premier) kraju,
który przewodniczył Unii, a jego szef dyplomacji pełnił funkcję kogoś w
rodzaju ministra spraw zagranicznych UE. Politycy krajów
przewodniczących Unii – wspomagani przez urzędników Komisji Europejskiej
– nadawali ton życiu unijnej biurokracji.
Rotacyjny zaś system
następujących po sobie prezydencji powodował, że każde państwo mogło
czuć się prestiżowo dopieszczone – zarówno potężne Niemcy, jak i malutki
Luksemburg. Rozszerzenie Unii Europejskiej postawiło przez wspólnotą
problem: jak w ramach rotacyjnego systemu organizowania prac instytucji
europejskich zapewnić sprawne funkcjonowanie organizmu, który z klubu
zamożnych krajów Europy Zachodniej zmienił się w konglomerat krajów tak
od siebie różnych jak Szwecja i Bułgaria czy Hiszpania i Łotwa.
Brukselscy wyjadacze bali się ryzyka, jakie przynieść może obejmowanie
prezydencji przez nowe kraje członkowskie, niedoświadczone w meandrach
wspólnotowej dyplomacji i biurokracji i niedysponujące odpowiednimi
kadrami. Na wszelki wypadek kalendarz przewodnictwa ustalono tak, by
pierwsze z nowych państw objęło prezydencję dopiero cztery lata po
rozszerzeniu UE.
Traktat zmienia wszystko
Słoweński premier Janez Janša debiutował w roli szefa Rady Europejskiej
w fatalnym dla Unii momencie. Kilka tygodni wcześniej Irlandczycy
odrzucili w referendum traktat lizboński, który miał zreformować
rozszerzoną do 27 krajów wspólnotę. Gdyby wszedł w życie, to odebrałby
prezydencji słoweńskiej (i wszystkim następnym) sporą część
dotychczasowego znaczenia. Przewidywał bowiem powołanie nowych stanowisk
– przewodniczącego Rady Europejskiej, który miał koordynować jej prace i
reprezentować Unię na zewnątrz, i wysokiego komisarza, który miał się
zająć tworzeniem unijnej dyplomacji.
Negatywny wynik irlandzkiego
referendum pozwolił niewielkiej, ledwie dwumilionowej, Słowenii napawać
się całym prestiżem wiążącym się ze sprawowaniem prezydencji. Nie
czyniło to jednak specjalnie szczęśliwymi przywódców kraju, który objął
prezydencję w chwili najgłębszego kryzysuUE od lat. Tak naprawdę
ratowaniem traktatu zajęli się jednak Francuzi.
Najtrudniejsze
negocjacje wziął na siebie prezydent Nicolas Sarkozy, a Słoweńcom
zostawiono troskę o dyscyplinowanie pukających do drzwi Unii
skorumpowanych krajów bałkańskich i rozpisywanie mglistych planów
integracji Serbii, Macedonii i Bośni. Premiera Janšę zabrano jeszcze na
unijno-rosyjski szczyt w Chanty- -Mansyjsku na Syberii. Tam uścisnął
dłoń Putinowi i na tym praktycznie jego rola się skończyła.
Cesja odpowiedzialności
Ostatecznie traktat lizboński wszedł w życie rok po zakończeniu
prezydencji słoweńskiej. I od razu okazało się, że praktyka zmniejszyła
znaczenie prezydencji jeszcze bardziej, niż wynikałoby to z zapisów z
Lizbony. Za politykę fiskalną UE odpowiedzialność wziął prezydent Rady
Europejskiej, a wysoki przedstawiciel zaczął kierować unijną dyplomacją,
zanim jeszcze udało się stworzyć podległą mu służbę dyplomatyczną.
Wszystko oczywiście zależy od tego, kto sprawuje prezydencję.
Gdy
wypadnie na Francuzów czy Niemców, to oni nadają ton Europie. Kraje
średnie wdawały się w zwarcia z szefową unijnej dyplomacji Catherine
Ashton, która dostawała szału, gdy na przykład szef hiszpańskiej
dyplomacji Miguel Moratinos bez konsultacji z nią zapowiadał
zniesienie embarga na dostawy broni do Chin czy szybką normalizację
stosunków z Kubą.
Gdy zaś wypada prezydencja krajów mniejszych,
to
traktat lizboński przestrzegany jest przy podziale kompetencji z
najwyższą skrupulatnością. Czasami po prostu nie ma innego wyjścia – tak
było w przypadku niedawnej prezydencji belgijskiej, którą kraj ten
sprawował, nie mając praktycznie rządu (negocjacje w sprawie powołania
koalicji utknęły tam na kilkanaście miesięcy).
Belgowie z ulgą
scedowali
więc obowiązki wynikające z prezydencji na Hermana Van Rompuya – swego
byłego premiera, a obecnie prezydenta Rady Europejskiej. Ta cesja
odpowiedzialności za prezydencję to nie nowy pomysł. Po udanym przejęciu
przewodnictwa UE w zastępstwie debiutujących Słoweńców rozochocony
Nicolas Sarkozy stwierdził, że jest w stanie wyręczyć także Czechów.
Było to tym łatwiejsze, że rządząca republiką partia ODS kontestowała
traktat lizboński, a jej lider, prezydent Czech Václav Klaus, wygłaszał
w Parlamencie Europejskim irytujące filipiki w obronie swobód
obywatelskich i narodowej tożsamości, zagrożonej rzekomo traktatowymi
zmianami. Europa dba jednak o równowagę, więc hegemonistyczne zapędy
Sarkozy’ego utemperowano i pozwolono Czechom przejąć przewodnictwo w UE.
Polska krzepi serca
Czeska prezydencja – podobnie jak słoweńska – zaczęła się od
trzęsienia
ziemi. W styczniu 2009 r. wojna gazowa Ukrainy z Rosją wyziębiła
kuchenki i mieszkania Słowaków, Bułgarów, Czechów, a do pewnego stopnia
także obywateli innych krajów Europy. Premier Mirek Topolánek dwoił się
i troił, krążąc między Kijowem a Moskwą – z sukcesem, bo po 10 dniach
dostawy wznowiono. I to mimo braku wsparcia z Brukseli, gdy
przewodniczący KE José Manuel Barroso odmówił udziału w wahadłowej
dyplomacji Topolánka. Potem było już tylko gorzej.
Rząd Topolánka
upadł
po trzech miesiącach od rozpoczęcia prezydencji. Potem jego rodacy
sprawowali ją już tylko siłą rozpędu. Większość tuzów politycznych Unii
z Nicolasem Sarkozym na czele zignorowała praski szczyt Partnerstwa
Wschodniego, który miał otworzyć drzwi Europy postsowieckim sąsiadom i
stać się kulminacyjnym punktem czeskiej prezydencji. Reputację Czechów
do końca zszargał skandal obyczajowy z Mirkiem Topolánkiem w roli
uczestnika osławionych imprez bunga-bunga włoskiego premiera Silvio
Berlusconiego.
Czeska prezydencja przeszła do historii jako jedna
z
najgorszych w ostatnich latach. Potwierdziła podejrzenie części unijnych
elit, iż nowi członkowie nie dojrzeli do tak odpowiedzialnego zadania.
Ostatecznym dowodem stało się poprzedzające polską kolejkę rotacyjne
przewodnictwo Węgier pod wodzą pochłoniętego kłopotami na
własnympodwórku premiera Viktora Orbána.
Jeśli w pierwszej
połowie
mijającego roku za granicą słyszano w ogóle coś o Węgrzech, to przede
wszystkim wtedy, gdy proponowane przez rząd Orbána ustawy godziły w
wolność słowa lub niezależność banku centralnego. Z rąk naszym bratankom
wywinął się nawet planowany w Budapeszcie kolejny szczyt Partnerstwa
Wschodniego. Został przełożony, gdy się okazało, że w tym samym czasie
Nicolas Sarkozy zwołuje we Francji zjazd G8.
Ostatecznie zjazd
Partnerstwa odbył się w czasie polskiej prezydencji w Warszawie. Europa
– a przynajmniej ta część europejskiej opinii publicznej, która śledzi
kolejne prezydencje – odetchnęła na dobre dopiero wtedy, gdy Węgrów
zastąpili Polacy. – Europa to najlepsze na ziemi miejsce, w którym można
by się urodzić – mówił na inauguracji naszego przewodnictwa premier
Donald Tusk.
Brytyjski „The Guardian" napisał wówczas,
że pełna pasji i
optymizmu obrona Unii przez polskiego premiera kontrastuje ze zgaszonymi
przez kryzys nastrojami w Brukseli i innych stolicach europejskich.
Pół
roku później lider europejskich socjalistów Martin Schulz, który kilka
lat temu beształ na Hradczanach prezydenta Klausa za blokowanie
ratyfikacji traktatu lizbońskiego, powiedział o polskim debiucie w
rotacyjnej prezydencji: – To było najlepsze przewodnictwo od
lat.