Prime Minister’s Questions to ważny rytuał
brytyjskiej demokracji. Co
poniedziałek szef rządu staje przez parlamentem i spowiada się ze swojej
polityki. Gdy 12 grudnia David Cameron wstał, by tłumaczyć się z
brytyjskiego weta na szczycie UE w Brukseli, laburzystowska opozycja
zaczęła buczeć. Cameron nie wyglądał na zmieszanego.
Według „The Daily
Telegraph" był „wypoczęty i różowiutki jak świeżo wyszorowany
prosiaczek". Nie zważając na opozycję, tłumaczył, dlaczego odmówił
wsparcia unii fiskalnej, którą dla ratowania euro postanowili wprowadzić
przywódcy Francji i Niemiec.
– Broniłem brytyjskich interesów
narodowych
– mówił o sprzeciwie wobec zmiany traktatów i obłożenia podatkami
transakcji londyńskiego City, najpotężniejszego obok Wall Street centrum
finansowego świata. Politycy na kontynencie uznali go niemal za zdrajcę
UE. Jednak jego politykę poparło 60 proc. Brytyjczyków, widząc w nim
obrońcę Albionu przed zakusami barbarzyńców z kontynentu. Premier jednak
ostudził zapał eurosceptyków, którzy parli do rozpisania
referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE.
–
Referendum
nie będzie, pozostajemy członkiem Unii, bo to ma kluczowe znaczenie dla
naszego interesu narodowego – mówił Cameron i zwracając się bezpośrednio
do lidera Partii Pracy Eda Milibanda, pytał: – A co pan zrobiłby na moim
miejscu? Prasa odnotowała skrzętnie, że Miliband wykręcił się od
odpowiedzi. Trudno było się spodziewać, że premier zgodzi się na
opodatkowanie City, które dostarcza ponad 10 proc. PKB Wielkiej
Brytanii. Nie wspominając o tym, że gdyby nie bronił londyńskiej
finansjery, naraziłby się własnej rodzinie.
Dandysi demolują
– To w londyńskim City są spekulanci, którzy sprowadzili kryzys na
Europę, a teraz nie chcą się poddać regulacjom – mówił w Parlamencie
Europejskim lider eurosocjalistów Martin Schulz. To można było odczytać
także jako krytykę pod adresem Camerona, którego rodzina od pokoleń jest
związana z City. Gdy młody Dave maszerował do ekskluzywnej szkoły w
Eton, jego ojciec był udziałowcem firmy maklerskiej Panmure Gordon,
którą zakładał jeszcze jego pradziadek. Inny przodek był dyrektorem
banku Standard Chartered, a kolejny kierował Hongkong and Shanghai Bank
w czasach, gdy pośredniczył on w finansowaniu wojny Japonii z carską
Rosją.
Rozbudowane koneksje rodzinne, sięgające pałacu
Buckingham,
czynią Camerona jednym z najbardziej „elitarnych" premierów
brytyjskich
ostatnich lat. Wizerunek bogatego arystokraty, rządzącego z pomocą
grupki podobnych mu absolwentów elitarnych szkół, został ugruntowany w
pierwszych miesiącach jego rządów w 2010 r. Zanim pakiety cięć w
wydatkach socjalnych stały się obowiązującym trendem w krajach UE,
Cameron pierwszy wprowadził drastyczne oszczędności. Doceniane przez
ekonomistów cięcia łatwiej było krytykować, opowiadając o bogatych
ministrach po Eton i Oksfordzie, którzy odbierają biedakom zasiłki i
stypendia na naukę.
Cameronowi nie pomagały także plotki o
ekscesach
Bullingdon Club, do którego należał w czasie studiów na Oksfordzie.
Członkami klubu byli też minister finansów George Osborne i burmistrz
Londynu Boris Johnson. Ulubioną zabawą klubowiczów miało być wszczynanie
burd i demolowanie ekskluzywnych restauracji. Lewicowy „The
Observer"
cytował anonimowych członków klubu, którzy potwierdzali pogłoski o
bójkach i zdemolowanych restauracjach.
Ich właściciele nie
zgłaszali
zajść policji, bo zamożni sprawcy z dobrych domów zawsze pokrywali
straty w gotówce, do tego z nawiązką.
Na początku lat 90. imprezy Bullingdon Club zastąpiła Cameronowi kariera
polityczna. Trafił do siedziby premierów na Downing Street 10,
rekomendowany przez kuzyna matki sir Ferdinanda Mounta, który był szefem
gabinetu politycznego Margaret Thatcher. Cameron szybko robił karierę,
został doradcą szefa resortu finansów Normana Lamonta. Był świadkiem
„czarnej środy" z 16 września 1992 r., gdy George Soros załamał
kurs
brytyjskiej waluty, zmuszając Lamonta do wycofania funta z mechanizmu
ERM, będącego poczekalnią do rodzącej się wtedy strefy euro.
– Śpiewałem
w wannie z radości, że wychodzimy z ERM – powiedział potem Lamont za
radą Camerona, stając się jednym z najbardziej nielubianych polityków
tamtych czasów. Jego upadek nie zaszkodził Cameronowi, który piął się po
szczeblach partyjnej hierarchii, aż w 2005 r. został szefem torysów. W
mediach wypadał świetnie. Złośliwi mówili, że poglądy zmienia podobnie
jak garnitury kilka razy dziennie, i nadali mu przezwisko David
Kameleon. Pod schludną powierzchownością i elokwencją krył się jednak
bezlitosny gracz, który eliminował
Cameron należy do brytyjskiej elity, która zawsze patrzyła z
przymrużeniem oka na kontynentalne fanaberie opór tradycyjnych
konserwatystów.
– On zachowuje się jak Pol Pot, niszczący
nawet
wspomnienie thatcheryzmu – narzekał były szef konserwatystów Norman
Tebbit. Hamulcowi Europy zazwyczaj kojarzeni są z politykami, którzy
sprzeciwiają się wszystkiemu, co europejskie: od integracji politycznej
po swobody obyczajowe. Cameron nie mieści się w tym schemacie.
Prasa na
Wyspach ukuła nawet termin „Notting Hill tories" na określenie
środowiska nowoczesnych światopoglądowo młodych sympatyków Partii
Konserwatywnej. Nazwa pochodzi od Notting Hill, modnej dzielnicy
zamożnej klasy średniej. Mieszkający tam ludzie, głosując na Partię
Konserwatywną, nie widzą nic złego w tym, że na listach wyborczych są
także zdeklarowani geje. Cameron nie ma nic przeciw temu, żeby geje
kierowali służbami mundurowymi. Ministrem policji jest Nick Herbert,
żyjący od 1999 r. w związku z pewnym księgowym.
Minister
więziennictwa i były oficer armii Crispin Blunt zrobił coming
out w zeszłym roku, podobnie jak konserwatywny wiceprzewodniczący
parlamentu Nigel Evans. – Konserwatyści wierzą, że społeczeństwo jest
silniejsze dzięki więzom i wsparciu, którego sobie udzielamy. Dlatego
wspieram małżeństwa gejowskie i robię to nie pomimo bycia konserwatystą,
ale właśnie dlatego, że nim jestem – mówił Cameron kilka tygodni temu.
Europa mniej ważna
– Cameron przesuwa swoją partię do centrum na każdym polu z
wyjątkiem
spraw europejskich, Merkel i Sarkozy nigdy nie zaakceptują jego
eurosceptycyzmu – mówił kilka lat temu Wilfried Martens, lider
Europejskiej Partii Ludowej. Rozżalenie Martensa łatwo było zrozumieć.
Był rok 2006 i Cameron, wówczas jeszcze nie jako premier, lecz tylko
lider torysów, wycofał swoją partię z EPL, największej frakcji
Parlamentu Europejskiego.
Spotkał go ostracyzm za sojusz z
eurosceptycznymi partiami z Europy Środkowej: PiS z Polski, ODS z Czech
i kilkoma partiami z Bałkanów i państw bałtyckich. Nowa frakcja
Europejskich Konserwatystów i Reformatorów miała zawojować
europarlament. Tak wynikało z zapowiedzi na kongresie zjednoczeniowym
frakcji, który zwołano w 2009 r. w warszawskim kinie Palladium.
Cameron
zagrzewał do boju nowych sojuszników, ale na tym się skończyło. Szybko
stracił zainteresowanie nową frakcją. To zachowanie charakterystyczne
dla członka brytyjskiej elity, która zawsze patrzyła z przymrużeniem oka
na kontynentalne fanaberie. Europa nigdy nie była w centrum
zainteresowania obecnego premiera.
Co nie czyni go krwiożerczym
eurosceptykiem. Przeciwnie. Jak na polityka, którym unijni komisarze
straszą dziś całą Europę, Cameron zawsze był zdecydowanie prounijny. W
Wielkiej Brytanii bezlitośnie zwalczał zarówno antyeuropejską opozycję
wewnątrz własnej partii, jak i United Kingdom Independence Party, która
poszła do europarlamentu pod hasłami rozbicia UE. – To są świry
chowające w szafach rasistów – mówił. Gdy 9 grudnia zawetował plany
Francji i Niemiec, Europa się zagotowała. Wyspiarze przyjęli tę wrzawę z
brytyjską flegmą.
– Weto zostało uznane za epokowe
wydarzenie,
nieodwracalne jak wyszarpnięcie Excalibura ze skały, a przecież nie ma w
tym nic nadzwyczajnego – napisał Boris Johnson, burmistrz Londynu i
bliski przyjaciel Camerona od czasów Bullingdon Club.
Rzeczywiście, na
ostrym kursie kolizyjnym z UE bywali Margaret Thatcher, John Major, a
nawet Tony Blair. Teraz David Cameron uznał, że może sobie na to
pozwolić.