Kościół ma wiele sposobów na weryfikowanie siły
religijności i
lojalności swoich wiernych. Najczęściej rzuca im pod nogi różne kłody i
sprawdza, czy trudności wytrzymają. Taką rolę (kłody) gra ojciec Rydzyk,
który właśnie będzie otwierał kolejne kanały Telewizji Trwam i walczył o
uznanie ze strony KRRiT. Ojciec Rydzyk przybył nawet w tej sprawie do
Sejmu, gdzie spotkał się ze swoimi wiernymi z PiS i Beatą Kempą (swoją
drogą pierwszy raz widziałam na twarzy posłanki ciepły uśmiech, może
częściej powinna przebywać w towarzystwie ojca Rydzyka?). Nie wiem, czy
ojciec dyrektor wywalczy kolejne przywileje dla swojej działalności, ale
wiem, że jeśli ludzie wierzący są w stanie znieść jego obecność w tym
samym Kościele, to z pewnością wiara ich jest bardzo silna.
Innym jej sprawdzianem są niektórzy politycy, deklarujący się jako
obrońcy krzyża, choć z ich mowy można wnioskować, że należą raczej do
jakiejś satanistycznej organizacji siejącej nieufność, zawiść i agresję.
Inny rodzaj weryfikacji wiary polskiego katolika stanowią biskupi,
zwłaszcza ci, którzy ustawicznie mylą władzę duchową z polityczną, a
wartości wieczne z doczesnymi, stawiając twardo na te drugie i głosząc
gorliwie pochwałę pierwszych.
Dla tych, których wiara kruszy się
pod wpływem działalności ziemskich
sług Pana Boga, Kościół wymyślił księdza Bonieckiego. Jestem przekonana,
że jest on tajną bronią w walce z laicyzacją kraju, i to z wielu
powodów.
Przede wszystkim dlatego, że… jest dobry. Zawsze
ilekroć czytam jego
teksty i widzę jego uśmiech, mam wrażenie, że to dobry ksiądz.
Rozumiejący, ciekawy świata i bliźnich, wyrozumiały, skromny,
empatyczny. Oczywiście nie jest to jedyny dobry ksiądz w Polsce.
Telewizja i prasa co jakiś czas pokazują jakiegoś dobrego księdza, który
zajmuje się domami opieki, dziećmi, hospicjami lub inną użyteczną
działalnością, bardzo rzadko wśród księży spotykaną. I ja w takich
księży wierzę, chociaż o ich istnieniu bardziej przekonuje mnie Boniecki
niż telewizja. Na wykładzie w Auditorium Maximum UW dowodził, że Kościół
posiada bardzo wielu dobrych i mądrych „pracowników" oraz że media
i publicyści znacznie przeceniają zarówno apetyt finansowy Kościoła, jak
i jego siłę polityczną. Biskup Michalik wspierał wszak na wszelkie
sposoby Marka Jurka w różnego rodzaju wyborach i nie odniosło to żadnego
skutku. Dodam od siebie, że do czegokolwiek w ogóle weźmie się biskup
Michalik, kończy się przyśpieszoną laicyzacją kraju.
Boniecki z
pewnym oburzeniem też mówił o domniemanym „handlu" z Ojcem
Świętym, który miał polegać na tym, że będzie On wspierał nasze wejście
do UE, pod warunkiem że Polska czcić będzie (ustawowo) dziecko poczęte.
Jan Paweł II chciał Polski w Unii bezwarunkowo. A jeśli chodzi o cześć
dla życia, ważniejsze od ustaw jest kształtowanie sumień i postaw
moralnych. Ta myśl Bonieckiego w żaden sposób nie może się przebić do
polskich polityków.
Ksiądz redaktor jest – jak wiadomo – relatywistą w sprawach mało
ważnych
i absolutystą w sprawach wiary. Konkordat? Nie jest Pismem Świętym –
można go zmienić. Tak jak zmienia się wszelkie normy prawa pozytywnego.
Trwałość wartości Boniecki widzi w wierze, nie w teatralnych działaniach
katolickich parlamentarzystów. Za Benedyktem XVI powtarzał, że zadaniem
Kościoła jest – przede wszystkim – uwolnić się od spraw
niepotrzebnych.
O wierze mówił prosto i ciepło, że opiera się na
zaufaniu, nadziei,
miłości i dialogu. Za stoikami powtarzał, że trzeba zmieniać raczej
siebie niż los, a do katalogu rzeczy złych zaliczył przede wszystkim
hipokryzję, zadufanie, fałszywą przyjaźń oraz ten rodzaj ludzkiej
słabości, który polega na tym, że afirmacji cnoty własnej stale
towarzyszy wytykanie cudzych grzechów.
Gdybyż Kościół na
Bonieckich stał, to rzeczywiście bylibyśmy potęgą
religijną! Tymczasem Kościół mądrze zabronił Bonieckiemu medialnych
wystąpień, by uczynić go jeszcze bardziej atrakcyjnym i przyciągającym.
Słuchając księdza redaktora, zrozumiałam, że dysponując taką tajną
bronią, Kościół trwał, trwa i będzie trwał. (Jeśli oczywiście znajdzie
kolejnych Bonieckich. I może to jest dobry powód do zniesienia
celibatu?).