PIOTR NAJSZTUB: Czy podżegał pan do zabójstwa Rysia z
„Klanu"?
PIOTR CYRWUS: – To pytanie jest tendencyjne.
Nic takiego nie robiłem,
żeby Ryszard...
Czyli to nie jest pańska inicjatywa?
Nie, ja tylko chciałem, żeby mój bohater zakończył swój los serialowy.
Ale że już teraz? Już pan miał go dosyć?
Tak, teraz.
Nagrabił sobie Rysio u pana?
To się rozkłada w czasie, przychodzi taki dzień czy noc i nagle się mówi
– mam tego dosyć czy dziękuję.
To była noc?
Nie, myślę, że to był dzień.
Pamięta pan moment, kiedy czara się
przelała i pojawiły się mordercze
myśli?
Już jakieś dwa lata temu...
Długo przygotowywaliście się do tego morderstwa.
Pan to tak jednostronnie widzi. Nikt nikogo nie zamierzał tu zabijać,
wystarczająco się już chyba nawzajem mordujemy, zresztą w każdych
czasach się mordowaliśmy. Wtedy Ryszard miał problemy z dobrem i
moralnością, miał wypadek i to był pierwszy impuls, zastanawialiśmy się
z producentami, jak by ten wątek zakończyć.
Jak to jest? Gdy
siadacie z tymi scenarzystami i omawiacie na
przykład śmierć jednego z bohaterów serialu, to sobie żartujecie na ten
temat, smutni jesteście?
My nie siadamy.
Ale?
Przede wszystkim nie siadamy razem. W takim serialu dla bohaterów jest
chyba dobrze, że nie wiedzą, co się z nimi będzie działo, tak samo jak w
życiu, więc my nie znamy swojej serialowej przyszłości. Aktorzy mają
wgląd w życie swojego bohatera na trzy-cztery tygodnie do przodu. Ale
jeżeli aktor chce zrezygnować, to trzeba to z jakimś wyprzedzeniem
załatwić, a najlepiej przez rozmowę. Już rok temu spotkałem się z Pawłem
Karpińskim i z panem Niżyńskim, długo rozmawialiśmy na ten temat. I tu
nie chodziło o żadne podwyżki, naciski. Umówiliśmy się, że będę grał do
września i jeszcze się zastanowię. We wrześniu już definitywnie się
zastanowiłem i jestem wdzięczny panu Karpińskiemu, że nie naciskał, nie
zwodził mnie jakimiś zachętami.
W końcu chodziło o poważną rzecz, śmierć.
Tak, bo takie odejście dla mnie, dla aktora, oznacza, że nie mam powrotu
do serialu.
No, nie, jest jeszcze zmartwychwstanie stale obecne w naszej
popkulturze, więc...
Tylko w wierze.
No ale jest jeszcze szansa na epizod.
Ekshumacja.
Myślę, że do tego nie dojdzie.
Ale
bez jaj! Czternaście lat pan grał Ryśka, połowa pańskiego
dorosłego życia.... Mnie to fascynuje, jak dalece przez te 14 lat się
pan zrósł z tą postacią. Czy wprost przeciwnie?
Jako aktorzy nie
mamy innego instrumentu poza swoim ciałem, wyobraźnią...
Dobrze, dobrze… Ale nawet żadna sztuka w teatrze nie jest grana aż
tyle lat!
Ja jakoś mam szczęście.
Do sztuk długo trwających?
Tak, swój monodram „Zapiski oficera Armii Czerwonej" zagrałem
jakieś 800
razy, a „Emigrantów" 600 razy, mam taką rękę. I znowu miałem
szczęście
do bohatera, który aż 15 lat gościł na ekranach telewizji...
A to nie jest nieszczęście raczej?
Dla telenoweli, jako gatunku, to szczęście.
A dla pana jako
aktora?
Nie można odpowiedzieć w kategoriach szczęścia, nieszczęścia.
Obciążenie chyba tak.
To jest takie obciążenie zawodowe. Bo zawsze uważałem, że aktor powinien
grać różne role. I myślę, że ten Ryszard Lubicz gdzieś też miał...
Myśli pan o nim Ryszard czy Rysio?
Myślę Ryszard, chyba przez moją partnerkę serialową, choć w umysłach
telewidzów on funkcjonuje jako Rysio – ciepły, dobry facet.
Safanduła.
To pan powiedział, bo mi nie przeszło przez myśl,
żeby grać safandułę.
Tak jest opisywana ta rola: trochę niezaradny
życiowo, niebiorący
udziału w wyścigu szczurów.
A czy niezaradny jest człowiek dobry, opiekujący się swoją rodziną,
nierobiący szwindli, niestarający się robić za wszelką cenę kariery? A
mój bohater właśnie takie cechy miał.
Usiądzie pan pod koniec lutego przed telewizorem, żeby obejrzeć
śmierć i pogrzeb Ryśka?
Nie, dlatego że ja w ogóle mało seriali oglądam.
Bo głupie?
Nie, to nie jest dla mnie, mam inne zainteresowania i ograniczony czas.
Zresztą nigdy nie miałem serca do seriali. Dlatego że nigdy nie miałem
tyle czasu. Myślałem, po co oglądać, skoro nie będę wiedział, jak
bohaterowie skończą.
Czyli „M jak miłość" też pan nie
oglądał.
Nie.
Ale medialna i internetowa śmierć Hanki Mostowiak wstrząsnęła panem?
To było niesamowite!
Z panem, czyli Rysiem, może być
podobnie.
Ale to przecież nie ode mnie zależy!
Śmierć Hanki Mostowiak pokazała taki fenomen: kiedy umiera bohater
serialu, to ludzie odczuwają to tak, jakby naprawdę odchodziła jakaś
bliska im osoba. Skoro z Ryszardem może być podobnie, to co pan myśli o
zjawisku społecznym śmierci zastępczej?
A co się dzieje w tej chwili? Niby chcemy być tacy otwarci, a jesteśmy
coraz bardziej zamknięci. Zamykamy się w naszych mieszkaniach, przed
telewizorami i tam obserwujemy „życie". Piętnaście lat temu, kiedy
zaczynał się „Klan", byłem na Kleparzu w Krakowie po zakupy. I ktoś
przede mną opowiadał historię, bardzo żywo, emocjonalnie. I nagle słyszę
– Rysiu, Grażynka, Paweł… Nagle sobie zdałem sprawę, że jedna pani
drugiej pani opowiada właśnie odcinek „Klanu”...
A
pan miał wrażenie, że ona o swoim życiu opowiada.
Tak, że ona opowiada o sąsiedzie. My, bohaterowie seriali, tak jest na
całym świecie, tworzymy taką grupę sąsiadów, o których się nawet
plotkuje.
No to sąsiedzie Rysiu, dlaczego robisz nam takie
świństwo i umierasz?
Nie pojawiła się w panu taka myśl: nie mogę im tego zrobić i umrzeć?
Nie, szanuję wszystkich widzów – i serialu, i teatralnych, ale myślę, że
nie zwariowaliśmy do końca, że ludzie...
Czyżby?
Że ludzie zdają sobie sprawę, że to jest fikcyjna postać i po prostu mi
wybaczą.
Po 22 lutego, bo wtedy chyba będzie emitowana pańska
śmierć, może być
pan traktowany jak duch.
Persona non grata. Nie.
I będzie
pan miał szanse jako być może pierwszy człowiek, powiedzieć,
jak wygląda życie po śmierci. Przynajmniej Ryszarda.
Już czekam na te pośmiertne wywiady…
Kiedy pan zaczynał ten
serial 15 lat temu, sądził pan, że to może być
tak długotrwała przygoda?
Ten serial zacząłem troszkę bezwiednie, przyjechałem na zdjęcia próbne
do „jakiejś" pracy w Warszawie. Byłem aktorem Starego Teatru i
wygrałem
casting. Teraz bardziej „patrzę" na swoją karierę, dokonuję
wyborów,
wtedy tak nie było. Jechało się do Warszawy po to, żeby w czymś zagrać,
zarobić jakieś pieniądze. Później co pół roku mówiono nam, że ten serial
będzie schodził, i tak minęło 15 lat.
Nie miał pan w czasie tych
15 lat myśli: a może dobrze byłoby, żeby
to było dożywotnie, taka praca na całe życie?
Nigdy. Nawet kończąc szkołę, kiedy nie wiedziałem, ile aktor zarabia i
na czym ta praca dokładnie polega, zawsze myślałem, że muszę być
mobilny, być tam, gdzie mam ciekawe propozycje, gdzie są ciekawi ludzie,
ciekawe zadania aktorskie. Dlatego moje życie składa się z takiej
wędrówki po kraju od Warszawy, przez Łódź, do Krakowa i znowu do
Warszawy, po całej Polsce.
Jest pan aktorem bardzo znanego
teatru, a czytałem, że w pracy przy
telenoweli aktor musi ograniczyć swoje umiejętności, grać płytko. Nie
miał pan z tym problemu?
To mity. Wytworzyły się nawet takie niesamowite pojęcia wśród krytyków,
ludzi z branży, bo ktoś tam mówi na planie: „O, za teatralnie
gracie".
Ja mówię: „Dajcie spokój". Potem gram w teatrze i później czytam:
„Grali
jak w serialu, jeden do jednego”.
Jednak różni się ta gra.
Tak, jeżeli gram w filmie fabularnym, w teatrze, to nie tylko mam
określone zadanie aktorskie. Wiem też, jak się zacznie i jak się skończy
opowieść. A w serialu nie. I dlatego kondycja jest ważna w serialu, żeby
mieć chęć zagrać te sześć czy siedem scen dziennie z pełnym
zaangażowaniem.
Zaangażowaniem… Czytałem, że najczęstszy
tekst, jaki pan tam
wygłasza, to: „Dzieci, umyjcie rączki".
Akurat ten tekst powiedziałem może dwa razy. To już jest właśnie plotka
o Ryszardzie.
Pan jednak kiedyś powiedział, że liczy na Oscara w
kategorii „sceny
zakładania i zdejmowania kurtek dziecięcych". Pan odchodzi, Oscara nie
będzie?
Pewne czynności pchnęły mnie do tego żartu, może dlatego, że najwięcej
ich robiłem w jednym serialu. Ale ileż można wymyślić codziennych,
prostych zdarzeń międzyludzkich... I nie uważam, że my tam gramy „jeden
do jednego".
Co to znaczy?
Że nie postaciujemy, tylko po prostu gramy takich, jacy jesteśmy. My po
prostu uwypuklamy pewne nasze cechy potrzebne do danej roli, ale nie
jesteśmy sobą. Ja bym się zupełnie inaczej zachował w danej sytuacji
jako Piotr Cyrwus.
W normalnym życiu w kimś takim jak Grażynka
pan by się zakochał?
Chyba bym miał trudności.
Za gadatliwa jest?
Nie, niech pan tak nie pisze, bo to jest taki szowinizm. Myślę, że dla
Ryszarda to była wspaniała żona. Z Piotrem Cyrwusem tworzyłaby dosyć
burzliwy związek.
Śmierć Ryśka jest nieodwracalna, bo
nagrana?
Jutro gram decydujący moment, mogę jeszcze wszystko odwrócić, ale myślę,
że producenci zainwestowali tak dużo w mój pogrzeb, który już został
nagrany przed świętami, że chyba nie będę im tego robił.
Oglądał pan to zdjęcie nie z własnym, tylko Rysia nagrobkiem?
Życzliwi koledzy z planu mi przysłali.
Co pan poczuł?
To mieszane uczucie, jednak mieszane. Widzę, że im bliżej ten dzień
rozstania z ekipą, to inaczej się wobec mnie zachowują.
Traktują pana jak śmiertelnie chorego?
Nie, może czulej trochę...
A Piotr Cyrwus chciałby wiedzieć, kiedy umrze?
Z katolickiego punktu widzenia niekoniecznie. Ale z egoistycznego tak.
To byłoby zabawne, gdyby też prawdziwi ludzie żyli tak jak w serialu,
to znaczy znali np. datę swojej śmierci.
Ale my chyba tak to sobie wyobrażamy, wiara np. w te końce świata…
Ludzie mają domy, mieszkania na kredyt i każdy myśli chyba, że będzie
sobie oglądał ten koniec świata w domu w telewizji, a te mieszkania
przetrwają, choć świat upadnie. Jako Piotr Cyrwus widzę to w tych
rozgrywkach politycznych, że nie potrafimy po prostu kibicować
rządzącym, nieważne, czy oni są tacy, czy inni, tylko bez przerwy
myślimy, żeby im się noga powinęła.
Nie wiemy, że sobie kibicujemy?
Właśnie, może nie traktujemy tego poważnie, podobnie jak seriali i
telenowel? Zauważył pan, co się działo w tym kraju i co się dzieje?
Ludzie wpadają w wielkie emocje. Więc wymyśliłem sobie takie zadanie, że
jako aktor, człowiek mediów nie powinienem dołączać do masy polityków,
niektórych dziennikarzy i jeszcze bardziej pogłębiać podziałów, które
powstały przez biedę i polityków.
Jak aktor może nie pogłębiać
tego podziału, nie brać pewnych ról?
Dobre role to są pytania, to nie są odpowiedzi. To pytania, które zadaję
swoim widzom, na które oni sobie odpowiedzą, ja nie daję odpowiedzi.
Wrócę do cytatu z „Historii filozofii po góralsku" księdza
Tischnera, że
„przecież Pon Bog nam nie doł rozumu po to, coby my się męcyli, ino żeby
mieli jaką taką ulgę w męce. Takie myślenie, co męcy, to jus nie jest
myślenie, ino tak udaje". A u nas w sztuce, w polityce widać jakiś taki
dziwny masochizm, że jak się tak nie umęczymy, nie skonfliktujemy, nie
podzielimy, to jakoś trudno, żeby nam coś wyszło.
Jest w tym, co
pan mówi, trochę Ryszarda
?
Trochę. Przez tyle lat był łagodną postacią i nie powodował konfliktów,
a wręcz przeciwnie, jakoś potrafił się dogadać z Grażynką.
Czyli
nie całkiem umrze, jego kawałek w panu przetrwa?
Tak, to przecież gdzieś tam we mnie siedzi.
Będzie pan prywatnie
obchodził rocznicę śmierci Ryszarda?
Oj, ale się pan przyczepił...
Bo biorę pod uwagę histeryczną
reakcję na śmierć Hanki Mostowiak. I
Ryśka może to spotkać.Wydaje mi się też, że dla aktora, ale i
człowieka, który wiele lat jest tą postacią i ona umrze, będzie miała
„grób", grób będzie sfotografowany, to musi być dziwne uczucie.
Ale myślę, że my w „Klanie" trochę inaczej podchodzimy do
śmierci.
„Klan" zawsze miał taki sznyt misyjny, nauczyłem połowę Polski, jak
niektórzy twierdzą, myć rączki, więc nie chcemy zmarnować tej śmierci.
Jak chcecie to zrobić?
Moja śmierć nie jest istotą. Chcemy pokazać cierpienie ludzi, jak sobie
poradzą ci, którzy zostają. Sam miałem niedawno takie doświadczenie,
kiedy odchodzili moi rodzice. To jest istota śmierci, nie to, że my
kogoś zabijemy, zginie mniej czy bardziej efektownie. Myślę też, że
dlatego nie poradziliśmy sobie z tą olbrzymią katastrofą. Przestaliśmy
się interesować ludźmi, którzy zostają. Myślę, że
to olbrzymie przeżycie dla każdej rodziny i ludzie sobie nie radzą z tym
cierpieniem.
To niejedyny problem. Jak sobie poradzić z brakiem
szczęścia?
Jestem tenisistą zapalonym i wczoraj usłyszałem w telewizji tenisistkę,
zarabiającą miliony, która jest teraz w cieplutkim Melbourne i ona
powiedziała: „Tak chciałabym być szczęśliwa...". To jest może
właśnie
nieszczęście, że nie wiemy, co to jest to szczęście i nawet sobie nie
wyobrażamy, jak można być szczęśliwym?
Pan też?
Ja sobie już wyobrażam, coraz bardziej.
O, to ciekawe.
Tak, wyobrażam sobie, że szczęście to jest spotkać dobrego człowieka,
porozmawiać z nim, być z nim.
Musiał pan się trochę zestarzeć,
żeby to poczuć?
Tak! Musiałem do tego dorosnąć. Często teraz rozmawiam o tym z ludźmi
młodymi. Moja córka niedawno wyszła za mąż i zięć mnie zasypywał
pytaniami o „szczęście małżeńskie". Myślę, że to tak jak w
aktorstwie:
„trzeba umieć przetrwać", jak powiedział wielki mistrz Gustaw
Holoubek.
A mój teść mówił: „Najgorsze jest pierwsze 25 lat, a potem już z
górki”.
I w małżeństwie, i w zawodzie jestem już po tym etapie.
To ta chwila…
Czas na wspomnienia, bo Ryszard umarł. Jaki
był?
Siedzimy, jakby to była stypa i trzeba powspominać nieboszczyka, jak na
porządnej, przedwojennej stypie.
Amerykanie o człowieku, który odszedł, przede wszystkim opowiadają
żartem. Ryszard miał swoje przywary, potrafił być śmieszny i wspaniały,
gdzieś tam się potknął, ale 500 razy się podniósł. I dalej walczył, miał
takiego poprzednika Ryszarda Lwie Serce. Myślę, że Ryszard wytrzymał 15
lat w takiej kondycji, bo miał to lwie serce, które teraz mu pękło. Ale
był waleczny, nie chciał się zmieniać na siłę, jakby tego chcieli
niektórzy widzowie. Nie robił sobie nic z tego, że nieraz dworował sobie
z niego Wojewódzki, zafascynowany nim...
Wojewódzkiemu chyba po tej śmierci będzie smutno, będzie się czuł
samotny, kogoś z jego świata ubyło.
Właśnie, tu mi żal troszeczkę Kuby Wojewódzkiego.
Dlaczego Rysio
nigdy nie odpowiedział w serialu Wojewódzkiemu na te
żarty? Byłoby zabawne, gdyby przeniknęły się te dwie nierzeczywistości.
Właśnie. Szkoda, że się z panem wcześniej nie spotkałem.
Teraz rzeczywiście już za późno. Rysiek jutro umiera...
Ale może
Wojewódzkiemu coś z zaświatów powiem… Niech czeka.