Pewien znajomy (nie będę podawał nazwiska, bo szanuję
Ustawę o ochronie
danych osobowych) zapytał mnie, czy sam piszę swoje felietony. Zrobił mi
przykrość, bo po pierwsze, posądził mnie o rodzaj oszustwa, po drugie,
być może tak mu się nie podobały, że chciał zdjąć ze mnie ciężar
odpowiedzialności za ich jakość. Pocieszając się, wyciągam wniosek, że
mogło też być tak, że bardzo mu się podobają, ale nie wierzył w moją
zdolność pisania tak dobrze. W którąkolwiek stronę bym poszedł z analizą
tego oświadczenia, to i tak pytanie było dla mnie co najmniej
kłopotliwe. Na wszelki wypadek potwierdzam publicznie swoje autorstwo, a
gdyby ktoś chciał sprawdzić, to mam rękopisy, bo tak się składa, że
piszę szybciej ręcznie niż na komputerze, a potem dopiero rękopis
dyktuję osobie wyjątkowo w tej materii i nie tylko sprawnej. Mogę śmiało
powiedzieć, że mimo przesady w nazewnictwie moje felietony są niczyją
inną, tylko właśnie moją własnością intelektualną. Bardzo chciałbym, i
uważam to za naturalne i normalne, chronić moją własność intelektualną,
bo po prostu jest moja i mam do niej prawa oraz mogę sobie z nią robić,
co zechcę, ale jednocześnie bardzo też bym chciał, żeby się
rozprzestrzeniała na przykład w internecie w sposób legalny, a ja na to
legalnie zezwalam.
Z drugiej strony, wyrażam swój sprzeciw wobec jakichkolwiek
ograniczeń wolności słowa i jeżeli na przykład mój naczelny będzie
chciał mi tę wolność słowa ograniczyć, to nie będzie moim naczelnym. Nie
wiem, jak się mam ustosunkować do odwagi Zbigniewa Hołdysa, który
bezkrytycznie popiera umowę ACTA. Dziwię się bardzo, że Zbigniew Hołdys
nie ma w stosunku do niej żadnych wątpliwości. Dziwię się
dodatkowo, bo z mojej wiedzy wynika, że Zbigniew Hołdys jest
historycznym rockandrollowcem, kompozytorem, autorem i twórcą zespołu
Perfect, ale na pewno nie jest – chyba że coś umknęło mojej uwadze
–
wykształconym w Oksfordzie prawnikiem specjalizującym się w
międzynarodowym prawie autorskim.
Każdy, kto jest uczciwy, w
sposób naturalny sprzeciwia się złodziejstwu,
pod warunkiem że może to złodziejstwo jednoznacznie sklasyfikować, ale
jeśli do umowy wnosi zastrzeżenia Generalny Inspektor Ochrony Danych
Osobowych, to ja na pewno wiem, że jest on bardziej wykształcony
prawniczo od Zbigniewa Hołdysa i jemu bardziej w tej materii będę
wierzył, chyba że zacznie grać na gitarze. Tak naprawdę to wydaje mi
się, że wszyscy dotykają materii, z którą nie bardzo wiedzą, co zrobić.
Jedni podłączają się do akcji protestacyjnej z powodów politycznych. Nie
dziwię się, bo – proszę mi wybaczyć przeżyłem już rządy PiS, a
szczególnie pana Ziobry, więc nie jestem pewien, czy ta formacja
gwarantuje mi swobody obywatelskie.
Nie rozumiem tej umowy w
obecnym kształcie tak jak tysiące
demonstrantów, z którymi się solidaryzuję, i tak jak oni przyznaję się,
że dokładnie nie wiem, o co chodzi, ale coś złego w trawie piszczy. To
coś złego czai się w wypowiedziach ministrów i w wypowiedziach premiera.
Wydaje mi się, że tkwi w tym coś więcej niż niepokój i że mamy do
czynienia na wszystkich szczeblach oponentów i zwolenników umowy z
czymś, co nie jest takie proste, jak by się mogło wydawać. Gdyby
chroniący prawa autorskie wiedzieli, jak sobie poradzić z problemem, jak
rozgraniczyć kradzież od chęci pozyskiwania dóbr kultury, zrobiliby to
już dawno. Metoda restrykcyjna jest najprostszym wyjściem
niezałatwiającym jednak całego problemu.
Do tego dodaję dwie
wiadomości: jedną złą, a drugą dobrą. Ta zła jest
taka, że poseł Suski mimo ostrzeżeń z wielu źródeł znów zażartował. A ta
dobra jest taka, że nasza wybitna reżyserka z wybitnym filmem została
nominowana do Oscara. Różnica jest większa niż różnica między złem a
dobrem. Za posła Suskiego nie będę trzymał kciuków, a za Agnieszkę
Holland jak najbardziej.