Andrzej Rozenek, rzecznik Ruchu Palikota i poseł:
– Dostajemy sygnały,
że Platforma zaczyna się nas bać. I ma rację, bo nasze poparcie szybko
rośnie. Żarty się skończyły.
Artur Dębski, wiceszef Ruchu, poseł:
–
Powiem krótko, idziemy po władzę. I to w następnych wyborach. Stworzymy
rząd fachowców, ponadpolityczny, sięgniemy po najlepszych. Taki
Piechociński z PSL będzie pierwszy do przetransferowania. Na pewno
dostanie od nas propozycję. Zajmie się infrastrukturą.
Rozenek:
– Oby
tylko Platforma nie zaczęła brudnych zagrywek. Chociażby takich jak
doprowadzenie do nieprzyznania nam subwencji z budżetu.
Dębski:
– Wybory
parlamentarne to nie wszystko. Osobiście będę namawiał Palikota na start
w wyborach na prezydenta Warszawy, a później może nawet Polski.
Rozenek:
– Prezydenturę Warszawy Palikot wygrałby bez problemu. Ale nie wiem, czy
będzie kandydować.
Palikot: – Nie będę, o Pałacu
Prezydenckim też nie myślę. Chcę być
premierem, zmienię politykę.
Stan euforii trwa od wyborów.
To już trzeci
miesiąc, ale trudno się dziwić. Każdego mogłoby ponieść. Palikot
stworzył przecież trzeci klub w Sejmie, miał audiencję u Aleksandra
Kwaśniewskiego i został przez niego namaszczony na przywódcę lewicy. W
kolejce do niego ustawili się nie tylko działacze kanapowych ugrupowań w
stylu Partii Demokratycznej czy Zielonych, lecz również lewicowi
politycy: byli premierzy, ministrowie. Józef Oleksy, nowy szef rady
strategii SLD, chce z nim np. dyskutować o „nowej wizji społecznej
wrażliwości" i „strategii dla Polski”. Po spotkaniach z
Palikotem są już
także eurodeputowani Wojciech Olejniczak i Marek Siwiec. Były szef MSWiA
i weteran Sojuszu Krzysztof Janik – najwyraźniej też, bo rozmawiając z
kolegami z Rozbrat, demonstracyjnie powołuje się na zażyłość z
kontrowersyjnym posłem: „Ale słuchajcie, Janusz to, Janusz tamto”.
Wyższość lidera Ruchu musi dziś uznać nawet taki macho jak Leszek
Miller. Wygląda na to, że Janusz Palikot to dziś na lewicy potęga.
Inicjacja między weselami
Ta potęga to jednak tylko pozory. Tak naprawdę Ruch Palikota to
zbieranina przypadkowych osób, bezładna masa. Bez planu i programu.
Jeśli nie ma korków, to dojazd z centrum Warszawy na przemysłową
Białołękę zajmuje około pół godziny. Od prestiżowej Alei Przyjaciół,
gdzie Palikot widuje się z byłym prezydentem, dzielą ją jednak lata
świetlne. Przy Kanale Żerańskim odbija się w małą niewyasfaltowaną
dróżkę i po kilkudziesięciu metrach jazdy po wertepach jest się u celu.
Murowane ogrodzenie, parking wyłożony kostką brukową i czerwony dywan
pod samo wejście, przez które co weekend jakiś pan młody przenosi na
rękach szczęśliwą pannę młodą. To hotel Złote Dęby specjalizujący się w
organizacji przyjęć weselnych.
W tygodniu w Złotych Dębach
urzęduje
Piotr Tymochowicz, doradca wizerunkowy Janusza Palikota. To tu – między
jednym weselem a drugim, tuż przed wyborami – swoją polityczną inicjację
przeszli politycy Ruchu. Tymochowicz wygłosił dla nich mały wykład,
pokazał trochę slajdów, udzielił kilku banalnych rad („zaprzyjaźnijcie
się z dziennikarzami", „unikajcie trudnych słów”,
„dziesięć sposobów na
zmianę tematu”) i dał lekcję politycznego pragmatyzmu („strzeżcie
się
nieznanych osób, mogą być podstawione”, „nigdy nie kłam, choć
postępuj
ekonomicznie z prawdą”).
Współpracownik Palikota: –
Tymochowicz jest
przereklamowany. Współpraca z nim została zakończona, dziś doradza nam
dużo bardziej kompetentna osoba. To Aneta Awtoniuk. Awtoniuk to trenerka
biznesu i przede wszystkim instruktorka szkolenia… psów. Specjalizuje
się w metodzie klikerowej polegającej na pozytywnym wzmacnianiu zachowań
zwierząt. – Jestem ludzkim trenerem i psim behawiorystą, a z posłami
Ruchu Palikota miałam tylko jedno spotkanie. Opowiedziałam im, czego
mogą od nich oczekiwać dziennikarze i na czym polegają kontakty z
mediami. To wszystko – opowiada „Wprost" Awtoniuk.
Trzymajmy się z dala od tych chlorów
Efekty tych szkoleń na razie są mizerne. Może dlatego, że
Palikot,
zamiast tworzyć zawartość produktu, wciąż myśli wyłącznie o opakowaniu.
Ruch kroczy więc od happeningu do happeningu, wyraźniebrakuje mu wizji.
Palikot raz kreuje się na obrońcę przedsiębiorców, a innym razem
występuje u boku lewicowca Piotra Ikonowicza. Z jednej strony łączy się
z inteligencką Partią Demokratyczną, a z drugiej – brata się przy piwie
z zadymiarzami z Sierpnia ’80.
Zresztą nawet happeningi nie
zawsze mu
wychodzą. Tak było, gdy zapowiedział zapalenie w Sejmie skręta, a potem
przyniósł na konferencję prasową kadzidełko o zapachu marihuany. Musiał
się z pomysłu wycofać, bo plan oprotestowało całe prezydium klubu.
Zresztą włącznie z samym Palikotem, który, zorientowawszy się, że jest
bez szans, także zagłosował przeciw własnemu pomysłowi. – Happening z
kadzidełkiem jest dobry dla młodzieżówki, a nie dla partii, która chce
zdobyć władzę. Chyba że Palikot zamierza być wieczną opozycją. Jak tak
dalej pójdzie, to cały jego potencjał zostanie puszczony z dymem tego
nieszczęsnego jointa. Szkoda – mówi „Wprost" Piotr Guział,
burmistrz
Ursynowa sympatyzujący z warszawskimi posłami Ruchu.
Równie
niewiarygodnie brzmią zapowiedzi dotyczące współpracy z SLD. Podczas gdy
Palikot spotyka się z Kwaśniewskim i Millerem, jego zastępca Artur
Dębski wzywa na Facebooku: „Poproszę o uwagi odnośnie naszej ewentualnej
współpracy z postkomunistyczną i postubecką partią SLD". Wpis szybko
trafił na forum internetowe Sojuszu, gdzie, jak łatwo się domyślić,
spotkał się z gwałtowną reakcją: „To, co wyprawiają te gnojki, to
błazenada. Ruch Błazna skończy tak jak Samoobrona”.
Do tego
dochodzą
kłopoty finansowe. Ruch ciągle ma długi i z nadzieją wypatruje pierwszej
transzy państwowej subwencji. Jak mówił nam poseł Rozenek, partia
chciała nawet zaciągnąć kredyt, lecz bank odprawił ją z kwitkiem.
Wygląda na to, że słowa Rozenka o strachu Platformy to tylko
przechwałki. Polityk PO: – U nas nikt Palikota nie bierze na poważnie.
Jesteśmy wręcz rozczarowani, bo sądziliśmy, że stać go na więcej. A
premier? Mówi, że Janusz to świnia, w dodatku zupełnie niewiarygodna.
Lepiej się na nic z nim nie umawiać, bo potem on i tak wszystko zaraz
rozgada albo w książce opisze.
Krótki włos jest na topie
Inna rzecz, że Palikot jest dziś zdany wyłącznie na siebie. Jego
sejmowy
klub liczy 41 posłów. Są w nim przedsiębiorcy, kilku studentów,
właściciel sklepu nocnego, bezrobotny. Ani jednej osoby z politycznym
doświadczeniem. Oto kilka z nich: Zofia Popiołek, posłanka z Lublina.
Sąsiadka Palikota i jedna z niewielu osób w Ruchu z doświadczeniem w
działalności publicznej. Była dzielnicową radną w Lublinie.
Andrzej
Piątak, poseł ze Szczecina. Właściciel fermy norek. Miał mocny początek.
Cztery dni po wyborach wystąpił w porannej audycji lokalnej radiostacji.
– Od czego pan zacznie swoją pracę w Sejmie? – zaczął dziennikarz.
– Od
szkolenia. – Ale ja pytam: od czego pan zacznie merytoryczną pracę?
–
Znaczy, pyta pan, czy będziemy zdejmowali krzyż? – Nie. Pytam po prostu,
od czego chce pan zacząć swoją pracę w Sejmie – powtórzył prowadzący.
–
Od zbudowania struktur, biura poselskiego. Chciałbym też, żebyśmy mieli
odpowiedni klub w Sejmie. I to tyle. – No dobrze, ale załóżmy, że już
macie klub i jesteście po szkoleniu. Wiecie, gdzie jest siłownia, basen,
kuluary. I co pan wtedy zamierza robić? Jako poseł. – Chciałbym podjąć
pracę dla naszego regionu. Chodzi o to, żebyśmy lobbowali dla regionu. –
A w jakiej sprawie? – Jeszcze nie mam takiej wiedzy.
Piątak
dukał,
kluczył, miał kłopot z budową zdań podrzędnie złożonych. Widząc jego
męczarnie, prowadzący poprosił go o podsumowanie kampanii. Poseł krzywo
się uśmiechnął: – Nie przekroczyłem limitu, bo wydałem środki swoje i
swojej rodziny. A rodzinę mam dużą. – A dużo pan wydał? – Na tyle
dużo,
że wygrałem.
Dziennikarz, wyraźnie zbity z tropu, zmienił temat i
spytał
o norki. Że też wcześniej na to nie wpadł, Piątak wreszcie się rozwinął.
– Głównym odbiorcą naszych produktów są Chiny. Tam jest istotny krótki
włos. Krótki włos i jasne futra, to jest w tej chwili na topie. Jestem
pierwszym przedstawicielem hodowców norek w Sejmie, to jest docenione
przez nasz związek – zaznaczył z dumą poseł. Słuchaczom Radia Szczecin
może być trudno w to uwierzyć, ale Piątak to poważny przedsiębiorca.
Z oświadczenia majątkowego posła wynika, że prowadzona przez niego ferma
norek jest warta 2 mln zł.
Michał Kabaciński, Lublin. Student
prawa, na
wyborczą listę Ruchu trafił jako aktywista Wolnych Konopi, inicjatywy na
rzecz legalizacji marihuany. – Palikota poznaliśmy na naszym marszu w
Krakowie w kwietniu 2011 r. Od razu zaproponowaliśmy mu współpracę –
wspomina Jędrzej Sadowski, znajomy Kabacińskiego i jeden z założycieli
WK. Oferta została złożona na piśmie i była kuriozalna – nawet jak na
palaczy trawki. Wolne Konopie zaproponowały Ruchowi wyłączność na swój
brand i przeprowadzenie agitacji w więzieniach, a w zamian zażądały pół
miliona złotych na kampanię swoich kandydatów oraz… volkswagena passata.
Palikot nie dał ani pieniędzy, ani samochodu, ale kandydatów na swoje
listy wpuścił. Jednym z nich był właśnie Kabaciński.
Miesiąc po
inauguracji kadencji Wolne Konopie przekazały Palikotowi projekt ustawy
legalizującej marihuanę i… dopuszczającej posiadanie niewielkich ilości
heroiny, kokainy i LSD. Posłowie Ruchu szybko się od tego pomysłu
odcięli i złożyli własną nowelizację, zakładającą depenalizację samej
marihuany. – Na twarde narkotyki się nie zgodzimy – zapewnia
Kabaciński.
Sadowski mówi jednak co innego. – To, co Ruch złożył, to dopiero
pierwszy krok. Taka zaczepka. Tydzień temu dostałem obietnicę od
Palikota i Kabacińskiego, że nasz projekt także zostanie wniesiony –
opowiada, pokazując dokument. Stoi w nim jak byk: osoba posiadająca
niewielką ilość heroiny czy kokainy „nie podlega karze".
Bartłomiej
Bodio, Siedlce. Przedsiębiorca, właściciel sieci restauracji Granell
Cafe. – W kwietniu ubiegłego roku siedziałem w swojej kawiarni w galerii
handlowej w Wyszkowie. Ktoś mi powiedział, że przyjechał Palikot i za 15
minut zaczyna się jego spotkanie z mieszkańcami. Poszedłem z ciekawości
– wspomina. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. – Panie Januszu,
a ma
pan kogoś tu, w Wyszkowie? – zagadnął Palikota Bodio zaraz po wiecu.
–
Mam. – Tak? A kogo? – Ciebie. Pół roku później właściciel kawiarni
w
Wyszkowie składał w Sejmie przysięgę.
Artur Dębski, okręg
podwarszawski.
Wiceszef Ruchu, przedsiębiorca, jeden z założycieli branży „wszystko za
5 zł". Zaczynał od własnej szczęki na Stadionie Dziesięciolecia
(„Umiem
sobie w życiu radzić i nie jestem strachliwy. Nigdy nie płaciłem
haraczu”), później założył własną hurtownię. Towar sprowadzał z Chin, w
asortymencie miał portfele z ekoskóry, kalkulatory, lupy i latarki.
Potężny, krótko przystrzyżony, z lekką opalenizną. Łatwo nawiązuje
kontakty z dziennikarzami. Mówi, że do polityki wszedł po to, by walczyć
z „kurewstwem”, którego – jak twierdzi – jest tu
więcej, niż się
spodziewał. Wierzy w Boga, jednak do kościoła nie chodzi. – Przez ojca
Rydzyka, który swoim plugawym cielskiem ostatnio sprofanował nawet Sejm
– mówi Dębski. Poglądy ma wolnorynkowe, zasiada w komisji do spraw służb
specjalnych. Dębski to ktoś w rodzaju sekretarza generalnego partii,
lubi pracę z aparatem. Od kilku dni cieszy się z pierwszego sukcesu
Ruchu w Sejmie. – Dzięki naszym głosom Platforma przegrała pierwsze
głosowanie w tej kadencji – chwali się. – O, to ciekawe, nie
słyszałem o
tym. A w jakiej sprawie? – W sprawie przerwy w obradach.
Dżoana? Bez futra, nago
Końcówka audycji z udziałem posła Piątaka. Dziennikarz, kiedy
dostrzegł,
że poseł najswobodniej porusza się w tematyce norek, spytał jeszcze o
prawa zwierząt na jego fermie. Piątak zapewnił, że hodowla jest „dosyć
ekologiczna". – A jeśli przyjedzie do pana Dżoana Krupa i będzie
pana
atakować? – spróbował rozluźnić atmosferę prowadzący. – To będzie
bez
futra wtedy, nago. – No… W takim razie życzę tego panu. Z całego
serca.
Dziękuję za rozmowę.