Nie, nie chodzi o porównanie premiera do cesarzy
rzymskich, którzy
chętnie przyzwalali, a nawet inicjowali swoje ubóstwienie. I cieszyli
się nim. Chodzi o zrozumienie coraz większej, by nie powiedzieć
radykalnej, alienacji premiera i jego rządu od społeczeństwa, którym
zarządza. Mam wrażenie, że obserwujemy przyśpieszony proces
samodestrukcji PO (podobny do tego, co działo się z SLD pod rządami
Millera). Zapewne nie byłoby czego żałować, gdyby nie to, że upadek PO
może dać pole do działania oszalałym populistom, ale przede wszystkim
dlatego, że pociągnie za sobą załamanie się zaufania do demokracji.
Problemem władzy nie jest partactwo, o którym mówi prof. Łętowska, czy
upadek standardów prawnych i brak kompetencji. Problemem jest kompletne
lekceważenie podmiotowości obywateli przez ich pomijanie, brak
konsultacji, debaty, polityki informacyjnej.
Tusk jakby zapomniał, że
demokracja nie jest wartością instrumentalną, której zadaniem jest
wspieranie skutecznego rządzenia i legitymizowanie prywatnych
politycznych karier, ale – że jest wartością samoistną, dzięki której
zjadacze chleba stają się samostanowiącymi obywatelami, a władza jest
reprezentantem i wykonawcą ich woli. Obywatel jest podmiotem, z którym
trzeba rozmawiać, a nie przeszkodą, którą trzeba umiejętnie ominąć.
Od
czasu swojego exposé pan premier pojawia się wobec obywateli jedynie w
dwóch rolach, znanych z teologii. Jest Pierwszym Poruszycielem, który
zainicjował pewne procesy, nadał bieg światu, a następnie wycofał się z
niego we własną prywatność. Pierwszy Poruszyciel nie wtrąca się w życie
śmiertelników, nie ma z nimi nie tylko kontaktu, ale nawet żadnych
pośredników, na których obowiązek kontaktu byłby przelany (Graś nie
odzywa się, nie prowadzi żadnej polityki informacyjnej). Może premierowi
odpowiada pozycja istoty szczególnej, która z wyższością przygląda się
światu, może sfera polityki powinna oderwać się od sfery życia
codziennego, a politycy od zwykłych ludzi. Może parlament powinien stać
się domem Wielkiego Brata, do którego mamy czasem wgląd dzięki mediom,
ale którego mieszkańcy nie mają z nami żadnego rzeczywistego kontaktu i
żyją własnym życiem i własnymi problemami?
Ustawy wypluwane przez
parlament wskazują na to, że stanowienie prawa
przestało pełnić regulatywne społeczne funkcje, a pełni niemal wyłącznie
funkcje polityczne. Ustawy służą partii do wygrania wyborów, do
utrzymania się przy władzy, a nie do porządkowania życia społecznego.
Nic więc dziwnego, że do ich uchwalenia nie potrzeba ani konsultacji,
ani polityki informacyjnej. Nie potrzeba nawet ich czytania. Wielu
parlamentarzystów tylko czasem, i to pod wpływem opinii publicznej,
dowiaduje się, na co oddało głos i co uchwaliło, a nawet chętnie
przyznaje się do błędu, jeśli to się politycznie opłaci (co cynicznie
zrobił właśnie Kaczyński w sprawie ACTA).
Pan premier przybiera
też
postać groźnego Boga Ojca, który pojawia się z rzadka, głównie po to, by
karać, grozić, głosić, zarządzać politycznym królestwem, a nie po to, by
słuchać i rozmawiać. Tusk – jak mówi – „nie będzie
konsultował decyzji
ze społeczeństwem, bo wtedy żadna decyzja nie zostałaby podjęta", nie
będzie „ustępował przed brutalnym szantażem” (w sprawie ACTA), za
to
będzie wyciągał konsekwencje wobec tych, którzy się niewłaściwie
zachowują (strajkujący lekarze), bo zdaje się wiedzieć najlepiej, co
jest dobre, a co nie dla jego poddanych. Paternalizm premiera Tuska
umacnia się coraz bardziej. Nikt nie zna jego politycznych planów,
agendy reform, zwłaszcza zaś ich społecznego uzasadnienia, nieznane są
polityczne racje ani społeczne korzyści płynące z pracy rządu.
Deifikacja pana premiera stała się faktem, gdy jedyny jego
„zwodzony
most do społeczeństwa", czyli minister Boni, przeszedł do własnego
resortu i przez nikogo nie został zastąpiony. Sądzę, że w towarzystwie
Donalda Tuska nie ma już nikogo, kto przypominałby mu, czym jest
demokracja, czym społeczeństwo obywatelskie i jakim ograniczeniem dla
władzy, a zarazem wielką wartością jest podmiotowość obywateli. Panie
premierze, sercem demokracji jest debata, wymiana racji, wizji.
Demokracja to nie tylko rządy większości, to deliberacja, konsensus,
który rodzi się w rozmowie. Premier musi się wsłuchiwać w głos
obywateli, organizacji pozarządowych, przeciwników politycznych
(mających rozsądek) nie dlatego, że mu się to opłaca, lecz dlatego, że
to elementarny obowiązek demokratycznego przywódcy.
Tylko po co to
piszę? Bogowie przecież nie czytają.