PIOTR NAJSZTUB: Jest
pan tam jeszcze?
BORYS SZYC: Jestem. A używając erotycznego słownika: dochodzę.
Naprawdę? Jakie są tego symptomy?
Filozoficzne. Przemyślenia. Zacząłem próby do
„Hamleta" i on ma ten sam
dylemat co ja, jest zawieszony między światem doczesnym, w którym musi
żyć, i tym duchowym, w którym chciałby. I jedno z drugim jemu i mnie się
nie zgadza.
Co jest tym pana
światem duchowym, który jest w opozycji do codzienności?
Właściwie cokolwiek wymyślę, jest to w opozycji do codzienności.
Aż takie coś to się chyba leczy w
szpitalu psychiatrycznym...
Aż takie to to nie jest. Mówię o
tej pustce codzienności, która mnie
dopada ostatnio, ale chyba nie tylko mnie, chyba też cały świat. Ten
upadek autorytetów, wartości, a na koniec jakości wykonywanych usług.
Więc ma pan ostatnio wrażenie, że
uczestniczy w grze pozorów…
Jak najbardziej. Kreuje
się jakiś świat wokół mnie, który często mnie
zadziwia, jak do mnie dotrze różnymi kanałami.
Mówi pan o tym Szycu bon vivancie,
niemalże alkoholiku, rzucającym
kolejne kobiety jak rękawiczki?
Albo one mnie, już nie
wiem. Pogubiłem się.
Może przy
okazji to ustalmy. Kopnęła pana ostatnio jakaś kobieta w tyłek?
Nie wiemy, czy ona mnie kopnęła, tak jakoś po prostu się rozstaliśmy.
Ale jak zacznę o tym mówić, to dołączę właśnie do tego kręgu, do którego
nie chcę dołączyć.
Wróćmy więc
do codzienności. Dlaczego to jest gra pozorów? Ma pan
przecież swój wymarzony zawód, co prawda nie dostał pan roli Wałęsy, ale
to pan sam kreuje tę rzeczywistość wokół siebie, pan bierze rolę albo
jej nie bierze.
Gdyby oceniano mnie tylko na podstawie
ról, nie miałbym nic przeciwko
temu. Tylko jakaś szala się przeważyła, bardziej jestem oceniany przez
pryzmat życia prywatnego. O którym tak naprawdę nikt z piszących nic nie
wie, tylko snuje domysły lub też, jak to ładnie piszą, „przyjaciel
rodziny" czy „przyjaciel aktora mówi nam...". Chciałbym poznać
tego
„przyjaciela".
Ale ten „przyjaciel" czasem jest
pełen empatii dla pana i zawsze jest w
tym taka nutka, że „trzeba pomóc Szycowi wydostać się z matni, może z
uzależnienia...".
Takie ciepło pojawia się rzadko.
Nie czuje go pan?
W tym tabloidowym snuciu opowieści o mnie nie czuję. Ktoś mi kiedyś
tłumaczył, że to działa na zasadzie sinusoidy, że tabloidy muszą
najpierw zbudować bohatera, później go zniszczyć, żeby go znowu
zbudować, żeby go potem zniszczyć – i to tak idzie nieskończenie.
Teraz tabloidy mają falę niszczenia
Szyca?
Tak, choć myślę, że ona teraz przejdzie i zacznę
zwyżkować.
Czyli jesienią będzie pan znowu...
Może już na lato się uda. A jakby się to z wiosną zgrało, to byłoby
całkiem miło.
Pana to przejmuje?
Mnie nie za bardzo, ale wszystkich dokoła. Może trzeba się
nad tym
zastanowić? Bo się tworzy jakiś wizerunek, więc okazuje się, że trzeba
myśleć o budowaniu wizerunku, o czym dotąd nie myślałem.
Nie mieliście w szkole teatralnej zajęć z
budowania wizerunku?
Nie.
Ta dzisiejsza fala sinusoidy psuje pana życie
zawodowe?
Jeszcze tego nie odczuwam, jeżeli chodzi o
propozycje, które składają mi
reżyserzy, producenci. Ale odbyłem parę rozmów z osobami, z którymi się
liczę, i coś takiego zaczyna się pojawiać. Nawet nie chodzi o jakieś
głupie publikacje, bo nie sądzę, żeby np. Andrzej Wajda czytał Pudelka,
natomiast okazało się, że z tymi mediami nagle świat zaczyna się liczyć.
Słyszałem plotkę, być może krzywdzącą, że pan
na tyle dużo pije, że jest
przez to nieobliczalny.
Nie przeczę, trochę balowałem, ale
obecnie wycofałem się z życia
towarzyskiego. Zajmuję się głównie próbami w teatrze i kończę to, co
miałem do skończenia, czyli „Przepis na życie".
I potem idzie pan grzecznie spać?
Tak, grzecznie spać albo z dzieckiem na trening tudzież na inne
zajęcia,
które sprawiają mi obecnie dużo więcej przyjemności.
Mocno pan przeżył to, że nie zagra Lecha Wałęsy u
Wajdy?
Oczywiście, że chciałem go grać, ale ostatnim znanym
mi pomysłem
scenariuszowym było rozwiązanie, że trzech aktorów gra Wałęsę w różnym
wieku, miałem być jednym z nich. A później jednak zwyciężył pomysł, że
będzie jeden. Został nim Robert Więckiewicz i na pewno zrobi to świetnie.
Jest wkurzenie w aktorze, który nie
dostaje takiej roli?
Oczywiście jest jakiś żal, bo chciałem,
miałem zdjęcia próbne i już w
tym uczestniczyłem, więc powiedzmy, że miałem nadzieję i liczyłem na tę
rolę.
Chociaż pan w krzesło
kopnął ze złości?
Nie, kiedy się o tym dowiedziałem, leżałem
na plaży w Malezji. Małpę
złapałem, która mi kradła z pokoju okulary, ale uciekła… Ale chyba nie w
tej sprawie. Uprawiam zawód, w którym z takim rozczarowaniem trzeba się
liczyć. Ja zresztą od takiego rozczarowania zacząłem. Miałem dostać rolę
Baryki w „Przedwiośniu", a dostał ją Mateusz Damięcki, więc
kopniaka
dostałem na początku. Żyję tymi rzeczami, które mam zagrać, a nie tymi,
które miałem zagrać, ale nie zagrałem.
Myślałem, że jakaś gorycz w człowieku zostaje.
Nie,
teraz już tylko jest ciekawość, jak im to wyjdzie.
A widzi pan podobieństwo medialnych losów, oczywiście
zachowując
właściwe proporcje, w tej swojej sinusoidzie i w losach najpierw
uwielbianego, a potem znienawidzonego Wałęsy?
Wszyscy
podlegamy tym samym prawidłom, pan też. Jak się wejdzie w ten
ściek internetowy, to nie ma osoby, nie ma żadnego autorytetu, który by
nie został zdyskredytowany i zjechany. To smuci, że w takim kraju
żyjemy, że nie lubimy siebie i tego, co robimy. To chyba wynika z
jakiegoś kompleksu, może historycznego.
A może sami siebie tak dobrze znamy i właściwie oceniamy, może to nie
jest kompleks, tylko przenikliwy osąd?
Nie szukałbym w tym
przenikliwości, myślę, że ślepo się nie lubimy.
Panu się zdarza wpisywać w Google
„Szyc" i ostatnie 24 godziny?
Zdarza mi się.
Robię sobie prasówkę, komputerówkę, iPadówkę.
Ciśnienie wtedy rośnie?
Nie,
jestem ciekaw, co się nowego objawiło, sprawdzam, czy już wytaczamy
jakiś proces, czy jeszcze nie, czy ktoś znowu został przeze mnie pobity,
czy nie. Tak z czystej, chłopięcej ciekawości.
To pobił pan tego fotoreportera czy nie? Bo
nie jestem w stanie się
zorientować.
No gdzie! Myślę, że on sam się nie orientuje,
bo przecież był
fotografem, ale nie miał aparatu, jak sam mówił, i znalazł się tam
zupełnie przypadkiem. Sprawa jest umorzona.
Szkoda.
Ja nie żałuję, mam czyste
konto.
Tworzyłby pan wtedy taką legendę
„brutala". A ma pan trzydzieści parę
lat, już młodo nie umrze, więc trzeba jakąś legendę zacząć tworzyć.
Umrzeć w wieku trzydziestu trzech lat to już by nie było młodo?
Nie. Teraz już trzeba dożyć życie. Ma
pan wrażenie, że jakaś wajcha się
przesunęła, że już nie jest pan młodym zdolnym, tylko trzeba zapieprzać
po prostu?
Zapieprzałem chyba zawsze, zresztą spotykamy
się co jakiś czas i pan
zawsze mnie o to pyta, czy ten mój „rollingston", lawina kamieni,
którą
jestem, kiedyś się zatrzyma. Myślę, że ona jest teraz na takiej oślej
łące.
I co na tej oślej łączce robi?
Już tak nie pędzi, już troszkę się zatrzymała, może trochę niedobrze, bo
jak leciała z góry, to miała przynajmniej prostą drogę, ustalony cel. A
jak wyhamowała, to się kamienie porozłaziły na boki, część poleciała w
lewo, część w prawo. Ale myślę, że za chwilę będzie jakiś stok w dół i
ustalę znowu jedną ścieżkę.
Tak
pan mówi, jakby był na jakimś zakręcie i zahamował.
Gdybym
był na zakręcie, toby było łatwo, bo z zakrętu się wychodzi i
idzie na prostą.
A tak generalnie to, jak ktoś mi to ładnie powiedział, rozdrobniłem się,
rozmieniłem na drobne. Trochę tu, trochę tam, w takim filmie, z takimi
kolegami. Zaczęło się takie kolesiostwo, wielu kolegów dookoła, każdy w
jakąś stronę ciągnie, a to, a to… Chyba przestałem się skupiać na sobie.
Teraz muszę się zebrać, skupić na tym, co mam do zrobienia. Za dużo było
tych wszystkich publikacji o mnie, za dużo tego gadania o prywatnych
sprawach, choć czasami człowiek ma takie wrażenie, że jak coś skomentuje
sam, publicznie, to ma na to jakiś wpływ.
To iluzoryczne.
Tak, ale myśli,
że jak wyprzedzi tę całą hordę psów, to znaczy, że ma
jakiś wpływ.
Mówi pan
„skupić się na sobie". A dopuszcza pan możliwość, że się pan
skupi, zajrzy do środka i się okaże, że tam nic wielkiego nie ma?
Przeżyje pan to?
Dopuszczam. Przeżyję. Choć wydaje mi się,
że głównie żyłem i żyję
strachem przed tym, że zajrzę tam do środka, a tam nic nie będzie.
Chyba nie można żyć strachem, bo
strach zaczernia, paraliżuje?
Zależy jaki. Może to jest tak
jak z cholesterolem, że jest dobry i zły
cholesterol.
Może.
I jest strach dobry, mobilizujący, i strach zły, paraliżujący.
Na kiedy pan sobie wyznaczył datę zajrzenia
do środka Szyca?
To nie ma dokładnej daty, nie jest jak
premiera. To jest bliżej „Piekła"
Dantego, jest parę kręgów, które trzeba przejść, żeby do tego sedna
dotrzeć.
Był pan w piekle? Pan
mi wygląda na człowieka, który dotąd szukał
zapomnienia, a piekło to jest doświadczanie bez szansy na zapomnienie.
Myślę, że tak, już ze dwa kręgi przeszedłem, jeszcze parę mi zostało.
Teraz jest taki czas, że pan jest
smutny?
Chyba tak.
Przy założeniu, że smutek nie musi być czymś złym.
Kantor mówił, że to najsilniejsza, największa siła, która motywuje
artystę do działania, trzeba go w sobie pielęgnować. Więc teraz
pielęgnuję smutek w sobie.
Czyta pan wiersze?
Teraz
mnie pan zapyta jakie, żeby określić mój smutek… Zagłębiłem się w
Przyborę ostatnio. Przypomniałem sobie, jak to ładnie można było kiedyś
po polsku pisać, śpiewać, i zanurzyłem się w taki polski smutek, ale ten
dobry. Nagle mi się Kabaret Starszych Panów znowu pojawił, Turnau
objawił, w sentymentalizm trochę poszedłem.
Więc zdarza się panu zatrzymać i patrzeć na
spadające krople deszczu?
Dzisiaj to robiłem, mniej więcej
dwie godziny, siedząc w kuchni przy
śniadaniu, patrzyłem,jak mi spływały po szybie. To już jest depresja?
Nie, to może być bardzo przyjemny
smutek.
Był bardzo przyjemny.
Moim zdaniem pełnia smutku polega na takim odczuciu,
które zresztą
lubię, że pada deszcz, a człowiek ma wrażenie, że on przez niego po
prostu przelatuje, człowiek traci swoją materialność.
Też
to lubię. Pamiętam, jak byłem mały, siadywałem jesienią, zimą tak,
że nogi trzymałem na kaloryferze, miałem coś do jedzenia i byłem
generalnie rozebrany. Chciałem, żeby było mi chłodno, bo tak łączyłem
się z tym, co za oknem, ale w stopy było ciepło i coś tam sobie
podgryzałem. Wtedy czułem się bezpiecznie i dobrze. Wracam teraz do
takiego stanu. Coś zjeść, ciepło w stopy, a przepływa przeze mnie
chłodny deszcz.
Ale nie tego od
pana oczekujemy! Oczekujemy heroizmu, nawet w upadku, w
czymkolwiek. A najlepiej, żeby pan się miotał!
Już tak
długo się miotam, że teraz pozwolę sobie, żeby deszcz przeze
mnie przepłynął i stanę się wtedy niesamowicie heroiczny, tylko może już
w innym tego słowa znaczeniu.
Już nie taki heroizm powstańczy, czternastoletni, tylko może bardziej
dojrzały.
Aż tak pan wydoroślał?
Mówię generalnie o heroizmie budowania, a nie niszczenia,
nie
destrukcji, tylko układania klocków.
Ma pan kiepski zawód, w tym kontekście.
Kiepski, ale
z drugiej strony można go też potraktować jak sesję
terapeutyczną. W teatrze jak gram takiego Płatonowa, to te wszystkie
jego złe emocje w sobie noszę. Zawsze mam tam też takie rozdwojenie
jaźni, bo przez pierwsze dwa akty Płatonow jest dosyć pewny siebie i
wesoły, a przynajmniej takiego udaje, lub też właśnie popadł w ten stan
zapomnienia i sobie przyklepał w głowie, że teraz jego życie jest dobre
i takie miało być z młodziutką, głupiutką żoną. Potem nagle, kiedy
spotyka ten swój stary, zły świat i to wszystko w nim zaczyna drgać i
ożywać, to wydarza się dramat. Zależnie od stanu psychicznego wolę grać
tę pierwszą część lub tę drugą. Ostatnio wolę tę drugą, po niej czuję
się oczyszczony. Bo jak się gra komedię, to się wychodzi smutnym z
teatru, czyli tę wesołą część z siebie musimy oddać scenie. A jak
zagrasz dramat, to oczyszczasz się z tych złych emocji, a ja wtedy
wychodzę bardzo zadowolony z teatru, bo to wszystko złe wyrzygałem
tam na scenie, wyplułem z siebie i teraz mam wolną głowę, czystą.
Czy ten napór prawdziwych lub
nieprawdziwych wieści o pana życiu
osobistym powoduje, że musiał pan zmienić sposób życia, chować się przed
paparazzi na przykład?
Ja się non stop chowam przed nimi,
ten proceder już trwa od dawna,
oczywiście, staram się nie żyć pod ich dyktando. Jak mam ochotę iść do
knajpy, to idę, choć wiem, w których miejscach kelnerzy są opłacanymi
informatorami paparazzi, które taksówki są opłacane, domy handlowe. To
jest gigantyczny przemysł, taka konstrukcja mafijna, mają swoją siatkę
donosicieli za grosze.
Czyli
żyje pan pod ich dyktando.
W pewnym sensie tak, choć chyba
nie do końca, bo jak mam ochotę, to idę
do restauracji i tam siedzę, a jak mam ochotę, idę do klubu i się bawię,
a jak mam ochotę, to pokazuję się z kimś na ulicy, a nie chowam po
kątach. Kiedy organizowałem urodziny, dowiedziałem się z kolei, jak
wygląda ta druga strona, czyli ochrony takich ludzi jak ja. Zadzwoniłem
do agencji ochrony, żeby mi załatwili kogoś, kto by stał przed bramą na
moje urodziny. I usłyszałem: „Tak, tak, my mamy wszystko, panie Borysie,
są też parasolki". Ja na to naiwnie: „Przecież nie pada". A
chodziło o
to, że oni zakryją moich gości po prostu, bo nie mogą uderzyć nikogo ani
mu zakazać fotografować, więc wtedy paparazzi fotografują idącą
parasolkę.
Rozumiem, że paparazzi wiedzą, gdzie pan
mieszka?
Wiedzą. W moje urodziny zaczęli stać już wieczorem,
jak wróciłem do
domu, a rano poszli za Kają do sklepu Społem naprzeciwko bloku na
Powiślu.
Ho, ho, to sklep miał
swoje pięć minut.
Nie robili zdjęć, tylko jeden stał obok i
patrzył, co ona kupuje, i
słuchał, co mówi. Później napisali, co kupiła na śniadanie, że serek
taki, że kabanos, niesamowicie interesujące historie.
Pana to wkurza?
Czasem mnie
wkurza, bo chcę mieć spokój, bo właściwie najbardziej mnie
irytuje ta presja, którą wywieram swoją osobą na tych, z którymi
przebywam. W pewnym momencie czuję się jak trędowaty, nikt nie chce ze
mną usiąść, bo wie, że będzie zaraz w gazecie albo będzie
sfotografowany, albo po prostu nie możemy zjeść spokojnie obiadu. To
jest takie poczucie osaczenia.
Ale przez jakiś czas pewnie to pana bawiło, megalomania była
zaspokojona...
Ale to strasznie szybko minęło. Tak było na samym początku, bo
rzeczywiście aktor w szkole teatralnej, nieznany, lata na castingi i
chce dojść do tego momentu, żeby być rozpoznawalnym. Bo przecież
najgorsze dla aktora to się przedstawiać, że jest się aktorem.
Naprawdę?!
Najgorsza
ujma. Dzień dobry, Borys Szyc, aktor. Aktor, tak, a gdzie pan
grał? Trochę smutne. Później jest ten drugi etap, kiedy cię zauważają,
ale ty się jeszcze nie orientujesz, że o „to" chodzi. Ktoś się na
ciebie
gapi, więc myślisz: „O co mu chodzi, mam rozpięty rozporek, coś na
twarzy?". Później jest ten moment, kiedy się orientujesz, o co chodzi, i
pławisz się w tym. I zazwyczaj wtedy jesteś tym młodym zdolnym, na
szczycie tej sinusoidy, więc jest ciekawie. Później ta sinusoida zaczyna
mieć dołek, a twoja popularność wzrasta i wtedy zaczyna cię to wkurzać.
Później się z tym godzisz i rozumiesz, że tak twoje życie wygląda, albo
się nie godzisz i żyjesz w takim konflikcie przez całe życie.
Pan jest w jakiej fazie?
Jestem kompletnie pogodzony, rozumiem i znam zasady działania.
Natomiast
jako facet czasem się wkurzę, jeżeli proszę kogoś po cztery razy, żeby
już odszedł. Mówię: „Przecież już masz te zdjęcia, miałem w rękach
zakupy", a on nie słucha. To jakoś tam reaguję, ale to nie ma sensu tak
naprawdę, dopóki nie będzie prawnie ustalone, że osoba publiczna też ma
prawo do prywatności. Dopóki nie będzie prawnie ustalone, to ja nic nie
zdziałam, oprócz jakichś tam szarpanin i wyzwisk. Dziś oni mają
przewagę, bo jak się do nich zbliża mój ochroniarz czy
kierowca, to on krzyczy już z daleka: „Ja mam prawo, bo to jest osoba
publiczna!".
Tego rodzaju popularność utrudnia związki z
kobietami?
Utrudnia wszelkie związki, z przyjaciółmi też,
nie tylko z kobietami.
Utrudnia o tyle, że wchodzi się od razu w taki zaklęty krąg osób
publicznych, które mogą być oceniane, fotografowane, są na widelcu non
stop.
Mówię raczej o tym, że często publikowane są
plotki, które potem w życiu
prywatnym trzeba dementować. Czy to jest problem?
Każda
plotka może narobić bardzo dużo złego w życiu ludzi, niektórzy
popełniają samobójstwa przez plotki. To jest potężna siła, działa jak
kula śniegowa, która robi się coraz większa, im dłużej się turla. To
jest na pewno dla tych kobiet, tudzież kogokolwiek, kto się znajduje w
moim towarzystwie, trudne. Dla mnie by też było. Jeżeli ktoś żyje
kompletnie oderwany od takiego środowiska, załóżmy, jakaś piękna, mądra,
normalna dziewczyna, i nagle zderza się z taką rzeczywistością, i to
zderza się łącznie ze swoją rodziną, bo jak ją coś dotyka, to dotyka też
jej rodzinę… Nagle jest wystawiona jak obiekt na wystawie, który można
opluć, ocenić, dać ileś gwiazdek!
Lub choćby można jej publicznie współczuć, że musi obcować z panem na
przykład.
Współczuć lub też może się dowiedzieć paru
rzeczy o mnie, których nie
wiedziała wcześniej, a tutaj dzięki uprzejmości różnych „przyjaciół
rodziny" się dowie.
Pan doświadczył rujnującej siły takich
plotek?
Oczywiście.
Aż tak, że coś już jest nie do odwrócenia?
Tak,
myślę, że ten mój ostatni związek jest po części tego przykładem.
Te publiczne plotki miały na niego duży wpływ. Ale też sami sobie
napytaliśmy biedy, bo kiedyś zgodziliśmy się na wspólny wywiad, licząc
na to, że to będzie miało jakiś wpływ na to, co ludzie będą o nas
sądzić. A tak naprawdę trzeba mieć to zupełnie gdzieś.
Te wydarzenia rodzą w panu wściekłość, że nie ma pan
wpływu na to, jak
dalece to ingeruje w pana życie?
Czuję się niepewnie i
czuję się zdenerwowany, kiedy nie mam wpływu na
swoje życie w jakiejkolwiek sytuacji. Dlatego długo nie lubiłem latać,
bo musiałem zaufać temu, że facet w tej małej kabinie umie latać, a z
kolei ten na dole sprawdził samolot przed wylotem. Mam problem z
zaufaniem komuś, komu muszę oddać siebie pod kontrolę. To tak, jakby iść
pod narkozę, zawsze się czujesz troszkę niepewnie, nie wiesz, czy się
obudzisz.