CycoNina ma miseczkę F, laptopa z kamerką i ponad dwa
tysiące kontaktów
na Skypie. Nagie pokazy (w srebrnej masce na twarzy) oferuje od godziny
8.00 do 24.00. „Na pokazach zobaczysz anal, hiszpan..." i tak dalej
–
22-latka wylicza potencjalnym klientom. Ostatnio chłopiec, przed którym
się rozebrała, został złapany przez matkę na gorącym uczynku. – Weszła
do pokoju, kiedy posuwał moją rozchyloną waginę przy samej kamerce.
Czyli... posuwał monitor – ujawnia CycoNina.
„Hiszpan" cię nie pociąga?
Anita (27 lat) oferuje klasyczny striptiz i masturbację. Ola (23) to
koneserka – proponuje nie tylko striptiz, ale również rozmowę o
literaturze amerykańskiej i Mozarcie.
Za 40 minut takich
wirtualnych
uniesień ( jakości HD) zapłacisz 30-40 zł. Płatność przelewem. W opcji
VIP (80 zł) dziewczyna prawie pokaże twarz. Prawie, bo w goglach.
– Można się z tego utrzymać – przekonuje nas kobieta o pseudonimie
Magda80095, była pracownica firmy z branży budowlanej. Utrzymuje się, bo
daje dwieście sekspokazów miesięcznie.
Dyskrecja to podstawa Jeszcze
kilka lat temu, gdy internet był dobrem luksusowym, CycoNina i
Magda mogły liczyć najwyżej na udział w topornym pornofilmie. – Dramat
–
wzdycha Edyta, była aktorka porno, dziś występująca w internecie. –
Dostawałaś najwyżej pięćset zeta za dwudniową sesję w nieogrzewanym
hotelu robotniczym. Zarzynali cię do upadłego, przez szesnaście godzin
na dobę. Do domu wracałam prawie na czworakach. A później jeszcze
sąsiedzi Edytę wytykali palcami, bo przecież pokazywała w filmach twarz.
Teraz dawny pornobiznes przechodzi do historii. Jego miejsce zajmują
wirtualne seksinicjatywy, które Polacy, a częściej Polki, wzięły we
własne ręce. O skali zjawiska można się przekonać, wpisując do
wyszukiwarki internetowej hasło „seks kamera". Pojawia się niemal
milion
stron (choć część oferuje tylko odnośniki do innych).
To nowe
porno –
tak twierdzą autorki pokazów – ma wiele zalet. Podstawową jest
dyskrecja. Rozbierające się przed kamerkami nie muszą pokazywać twarzy –
anonimowość zapewniają im maska na twarzy, pończoszka, duże okulary.
Poza tym z klientami nie trzeba się spotykać w realu, można za to
oferować usługi dodatkowe, np. sprzedawać używaną bieliznę. Nawet
klientom z zagranicy. Bywają dziewczyny zaopatrzone nie tylko w
wibratory, ale też translatory tłumaczące ich świntuszenie na angielski,
a nawet... chorwacki. Nic dziwnego, że do zawodu garną się nie tylko
byłe aktorki filmów porno. Viola z Lublina, lat 26, była fryzjerka,
która dzisiaj „pokaże nam wszystkie zakamarki", zaczynała od
igraszek z
chłopakiem. Najpierw to on ją nagrywał. Potem nagranie puścili znajomym.
– Jaka jesteś, Violu, piękna. Piersi masz ładniejsze nawet od Dody
–
zachwycili się gremialnie bliżsi i dalsi koledzy. Więc Viola uznała, że
czas rzucić fryzjerstwo. Na brak zleceń nie narzeka. Na razie
pracuje solo. Ale bierze pod uwagę, że założy stronę z dwoma
koleżankami. Zaczęła nawet opracowywać biznesplan. Nie wie jeszcze, czy
powinna zażądać najwyższych stawek, czy poprzestać na średniej
internetowej.
Jesteśmy
atrakcyjną parą
Skąd ten zalew amatorskiego porno? –
Jesteśmy bombardowani stylem kiedyś
zarezerwowanym tylko dla biznesu erotycznego. Dziś ten styl, zwany
czasami pornoszykiem, staje się powoli normą – tłumaczy prof. Jacek
Kurzępa, socjolog z warszawskiej SWPS, którego książka „Młodzi, piękni i
niedrodzy" poświęcona seksbiznesowi wśród młodych Polaków ukaże się na
rynku na początku lutego. – Nagością przestały epatować wyłącznie
świerszczyki, rozbierają się gwiazdy w telewizji i na billboardach, a
striptiz Paris Hilton przenika się z seksualnymi wynurzeniami
uczestników kolejnych reality show. To wszystko sprawia, że to, co
kiedyś wydawało się nam wyuzdane, teraz jest godne naśladowania.
–
Internet to lawa, pod której naporem obróciły się w pył dotychczasowe
sposoby istnienia pornografii – dodaje dr Lech M. Nijakowski, socjolog z
Uniwersytetu Warszawskiego, autor książki „Pornografia". –
Dziś
wystarczy laptop, a nawet telefon komórkowy. I już jesteśmy w obiegu,
jednocześnie tworząc i konsumując seksbiznes. W zależności od upodobań,
płacąc za niego lub nie.
Stymulowaną przez nowe technologie
polską rewolucję obyczajową widać
dokładnie na stronach takich jak Zbiornik. To skrojony na wzór Facebooka
darmowy erotyczny portal, który kilka miesięcy temu znalazł się w
pierwszej setce stron najchętniej odwiedzanych przez Polaków. Ma już
ponad 600 tys. użytkowników, którzy dzielą się między sobą swoimi
prywatnymi rozbieranymi zdjęciami, kręconymi przez siebie filmami, np. z
nocy poślubnej albo z grupowego seksu z przyjaciółmi. Wszystko w wesołej
atmosferze, bez żadnych, przynajmniej na pierwszy rzut oka, kosztów.
Przykład pierwszy z brzegu: para2630sl nakręciła i umieściła na
Zbiorniku krótki pornofilm, żeby pokazać innym, jak kocha się po
francusku. W sumie 45 sekund czystej akcji: tylko kobiece usta, język i
członek. Zero scenariusza, zero scenografii. Za to sporo komentarzy,
zazwyczaj z gratulacjami. Albo ogłoszenie: „Jesteśmy atrakcyjną parą.
Organizujemy wieczorki przy świecach. Liczymy na ciebie. Prześlij nam
foto. Mile widziana twarz i KLEJNOTY. Kto wie, może spotkamy się w
fascynujących okolicznościach?".
Zdaniem doktora Stanisława
Dulki,
znanego warszawskiego seksuologa, popularność portali takich jak
Zbiornik wynika z tego, że jednocześnie jest demokratyczny i anonimowy.
– Wyobraźmy sobie, że Kowalski z miasteczka X ma do wyboru wizytę w
kiosku, w którym „świerszczyki" sprzedaje koleżanka jego żony, albo
proste kliknięcie w link na darmowym, w dodatku całkiem estetycznym
portalu. Co wybierze? – pyta retorycznie seksuolog. I dodaje: –
Internet
dał Kowalskim możliwość komfortowego dostępu do zakazanego do niedawna
owocu, który im coraz bardziej smakuje.
Trudno zaprzeczyć. Z
raportu
seksuologa prof. Zbigniewa Izdebskiego „Seksualność Polaków 2011"
wynika, że prawie połowa mężczyzn i 38 proc. kobiet szuka dziś w
internecie materiałów o treści erotycznej. Co jednak sprawia, że
Kowalski nie tylko coraz częściej ogląda porno, ale także bierze w nim
udział? – Nigdy wcześniej nie miał tak prostych i ogólnodostępnych
narzędzi, to jedno – tłumaczy dr Dulko. – A drugie, że to po
prostu
staje się zaraźliwe: jeszcze parę lat temu w pornozabawie nie brali
przecież udziału na masową skalę zwykli ludzie. A dziś trochę to wygląda
jak niewinne igraszki sąsiadów.
Niewinne igraszki?
Ale czy rzeczywiście takie
niewinne? Zdaniem Anny Golan,
psychoterapeutki zaburzeń seksualnych, wirtualna pornografia może się
wydawać jej uczestnikom wyjątkowo bezpieczna. – Nie ma ryzyka
zakażenia się chorobami przenoszonymi drogą płciową i doświadczenia
przemocy fizycznej – wylicza Golan. – Jednak osoba świadcząca
takie
usługi zapomina, że może stracić kontrolę nad swoim wizerunkiem, a film
czy przedstawiające jej nagość zdjęcia będą własnością milionów
internautów.
Przekonali się o tym Alicja i Janusz, para 40-latków
z
Wrocławia, których po tym, jak kochali się na zmianę z sąsiadami z
pobliskiej willi (film opublikowali na portalu erotycznym), zaczął
nachodzić pewien 30-latek z Gdańska. Wcześniej wymienił z małżeństwem, w
internecie, swoje fotki i adresy. W końcu zaprzyjaźnił się z parką. A
później do niej przyjechał, jesienią ubiegłego roku. Zachowywał się jak
obłąkany. Mówił, że tęskni, że chciałby to z nimi zrobić, naprawdę, w
realu. Skończyło się na interwencji policji. Od tego czasu Alicja i
Janusz nie pokazują się już razem na filmach. Ale Alicja nie może żyć
bez rozbierania się przed kamerą. Przyznaje, że się od tego uzależniła.
Zaczyna myśleć o pokazach.
Sytuacja staje się bardziej
dramatyczna,
kiedy w amatorskie porno zaczynają się bawić dzieci. Kilka miesięcy temu
dwóch chłopców z Wrocławia w zamian za nagie pokazy poprosiło o drobne
przelewy, dzięki którym mogli do woli walczyć w płatnej internetowej
grze „Tibia". Zabawa się skończyła, kiedy chłopcami zainteresował
się
wreszcie któryś z internautów i o sprawie poinformował fundację
Kidprotect.pl.
– Takich „donosów" mamy coraz
więcej – mówi Jakub Śpiewak
z fundacji. Np. ten o gimnazjalistce, która rozbierała się w sieci za 10
zł, bo chciała dorobić do kieszonkowego. Albo o dwóch... ośmiolatkach,
którzy uprawiali seks, co uwiecznił ich niewiele starszy kolega, a
następnie umieścił nagranie w internecie. Oczywiście po to, żeby na nim
zarobić. Zdaniem Śpiewaka mamy dziś w Polsce do czynienia z
pornograficzną rewolucją, która uderza w dzieci. Na czym polega? Zmianę
można opisać, przypominając emitowaną kilka lat temu reklamę z Anią i
Wojtkiem („Cześć, Aniu, tu Wojtek, ja też mam 12 lat...”) z
kampanii
poświęconej zagrożeniu, jakie stanowią pedofile w sieci. – Jest
nieaktualna – uważa Śpiewak. – Dziś to Ania zaczepia Wojtka.
Zachęca go
tym właśnie, że ma 12 lat i że za odpowiednią gratyfikacją pokaże mu
wszystko. Dlaczego to robi? Bo nikt z Anią ani w szkole, ani w domu nie
rozmawia o seksie ani o zagrożeniach z nim związanych.
Tylko kto
ma z
dziećmi o erotyce rozmawiać, gdy sami dorośli wydają się mocno zagubieni
w świecie amatorskiej pornorozrywki?